Król jest nagi i ja to widzę...

Samorządem w Polsce nie rządzi ani urzędnik, ani polityk, ani ekspert, rządzą organy nadzoru. Król jest nagi. Tylko jedna mała dziewczynka to widzi, ale tak niestety jest - mówi prof. Michał Kulesza.

 

Minęło 10 lat od przywrócenia powiatów, 10 lat od wielkiej reformy samorządowej rządu Jerzego Buzka, której pan był współautorem. Sceptycy narzekają, że reforma jest wciąż niedokończona. Pan też uważa, że czas już najwyższy na kontynuację, na kolejne zmiany?

Prof. Michał Kulesza, twórca reformy samorządu terytorialnego z 1990 i 1998 roku: Broń boże - niepokoi mnie myślenie w kategoriach kontynuacji o reformie samorządowej. Nie jestem zdania, że reformę trzeba kontynuować, ponieważ ona została zrobiona 10 i 20 lat temu. Jeśli byśmy zresztą tak podchodzili do sprawy, to reformy nigdy by się nie kończyły i ciągle destabilizowałyby ustrój, bo przecież każde zmiany przynoszą i plusy i problemy. Taka reforma samorządu trwałaby do końca świata i jeden dzień dłużej.

Czyli, że co? Lepiej się już nie da? Nie wierzę... Mówi pan tak, bo to pan to prawo pisał.

- Jesteśmy w świecie funkcjonującego samorządu. Trzeba przyjąć, że ustrój terytorialny Polski jest ustalony. Potrzebna jest stała modernizacja, stała kontrola, ponieważ ciągle wyłażą jakieś kłopoty. Ale nie nazywajmy już tego reformą. O to tylko proszę.

Dobrze zatem. Zapytam konkretnie - w gminach i powiatach nakładają się kompetencje. Jak to wyeliminować?

- Po pierwsze nie ma istotnego problemu z nakładaniem się kompetencji gmin i powiatów. Jest natomiast zupełnie inny problem. W Polsce jest deficyt zdolności do współdziałania. Starostowie nie potrafią współpracować z wójtami, a wójtowie nie potrafią współpracować ze starostami i ze sobą. Każdy jest panisko u siebie. To, że gdzieś jest gminny i powiatowy szczebel samorządu, to nie oznacza, że będąc samorządowcem muszę być podzielony na pół, i głowę mieć w gminie, a tułów w powiecie. Sensem i celem działania władz samorządu lokalnego jest najściślejsze współdziałanie, a nie zajmowanie się kretynizmami ambicjonalnymi, kto będzie pierwszy witał pana wojewodę, a kto pana premiera albo kto otworzy szkołę.

Ale właśnie system administracji samorządowej jest tak zbudowany, że starostowie i wójtowie nie muszą współdziałać...

- Rzeczywiście każdy ma swoje kompetencje - jak robi to, co do niego należy jest sukces. Jest jednak też tak, że jeżeli wójt i starosta działają na zasadzie każdy sobie rzepkę skrobie, to nie ma wartości dodanej. Przykład? Jeżeli w gminie jest szkoła, gdzie uczą dzieci francuskiego, a w powiecie nie ma liceum, które zatrudniałoby nauczyciela tego języka - to oznacza, że rodzice i dzieci są wprowadzani w błąd, bo ścieżka edukacyjna jest urywana. W takim sprawach wójt i starosta muszą się spotkać, usiąść i się dogadać. A jeżeli nie chcą tego robić - a to już widzimy - to trzeba zapisać w prawie, na przykład instytucję konwentu wójtowskiego przy starostwie. Żeby wszyscy, raz na jakiś czas musieli się spotkać. Nie zawsze się dogadają - jasne - ale do rozmawiania trzeba ich zmusić, nawet gdy nie ma woli, bo się najzwyczajniej nie lubią. Tylko wtedy ukrócimy wszelkie dyskusje w mediach lokalnych. pt. „wójt chce, ale starosta nie, albo „starosta chce, wójt się nie godzi”. Dziennikarze – sprawujący kontrolną funkcję - będą mogli mogą zapytać: „Panowie, czy wyście rozum pogubili? Mieliście się dogadywać, a nawet nie siedliście razem przy stole.”

Nie wynika to przypadkiem z upolitycznienia samorządów, które dotyczy nie tylko gmin i powiatów, ale także miast. Prezydenci miast i burmistrzowie często skarżą się, że w radzie mają opozycję, co paraliżuje proces podejmowania decyzji, nawet tych najbardziej błahych -  o wyremontowaniu chodnika.


