Lokalne linie kolejowe. Stanęła maszyna na szynach

  • Włodzimierz Kaleta
  • 02-11-2015
  • drukuj
Opuszczone budynki stacyjne straszą. Gminy nie mogą ich przejąć. A przydałyby się choćby na mieszkania socjalne.
Lokalne linie kolejowe. Stanęła maszyna na szynach
Na Dolnym Śląsku udało się uratować Kolej Bystrzycką (fot.Mszeptycki/wikipedia.org)

Beata Szydło, kandydatka Prawa i Sprawiedliwości na premiera, jedno ze swoich wyborczych wystąpień miała na opuszczonej linii kolejowej ze zrujnowanym budynkiem dworca w tle. Zapowiedziała, że pod jej rządami lokalne połączenia kolejowe zostaną przywrócone. Dobrze by było. Mieszkańcy małych miejscowości odczuwają bowiem dotkliwie to, że nie mogą łatwo i wygodnie przemieszczać się do pobliskich miast, gdzie mogliby uczęszczać do szkół, załatwiać sprawy w urzędach i pracować.

W krzakach i chwastach

Od początku transformacji ustrojowej zlikwidowano w Polsce 72 linie kolejowe. Powód był jeden – nieopłacalność. Niektóre z tras zamieniono na drogi albo ścieżki rowerowe. Większość jednak została opuszczona, rozkradziona, a budynki stacyjne zdewastowane. Takie linie toną w krzakach i chwastach.

Dlaczego tak się stało? W PRL koleje przewoziły jedną trzecią Polaków, którzy przemieszczali się po kraju. Obecnie jest to zaledwie 5 proc. Wpływ na to miał zapewne rozwój komunikacji samochodowej. Nie ulega jednak wątpliwości, że PKP zlekceważyły zagrożenie ze strony konkurencji. Na lokalnych liniach jeździły zestawy wagonów ciągnione przez wielkie lokomotywy. To się nie mogło opłacać.

Przegapiono okazję wymiany taboru na niewielkie szynobusy, które zużywają znacznie mniej paliwa niż lokomotywy. Dopiero ostatnio przewoźnicy inwestują w te pojazdy. Jest ich obecnie w Polsce trochę ponad 200. Gdyby PKP na początku lat dziewięćdziesiątych dysponowały tyloma szynobusami jak dziś, kto wie, czy historia transportu kolejowego w Polsce nie potoczyłaby się zupełnie inaczej.

Błędne koło

Kiedy skończyły się państwowe dotacje, szybko wyszło na jaw, że na wielu liniach kolejowych koszty znacznie przewyższają przychody. Swoje zrobiło też załamanie gospodarcze i wynikająca z niego likwidacja miejsc pracy, do której w związku z tym wiele osób przestało dojeżdżać. Nie było potrzeby uruchamiać pociągów, więc rozpoczęto cięcia siatki połączeń. To oczywiście powodowało dalszy spadek przychodów i konieczność dalszych cięć.

To błędne koło ćwiczymy na polskiej kolei do dzisiaj. Widać przy tym, że liczba pasażerów spada wolniej niż liczba pracowników. Obecnie spółka Przewozy Regionalne wykonuje trzykrotnie mniej przewozów osobowych na jednego zatrudnionego niż koleje w Europie Zachodniej. To powoduje, że te same koszty stałe rozpisują się na coraz mniejszą liczbę kilometrów i pasażerów, w rezultacie czego wynik finansowy jest coraz gorszy.

Z początkiem 2009 roku udziały w spółce PKP Przewozy Regionalne rozdzielono między marszałków 16 województw. Ale ze spółki wyłączono tzw. Oddział Przewozów Międzywojewódzkich. Miał to być sposób na wyłuskanie z PKP PR konfitur w postaci bardziej dochodowego segmentu i podrzucenie marszałkom całego balastu.

Samorządowcy, czując się pokrzywdzeni zabraniem połączeń pospiesznych, z których zyski dotąd dotowały połączenia regionalne, uruchomili własne połączenia dalekobieżne – interRegio – co stworzyło konkurencję dla Intercity i wywołało jego gorący sprzeciw.

Chcemy na tory

Mieszkańcy Więcborka od lat pytają radnych i władze miejskie, co dotychczas zrobiły dla uruchomienia nieczynnych linii kolejowych w mieście i gminie.

 


KOMENTARZE (0)

Artykuł nie posiada jeszcze żadnych komentarzy.

ZOBACZ TAKŻE