Kto właściwie płaci nauczycielowi?

  • Dyrektor Szkoły (Jan Wróbel)
  • 11-08-2011
  • drukuj
Premier ogłaszał z dumą, że wywalczył podwyżki dla nauczycieli. Ma prawo, jest politykiem. Warto przy okazji spytać, kto właściwie płaci nauczycielowi?
Kto właściwie płaci nauczycielowi?

Nie tylko wysokość, suma, ale i źródło pochodzenia pieniędzy wpłacanych na nauczycielskie konto mają znaczenie. Jeżeli płaci państwo, to nauczyciel jest państwowy”. Jeżeli ktoś inny, to nauczyciel jest „inny”. Najkrócej mówiąc, to właśnie w odpowiedzi na pytanie, kto płaci nauczycielowi, zawarta jest odpowiedź, po co istnieje szkoła. Jeżeli za szkołę płaci państwo, to szkoła uczy po to, aby spełniać aspiracje edukacyjne państwa. Jeżeli rodzice – odpowiada na aspiracje edukacyjne rodziców.

Podniesie ktoś krzyk, że przecież to nie państwo płaci, ale samorząd. W istocie jednak państwo, skoro o podwyżkach dla nauczycieli decyduje premier! Może się też ktoś obruszyć, że wydziwiam na państwo, a w końcu państwo to nie jakaś opresyjna machina z nalepioną na czole metką „Made in China”, lecz demokratyczna wspólnota obywateli. Zgoda, państwowe nie znaczy złe. Nie znaczy jednak, że bliskie ludziom. Dzieci są bliskie rodzicom, szkoła ich dzieci, szkoła, za którą płaci państwo – nie.

Czytaj też:Projekt rozporządzenia ws. pensji nauczycieli

Współczesna oświata i  współczesna elita oświaty

Oczywiście państwo ma w Polsce nie tylko peerelowską i zaborczą tradycję edukacyjną, ale również tradycję 20-lecia międzywojennego, tajnego nauczania i w ogóle dobrego nauczania mimo niesprzyjających okoliczności zewnętrznych (ilu z nas wspomina z uznaniem niektórych z nauczycieli z naszych peerelowskich szkół). Jedna z najładniejszych kart narodowych dziejów to energiczne zabiegi Komisji Edukacji Narodowej. Wszystko to prawda, nie stanowi ona jednak uzasadnienia dominacji państwa w oświacie w Polsce dzisiejszej, roku 2011, ani w Polsce jutrzejszej. Nie ma żadnego powodu, by wierzyć, że istnieje w Polsce piramida oświatowa: najmądrzejsi na górze, najmniej mądrzy na dole. Elitą oświaty współczesnej nie są ministrowie, kuratorzy ani nawet szefowie CKE. Ani eksperci tworzący podstawy programowe i inne klejnoty pedagogicznego rękodzielnictwa. Elitę stanowią niektóre szkoły, zatrudniające dobre zespoły nauczycielskie. Dużo mamy tych szkół? Nie. Czy chcielibyśmy, aby nasze dzieci – naprawdę nasze, te, które sami wychowujemy we własnym domu – do takich właśnie szkół chodziły? Tak. Gdyby rodzice płacili w Polsce za szkoły, woleliby płacić za te szkoły, które są dobre, nie za te, które są nijakie, a już na pewno nie za te, które są złe. W systemie państwowo-samorządowego utrzymywania oświaty selekcja i dojrzewanie szlachetnych gatunków szkoły nie zachodzi szybko. Prawdę mówiąc – zachodzi ledwo, ledwo.

Co oznacza „dobra szkoła”

W czerwcu obradował w Warszawie kongres edukacyjny. Dobrze było w nim pomyślane to, że sporo miejsca poświęcono samorządowcom i ekspertom z instytucji wspomagających szkoły, mało – labiedzeniu, że pieniędzy za mało itd.

Czytaj też:Jest raport o stanie polskiej edukacji

Szkoła to twór wieloelementowy, twór administracyjno-pedagogiczno-finansowo-aksjologiczny... Unoszący się nad salą duch optymizmu mi się podobał. Mniej serdecznie witałem się z duchem triumfalizmu. Szkoły są lepsze niż 15 lat temu. Są lepsze wskutek istotnych reform strukturalnych, jednak w reformach tych mało miejsca dano dobrym zespołom nauczycielskim. W obowiązującej nomenklaturze szkoła „dobra” to ta, której udało się osiągnąć dobre wyniki rankingowe i pomóc naszemu krajowi w awansie w badaniach PISA. A przecież dobra szkoła to ta, która pomoże naszemu dziecku wyrosnąć na człowieka – i do diabła z „Pizą” (ach, nic nie cieszyło serca Państwa felietonisty tak jak oklaski padające po krytyce rankingów „najlepszych szkół”!). Otwórzmy system oświatowy na szkoły, którym udało się zalśnić pełnym blaskiem. Aby to zrobić, trzeba dać rodzicom zdecydowanie większe możliwości wpływania na kondycję szkół, również finansową. Rodzice nie są zwykle ekspertami od oświaty w ogóle, ale w sprawie własnych dzieci powinni mieć do powiedzenia więcej niż premier.

źródło: http://www.dyrektorszkoly.pl/

 


KOMENTARZE (1)ZOBACZ WSZYSTKIE

" Rodzice nie są zwykle ekspertami od oświaty w ogóle, ale w sprawie własnych dzieci powinni mieć do powiedzenia więcej niż premier."
Panie Janie a czy Pana zdaniem rodzice w sprawie własnych dzieci powinni mieć więcej do powiedzenia , czy tez mniej niż dyrektor szkoły. To troche i
...nny kontekst sprawy który Pan porusza ale pytam sie, poniewaz wystąpilismy do dyrekcji szkoły z petycja o kontynuację nauczania naszych dzieci przez nauczycielkę która powraca z urlopu macierzyńskiego. Pod petycją podpisal się wszyscy rodzice. Pani dyrektor jednakże w najmniejszym stopniu nie chce uwzglednić naszych racji bo ... nie musi.
Sam artykuł bardzo ciekawy.
rozwiń

JOTKA, 2011-08-11 23:43:46 odpowiedz

ZOBACZ WSZYSTKIE


ZOBACZ TAKŻE

PARTNER SERWISU