W rewitalizacji, na tle zagranicznych miast, nie mamy się czego wstydzić

Planowanie przestrzenne w Polsce nie istnieje, ale samorządy i tak wykonały kawał dobrej roboty przez ostatnie 25 lat – ocenia w rozmowie z Portalsamorzadowy.pl Bogusław Hajda ze Stowarzyszenia Forum Rewitalizacji.
W rewitalizacji, na tle zagranicznych miast, nie mamy się czego wstydzić
Bogusław Hajda: "Do niedawna mieliśmy 20 definicji rewitalizacji" (fot. PTWP)

Czy w Polsce istnieje coś takiego jak planowanie przestrzenne?

Bogusław Hajda, architekt, urbanista, Członek Stowarzyszenia Forum Rewitalizacji: – Planowanie przestrzenne jest traktowane przez rodzime samorządy i inwestorów jako wymóg, którego się unika za wszelką cenę, co zresztą znajduje swoje odzwierciedlenie w literaturze tematu.

Wiele osób zdało sobie sprawę, że przestrzeń publiczna polskich miast jest kształtowana przez wydawanie decyzji o warunkach zabudowy i zagospodarowania. Niewiele śródmieść ma plany. Jest to problem, którego nie rozwiąże się bez udziału rządu. Planowanie było jedną z ofiar przemiany ustrojowej 1989 roku. Najpierw padło planowanie strategiczne, a potem planowanie miejscowe.

Nie da się tego odwrócić wyłącznie świadomością czy dobrą wolą samorządów, tu wymagane są zdecydowane działania środowiska i rządu. Czyli reforma ustawy o planowaniu i zagospodarowaniu przestrzennym.

Czytaj też: Według PO nowela o działach uderzy w lokalne programy rewitalizacji

Z jakimi problemami najczęściej spotyka się pan w przestrzeni polskich miast?

– Najprostszy przykład demolowania przestrzeni publicznej jest rzeczą tak przyziemną, jak… posadzka. W znaczącej części polskich przestrzeni publicznych, które zostały poddane renowacji w ramach rewitalizacji za unijne pieniądze, jako nawierzchnia pojawia się bruk. Ja nazywam to infantylizmem historycznym, ponieważ to ma w jakimś sensie oddać historyczny charakter miejsca, ale jest zupełnie niepraktyczne. W takich przypadkach za każdym razem pytam administratora przestrzeni, np. władze miasta, czy lubią po tym chodzić. Bruk jako nawierzchnia w centrach miast jest czymś absolutnie kuriozalnym. To jest poważna bariera nie tylko dla przysłowiowych kobiet na szpilkach, ale przede wszystkim dla osób niepełnosprawnych, albo matek pchających wózek z dzieckiem. Trzeba pamiętać, że na atrakcyjność przestrzeni wpływa też wygoda.

Przykładów może być więcej. Tylko w Polsce spotykam znakomite realizacje, gdzie na brzegu stoi Toi Toi. To woła o pomstę do nieba. To pokazuje, że myślenie o jakiejś przestrzeni nie było kompletne już na etapie projektowania.

O pomstę wołają też galerie handlowe, które zdaniem wielu, zabiły życie w miastach. Rzeczywiście tak jest?

– To jest kwestia podejścia. Nie każda galeria i nie wszędzie służy miastu, ale nie każda też mu szkodzi. Są takie miejsca, jak Bytom, gdzie galeria ulokowana w centrum w dużym stopniu przyczyniła się do tego, że śródmieście zostało uratowane, chociaż na jakiś czas. Są też miejsca, gdzie nie najlepiej przysłużyły się śródmieściom czy handlowi w mieście.

Ale my to wciąż oceniamy w kategoriach krótkiego okresu – 25 lat po reformie administracyjnej i polityczno-gospodarczej. Za mało czasu upłynęło, żeby w sposób jednoznaczny oceniać, jakie będą skutki tych obiektów dla miast. Znam też przykłady w Polsce gdzie ulokowanie takiej galerii zmieniło strukturę usług w mieście. Galeria pokazała ludziom nisze. Trudno więc ocenić jednoznacznie, czy galerie szkodzą miastom czy nie.

 


KOMENTARZE (0)

Artykuł nie posiada jeszcze żadnych komentarzy.

ZOBACZ TAKŻE