Darmowy transport publiczny? Nie tylko zalety

Za zniesieniem opłat za korzystanie z transportu publicznego opowiedziało się 75% mieszkańców Tallina i od 2013 roku mieszkańcy stolicy Estonii nie będą płacić za przejazd komunikacją miejską. Czy warto pomyśleć nad wprowadzeniem w Polsce podobnego rozwiązania?
Darmowy transport publiczny? Nie tylko zalety
Z pozoru pomysł ma same zalety. Po pierwsze jest wygodny - nie trzeba szukać kasownika w autobusie ani karty otwierającej bramki w metrze. Znika też obawa, że gdy zapomni się biletu i zostanie się ukaranym. Po drugie zniesiona zostaje konieczność utrzymywania armii kontrolerów. Opłaty za komunikację ponosiliby wszyscy obywatele płacący podatki i mieszkający na terenie danego miasta. Po trzecie takie rozwiązanie byłoby bardziej korzystne dla ludzi biednych, którzy nie tylko częściej korzystają z transportu publicznego, ale też i wydatki na bilety mają większy udział w ich budżecie. Darmowa komunikacja miejska byłaby więc także narzędziem polityki społecznej.

Ostatni argument budzi zastrzeżenia w pierwszej kolejności zauważa Maciej Bitner, główny ekonomista Wealth Solutions. - Prawdą jest, że biedni ludzie częściej korzystają z transportu publicznego niż bogaci, ale jest od tej reguły sporo wyjątków. Niektóry, wcale niekoniecznie zamożni, wykorzystują samochody do pracy i z konieczności poruszają się po mieście za ich pomocą. Innym stan zdrowia nie pozwala wychodzić z domu, więc perspektywa darmowego biletu na niewiele się zdaje. Jeżeli chcemy dokonać transferu majątku w kierunku ludzi biednych lepiej obniżyć im podatki, powiększając dochód do dyspozycji, a nie kupować dla nich konkretne rzeczy - twierdzi ekspert.

Dodaje, że zdejmując z pasażerów opłatę za przejazd i zastępując ją podatkiem, system traci bardzo wiele informacji. -Ponieważ cena usługi de facto jest zerowa, sztucznie rośnie na nią popyt. Ludzie przerzucają się na transport publiczny zostawiając nie tylko samochody ale także rowery, rzadziej też chodzą na piechotę. Z drugiej strony tramwaje i autobusy wypełniają się osobami bezdomnymi, którzy zaczynają traktować je jak darmowe mobilne schroniska. Zniechęca to inne osoby do podróży tymi pojazdami, przez co łączny efekt może być taki, że więcej chętnych na jazdę autobusem nie będzie - zmieni się tylko struktura pasażerów - argumentuje Maciej Bitner.

Brak płacenia za bilet oznacza poważną lukę w budżecie przedsiębiorstwa transportowego. Nawet jeżeli miasto poradzi sobie jakoś z tym problemem, to finansowanie komunikacji całkowicie z podatków spowoduje wyraźniejsze upolitycznienie kwestii finansowania transportu w mieście. Płace pracowników zostaną zupełnie oderwane od tego, na ile usługi komunikacyjne cieszą się popytem.

Eksperyment estoński jest niewątpliwie bezprecedensowy jeśli chodzi o skalę (Tallin liczy około 400 tys. mieszkańców), jednak podobne pomysły funkcjonują w małych miasteczkach w Europie i USA. Czy się sprawdzają?
- Warto rzucić okiem na wnioski z raportu amerykańskiego Narodowego Centrum Badań nad Transportem. Można przeczytać w nim, że na skutek likwidacji opłat wzrosła liczba incydentów chuligańskich, obniżył się poziom bezpieczeństwa oraz komfort podróży transportem publicznym. Wzrosły koszty utrzymania pojazdów, pogorszyła się punktualność, a kierowcy dużo częściej rezygnowali z pracy. Raport kończy się następującym podsumowaniem: „Pomysł, by przejazdy komunikacją miejską były darmowe wraca od czasu do czasu na poziomie krajowym bądź lokalnym, ale przeważnie jak dotąd zdrowy rozsądek wygrywał. Powszechny darmowy transport publiczny to złe rozwiązanie, którego czas dawno minął". Przynajmniej w tej ostatniej sprawie raport nie jest już aktualny. Mieszkańcy estońskiej stolicy przekonają się niedługo, czy i w innych kwestiach jego autorzy nie mieli racji - reasumueje główny ekonomista Wealth Solutions.

 


KOMENTARZE (0)

Artykuł nie posiada jeszcze żadnych komentarzy.

ZOBACZ TAKŻE