- Samorząd zawsze będzie w jakimś sensie polityczny, na rzeczywistość nie ma się co obrażać. Gorzej jest z partyjniactwem, które rzeczywiście zżera samorząd. Radni i posłowie są żołnierzami swojego wojska, odpowiadającymi przed zarządem partii, a nie przed elektoratem. Funkcje radnych i poselskie - de facto - pełnią ludzie nie posiadający nazwisk i twarzy. Pełnią je ludzie z listy.

Trochę ukróciłoby to wprowadzenie wyborów w samorządzie opartych o ordynację większościową, o jednomandatowe okręgi wyborcze. Na razie jednak - jak wiemy - nie ma na to szans.

Na co jest w takim razie szansa?

- Na zmianę mentalności, dzięki prawu…

Polak przestanie politykować? Nie wierzę. Mamy to w genach od czasów sejmów szlacheckich.

- A kto powiedział, że mówię tym razem o polityce. Jest jeszcze jeden, naprawdę ważny problem z dzisiejszym samorządem. Taki pozaprawny - ale prawo musi na to zareagować. Chodzi o coś, co było oczywiste już na etapie reformy samorządowej sprzed lat. Ale dziś - to jest jeszcze bardziej widoczne i bolesne.

Należymy do krajów o bardzo silnym zarządzaniu centralistycznym. To wynika nie tylko z  czasów PRL, ale i z okresu międzywojnia, kiedy centralizm był spoiwem trzech kultur, modeli, z trzech zaborów. Zatem dziś niby mamy samodzielny samorząd, przeprowadziliśmy głęboką reformę decentralistyczną - i ona działa - ale jest stale zagrożona centralizmem w mentalności elit. Nawet burmistrzom i prezydentom, którzy idą do parlamentu, coś się w głowach przewraca i przestają myśleć w kategoriach samorządu.

Tu trzeba w końcu zauważyć, że król jest nagi. Tylko jedna mała dziewczynka to widzi, ale tak niestety jest. I ja mogę być tą małą dziewczynką i ja to mogę powiedzieć. Centralny rozdzielnik bardzo mocno wpływa np. na Regionalne Programy Operacyjne, których jest 16. Dają one regionom dużą samodzielność, ale ciągle na górze siedzi minister,  który ma narzędzia prawne i pozaprawne, dzięki który steruje tym, co dzieje się w województwach – np. wypadają nagle projekty z tych regionów, gdzie minister lub rządząca partia nie ma większego poparcia.

Ale pozbawić rząd kontroli nad samorządami całkiem chyba jednak nie można? Czy może trzeba?

- W naukach administracyjnych mówimy, że wiek XIX to był wiek urzędnika, wiek XX to czas polityka, działającego w ramach prawa. O XXI w. mówi się, że współrządzi trzeci aktor -  ekspert.  Świat się wyspecjalizował, wielkie decyzje budowlane, inwestycyjne, czy też cała sfera działań w kwestii środowiska - tu powiatowy architekt, urzędnik, czy też inżynier ze wszystkim sobie nie poradzą.

Mam jednak wrażenie, że samorządem w Polsce nie rządzi ani urzędnik, ani polityk, ani ekspert, ale rządzą organy nadzoru. Na przykład Regionalna Izba Obrachunkowa, czy też departamenty nadzoru u wojewodów. Ludzie stamtąd nie bardzo rozumieją na czym polega samodzielność samorządów. Tu nie chodzi o to, że te organy mają za dużo kompetencji, tu idzie o to, że one mają na tyle szeroko zakrojoną swobodę interpretacyjną, że są w stanie opowiadać się za centralizmem. Przeciw samorządności, pokazywać palec w dół lub w górę dla kluczowych prorozwojowych inwestycji i największych projektów, jak cezar na igrzyskach. To m.in. w RIO i u wojewodów tkwi ten kulturowy polski centralizm. Oni zwykle, gdy mają do wyboru, czy samorząd coś może, czy nie – opowiedzą się za tym drugim.

To może np. wojewodów w ogóle zlikwidować? To są ci partyjni namiestnicy z centrali. Kilku znawców tematu już głośno o tym mówi...

- Raczej trzeba ograniczyć organom nadzoru możliwość swobodnej interpretacji przepisów. Tak, żeby przestały decydować o tym, jaki ten nasz samorząd jest.

 


www.portalsamorzadowy.pl | 12-12-2017 09:36:08