Anna Zalewska, minister edukacji narodowej: "Nie mam absolutnie nic wspólnego w tymi nieprawidłowościami"

- Jestem osobą publiczną, muszę o dobre imię dbać. Moje nazwisko pojawia się w kontekście nieprawidłowości, z którymi nie mam absolutnie nic wspólnego - tak minister edukacji narodowej Anna Zalewska, odniosła się do stawianych jej w "Gazecie Wyborczej" zarzutów, jakoby jej kampania była finansowana m.in. z pieniędzy wyprowadzonych z PCK.
Anna Zalewska, minister edukacji narodowej: "Nie mam absolutnie nic wspólnego w tymi nieprawidłowościami"
Anna Zalewska, minister edukacji narodowej (fot.men.gov.pl)

• W czwartek "Gazeta Wyborcza" w wydaniu wrocławskim opublikowała tekst, w którym powołuje się na byłego pracownika dolnośląskiego oddziału Polskiego Czerwonego Krzyża.

• Miał on - jak napisano w artykule - na polecenie ówczesnego dyrektora PCK we Wrocławiu pobrać 7 tys. zł ze środków ze sprzedaży odzieży używanej zbieranej przez PCK i wpłacić na kampanię Anny Zalewskiej.

• Według "GW", "nie był to jedyny raz, gdy usłyszał podobne polecenie".

"Dziękuję bardzo, że mogę się odnieść do artykułu +Gazety Wyborczej+. Z prawdziwą przykrością czytam na stronach tejże gazety teksty, które są absolutną insynuacją i manipulacją. Proszę zauważyć, moje nazwisko pojawia się w kontekście nieprawidłowości, z którymi nie mam absolutnie nic wspólnego" - powiedziała dziennikarzom Zalewska poproszona o komentarz do tekstu w "GW".

"Dzisiaj redaktor otrzyma moje oświadczenie, bo wcześniej wysłało to oświadczenie biuro, w którym poinformuje go o tym, w jaki sposób została przeprowadzona kampania wyborcza i poproszę go, by nie upowszechniał nieprawdziwych informacji, które uderzają w moje dobre imię. Jestem osobą publiczną, muszę o dobre imię dbać" - dodała minister.

Jak podała czwartkowa "GW", o aferze w PCK głośno jest na Dolnym Śląsku od kilku tygodni. Sprawę bada prokuratura, jeszcze nikomu nie postawiono zarzutów. Doniesienia o nieprawidłowościach złożyło niezależnie od siebie kilka osób, m.in. prezes oddziału PCK i jeden z pracowników.

"Mechanizm przekrętu był prosty. Szeregowi pracownicy PCK w 2015 r. założyli firmę, która - choć nie miała podpisanej umowy z PCK - zbierała z kontenerów Czerwonego Krzyża używaną odzież. Następnie sprzedawano ją i w ten sposób przez mniej więcej rok wyprowadzano zysk poza PCK. Nieoficjalnie mówi się, że może chodzić nawet o 1 mln zł. Po ujawnieniu tych informacji wiosną przez księgową PCK zarząd główny Czerwonego Krzyża zawiesił władze dolnośląskiego oddziału" - czytamy w artykule.

Podano w nim, że do tego czasu prezesem był tam Rafał Holanowski, były radny PiS w sejmiku dolnośląskim, od kilku lat poza partią. Wiceprezesem - poseł PiS Piotr Babiarz, dyrektorem - Jerzy G. Jest on zawieszony w prawach członka PiS w związku z nieprawidłowościami w PCK, od kilku lat oskarżony w procesie dotyczącym wyprowadzenia blisko 13 mln zł z Południowo-Zachodniej SKOK (był tam wiceprezesem).

W artykule napisano, że prawą ręką Jerzego G. w PCK był Bartłomiej Łoś-Tynowski, który był pracownikiem dolnośląskiego oddziału PCK. To on - jak napisała "GW" - miał ze środków PCK wpłacić 7 tys. zł na kampanię Zalewskiej i wręczyć Babiarzowi 7 tys. zł w kopercie. To on jest też źródłem informacji, które podała "GW".

W piątek "GW" podała, że prokuratura sprawdzi jej czwartkowe doniesienia. Cytowana przez nią rzeczniczka Prokuratury Okręgowej we Wrocławiu Małgorzata Klaus podała, że zostaną one włączone do już toczącego się śledztwa w sprawie nieprawidłowości w PCK.

Podobał się artykuł? Podziel się!

 


KOMENTARZE (1)ZOBACZ WSZYSTKIE

Co by tu jeszcze nie wymyślić, by kogoś opluć? Specjalność Wyborczej.

jancz, 2017-07-14 15:45:08 odpowiedz

ZOBACZ WSZYSTKIE


ZOBACZ TAKŻE