Umowy o przejęciu PKS-ów przez samorząd

4 lipca podpisane zostaną w Warszawie umowy między ministrem Skarbu Państwa i władzami województwa podlaskiego o nieodpłatnym przejęciu przez samorząd pięciu spółek PKS.
Umowy o przejęciu PKS-ów przez samorząd

Na wtorkowym posiedzeniu zarządu województwa podlaskiego dwóch jego członków, pod nieobecność marszałka, zostało upoważnionych do podpisania tych umów z ministrem.

Na ich podstawie samorząd przejmie od Skarbu Państwa spółki PKS w Białymstoku, Łomży, Suwałkach, Siemiatyczach i Zambrowie.

W kwietniu sejmik Podlasia pozytywnie zaopiniował wnioski zarządu regionu o nieodpłatne przejęcie od Skarbu Państwa spółek PKS w Białymstoku, Suwałkach, Łomży, Siemiatyczach i Zambrowie.

Wcześniej jednak przez dwa lata samorząd nie mógł podjąć decyzji w tej sprawie.

W maju wicemarszałek województwa Mieczysław Baszko informował, że umowa jest „dobra, korzystna dla samorządu i PKS”, ale szczegółów nie podał. Mówił też, że obecnie nie ma koncepcji, by te spółki łączyć, mają być samodzielnymi podmiotami gospodarczymi.

Pięć podlaskich PKS-ów zatrudnia ponad 1,4 tys. osób, spółki przewożą rocznie około 100 tys. pasażerów. Ich kondycja finansowa jest zróżnicowana, ale nienajlepsza.

Przejęcie spółek PKS w Podlaskiem ma pozwolić na sprawne zarządzanie i lepsze wykorzystanie ich taboru pod względem przewozów regionalnych, bo samorząd ma też w swojej gestii (i finansowaniu) regionalne przewozy kolejowe.

O komunalizację swoich spółek zabiegały m.in. działające w PKS związki zawodowe.

Gdyby samorząd nie przejął PKS-ów, zostałyby one przez resort Skarbu Państwa sprywatyzowane. Po przejęciu przez samorząd, ich usługi będą rozliczane z budżetu wojewódzkiego samorządu.

Kilka lat temu ówczesny wojewoda podlaski próbował sprywatyzować PKS-y w Łomży i Siemiatyczach, ale pod wpływem wyrażonej w referendach opinii większości pracowników PKS, przerwał proces prywatyzacji.

Kontynuował prywatyzację zakładów w Zambrowie i Bielsku Podlaskim, sprzedając ostatecznie prywatnej spółce PKS w Bielsku Podlaskim.

 

Podobał się artykuł? Podziel się!

 


KOMENTARZE (2)ZOBACZ WSZYSTKIE

Inspektor Pracy skierował do Sądu Rejonowego w Suwałkach wniosek o ukaranie prezesa PKS – Stanisława Biłdy. Sprawa dotyczy niedawnego zwolnienia związkowca Bogusława Bryndy. Ponadto Państwowa Inspekcja Pracy sporządziła wniosek o ukaranie prezesa za bezprawne wydatkowanie środków pieniężny...ch z funduszu socjalnego. - W tej chwili nie będę tego komentował – powiedział w rozmowie telefonicznej prezes. Przypomnimy, że Stanisław Biłda był już wcześniej ukarany za bezprawne zwolnienia pracowników i niezgodne z prawem wydatkowanie pieniędzy z funduszu socjalnego. Wówczas zobowiązał się przed sądem, że będzie przestrzegał zasad wydawania środków z Zakładowego Funduszu Świadczeń Socjalnych. rozwiń

szef PKS SUWAŁKI, 2011-07-02 16:10:38 odpowiedz

Pracownicy suwalskiego PKS nie wierzą już, że w firmie wreszcie się coś zmieni. Po ostatnich wydarzenia, których bohaterem był Bogusław Brynda, wiedzą jedno – będzie kolejna wojna z prezesem. PKS, które do tej pory należało do Skarbu Państwa, teraz zmienia właściciela. Będzie nim samorz...ąd wojewódzki. – Dla nas ta zmiana przyniesie niewiele. Układ towarzysko-polityczny będzie kwitł nadal – mówi członek Rady Nadzorczej PKS, Jan Miksztyn. O jaki układ dokładnie chodzi? – Prezes czuje się bezkarny, bo wie, że ma za sobą polityków. Było to widać na niedawnym posiedzeniu Rady Nadzorczej spółki. Dwóch członków opowiedziało się za odwołaniem obecnego zarządu, a trzech przedstawicieli Skarbu Państwa za jego pozostawieniem. Na nic nasze argumenty, że ten zarząd pracuje źle i działa na szkodę spółki – uważa Miksztyn. Jako dowód podaje liczby. Z wyliczeń wynika, że w ubiegłym roku PKS przyniósł stratę ponad 600 tys. zł. – Ta kwota byłaby większa, ale została pomniejszona o rezerwy na nagrody jubileuszowe. Gdyby nie ten zabieg, deficyt wynosiłby 1 mln 400 tys. zł.- mówi. Prezes Stanisław Biłda nie zaprzecza. – To przesunięcie środków to taka księgowość zarządcza – twierdzi. PKS tonie? Zdaniem Jana Miksztyna i Jana Prosińskiego, również członka Rady Nadzorczej, nieprawidłowości w PKS-ie jest więcej. Wystarczy wspomnieć o „przejedzonym” kapitale rezerwowym, który wynosił 2 mln zł. To z niego pokrywane są bieżące straty spółki. – Już pojawiła się propozycja, żeby sprzedać dwie placówki PKS w Olecku i Augustowie. Nasz zarząd wychodzi z założenia, że póki coś mamy, to możemy to wyprzedawać. Nikt nie myśli o tym, co będzie, jeśli w końcu nie będzie czego sprzedać, a spółka zostanie ogołocona z majątku – podkreśla Prosiński. Na te zarzuty prezes odpowiada ze spokojem. – Owszem mamy plany przekształcenia tych dwóch placówek, ale niekoniecznie będzie to sprzedaż. Po prostu musimy pozbyć się części majątku, które nie pracują na siebie – usłyszeliśmy od Biłdy. Pracownicy firmy zwracają też uwagę na zawieszenie wypłacania świadczeń socjalnych – pożyczek mieszkaniowych i zapomóg. Biłda przekonuje jednak, że są one wypłacane. – W tym roku zostały zawieszone, ale regulujemy teraz wypłaty z ubiegłego roku – twierdzi. Bez reakcji Prezes na pytanie o powód fatalnej sytuacji finansowej spółki za każdym razem powtarza jak mantrę, że wpływ na sytuację ma spadek liczby pasażerów i rosnące ceny paliwa. Takie tłumaczenie dziwi Miksztyna i Prosińskiego. – Przez 20 lat istnienia PKS nie miał takich problemów. Byliśmy jedną z najlepszych spółek na 170 takich przedsiębiorstw w Polsce – mówią. Jarosław Żaborowski, związkowiec z suwalskiego PKS uważa, że obecnemu zarządowi najlepiej wychodzi zwalnianie ludzi. – Zwolnienia dotknęły 80 osób i wynikają z restrukturyzacji firmy – twierdzi Biłda. Żaborowski zaznacza jednak, że wynik finansowy PKS po wprowadzeniu przez prezesa planu antykryzysowego był gorszy niż przed uruchomieniem tych działań. – W jednej dziedzinie tych poczynań restrukturyzacyjnych pan prezes wykonał nawet więcej niż 100 proc. normy – zwolnił więcej ludzi niż zamierzał – ironizuje związkowiec. Jan Miksztyn dodaje: – Świetnie mu też poszło redukowanie kursów. Niektórzy dzięki temu mają dziś niemałe problemy z dotarciem do domu. Przypomnijmy, że kursy zredukowano o 700 tys. km. Nepotyzm kwitnie Pracownicy PKS od dawna próbują pokazać patologiczne sytuacje, do których dochodzi w firmie. Przykładem może być wzięcie w leasing 10 autobusów marki Mercedes. Jak się okazuje – bez przetargu.- Mieliśmy na to zgodę właściciela, czyli Skarbu Państwa. Zależało nam na konkretnych autach, które nie będą się psuły. Dlatego wybraliśmy Mercedesy bez przetargu – informuje Stanisław Biłda. W PKS, zdaniem związkowców, kwitnie też nepotyzm. – Zarząd od początku promuje swoją rodzinę i zapewnia jej pracę w spółce – mówi Jarosław Żaborowski. Okazuje się, że przedsiębiorstwo „Panama”, od którego spółka kupuje karty opłaty drogowej, czyli tzw. winiety, należy do żony i szwagierki Biłdy. Prezes nawet się z tym nie kryje. – To prawda. Nie widzę w tym nic złego. Ceny ustalane są z urzędu, a poza tym ta firma nie wymaga od nas przedpłat, tak jak poprzednia – wyjaśnia. Członkowie Rady Nadzorczej i związkowcy przypominają też, że kierownik szkoły jazdy, działającej przy PKS to także rodzina prezesa. Mało tego, „Pekaesik” zamiast przynosić zyski, generuje straty. Zapytaliśmy prezesa o wynik finansowy szkoły. – Ciężko to określić, ale mogę powiedzieć, że w tamtym roku był to wynik na minusie – odpowiada. Po co więc utrzymywać coś, co nie jest podstawową działalnością spółki i nie pracuje na siebie? – Trzeba zapewnić pracę szwagrowi. Koszty nie są ważne – komentują z ironią pracownicy. Stanisław Biłda twierdzi, że szkołę zamknie, jeśli w tym roku również na siebie nie zarobi. Atmosfera gęsta od podejrzeń - W tej firmie panuje mobbing i ciągłe zastraszanie pracowników. Kiedy na posiedzeniu Rady Nadzorczej mówimy o problemach, zarząd nie dąży do ich rozwiązania, ale docieka skąd ta informacja, kto to powiedział – twierdzi Prosiński. Jarosław Żaborowski dodaje, że wszystkie sporne kwestie zazwyczaj musi rozpatrywać sąd, bo z zarządem inaczej nie da się rozmawiać. – Stanisław Biłda przegrał z nami wszystkie sprawy w sądzie. PKS reprezentowało w tych sporach kilka kancelarii prawnych. Proszę policzyć jakie to są koszty – wylicza związkowiec. Zarządowi PKS nie brakuje wyobraźni. Wystarczy wspomnieć o historii jednego z kierowców, którego na trasie próbowali zatrzymać wynajęci przez prezesa detektywi podający się za kontrolerów-rewizorów. Mężczyzna został zwolniony za to, że prawidłowo wykonywał swoje obowiązki. Sąd przywrócił go do pracy. Stresujące sytuacje są w tej firmie na porządku dziennym. Jan Prosiński, członek Rady Nadzorczej w pewnym momencie musiał posiłkować się rocznym bezpłatnym urlopem. Nie mógł znieść poczynań Stanisława Biłdy. Mówi o tym otwarcie. Wszystko wskazuje na to, że to nie koniec – szykuje się nowy konflikt. Tym razem o Bogusława Bryndę, również związkowca. Przypomnijmy, że na początku czerwca firma kontrolująca znalazła w prowadzonym przez niego autobusie kanister z paliwem. Brynda został dyscyplinarnie zwolniony z pracy. Mężczyzna twierdzi jednak, że to prowokacja, a baniak mu podrzucono. Złożył w tej sprawie zawiadomienie w prokuraturze. Prezes nie chciał tego komentować. – Trzeba postawić sprawę jasno – z tym zarządem w firmie nic się nie zmienić. Mieliśmy nadzieję na zmiany, ale niestety nasz głos na Radzie Nadzorczej został pominięty – mówi Jan Miksztyn. – Co nie znaczy, że składamy broń. Będziemy o PKS walczyć. Nie możemy obojętnie przechodzić obok niszczenie firmy, z którą jesteśmy związani od lat – zaznacza Jan Prosiński. rozwiń

zarząd PKS SUWAŁKI, 2011-07-02 15:54:02 odpowiedz

ZOBACZ WSZYSTKIE