Andrzej Sośnierz o sieci szpitali: Placówki nie będą zamykane. Problem, że mogą nie przyjmować pacjentów

  • Michał Nowak
  • 13-03-2017
  • drukuj
• Poseł Andrzej Sośnierz do parlamentu startował z listy PiS. Również jako kandydat PiS ubiegał się o urząd prezydenta Katowic.

• Jako zastępca przewodniczącego sejmowej Komisji Zdrowia i były prezes NFZ, ocenia ustawę wprowadzającą sieć szpitali i rolę samorządów w polityce zdrowotnej. 

• Uważa, że nie należy przeceniać roli ministra zdrowia i koncentrować zbyt wielu kompetencji w jego rękach.
Andrzej Sośnierz o sieci szpitali: Placówki nie będą zamykane. Problem, że mogą nie przyjmować pacjentów
Andrzej Sośnierz w 2015 r. został pononie wybrany do Sejmu z listy PiS, jako przedstawiciel Polski Razem. (fot. PTWP)

W połowie lutego otwarcie pan skrytykował uchwałę o tzw. sieci szpitali, mówiąc między innymi, że nie przyniesie ona korzyści pacjentom. Samorządowcy też się sprzeciwiali, podnosząc, że szpitale będą bankrutować. Podziela pan ich obawy?

Andrzej Sośnierz: Nie podzielam obaw co do tego, że oddziały będą masowo zamykane. To nie wynika wprost z ustawy. Oddziały, które nie będą w sieci, będą miały konkursy. Spodziewam się, że one będą przebiegać na podobnym poziomie jak obecnie.

Ja na to patrzę głównie z puntu widzenia pacjentów. Otóż budżetowanie, które wynika z ustawy, a samorządowcy o tym mniej dyskutują, to odwrócenie filozofii. W myśl budżetowania, pacjent który przychodzi do szpitala, staje się „kosztem”. Taka jest filozofia budżetowania, że jak już są pieniądze, to pacjent staje się obciążeniem. To mogłoby tworzyć tendencję, żeby przyjmować mniej pacjentów w ramach tego samego budżetu.

To zagrożenie zostało dostrzeżone, czego efektem jest wprowadzanie przez ministra wskaźników przy budżetowaniu. Natomiast przy tych wskaźnikach mało kto byłby odważny, żeby obniżyć budżet z roku na rok, jeśli te wskaźniki byłyby negatywne. Dlatego zagrożenie wciąż istnieje.

Prawo i Sprawiedliwość obdarza zaufaniem przede wszystkim władzę centralną. Widać to np. po wzmacnianiu roli wojewodów w niektórych przypadkach. A jak to wygląda w zakresie ochrony zdrowia?

- Akurat w projekcie ustawy o narodowej służbie zdrowia – aktualnym, ale nie ostatecznym - wojewoda nie ma swojego miejsca. Oddziały wojewódzkie [Wojewódzkie Urzędy Zdrowia – red.] będą bezpośrednio podporządkowane ministrowi. Wojewoda w ogóle się nie liczy w tej strukturze. Oczywiście, jest to projekt roboczy, więc może się jeszcze zmienić. Na razie to minister o wszystkim będzie decydował.

To pewien przykład centralizacji, której się sprzeciwiam. Minister nie jest w stanie tak sterować całym systemem, żeby być wydolnym w podejmowaniu mnóstwa decyzji. To rozwiązanie nieefektywne. Wojewoda nie będzie tu o niczym decydował i tym bardziej daleko jest to od samorządu.

O rożnych przejawach centralizacji pisaliśmy już sporo. Niektórzy uważają, że skargi samorządowców to tylko lament opozycji, która w tym przypadku stanowi większość. Pan, jako człowiek, który miał styczność z różnymi ugrupowaniami politycznymi, podziela pogląd o zbyt daleko idącej centralizacji?

- Akurat w zakresie ochrony zdrowia nic się nie zmienia. Mam tu na myśli relację samorządów z zakładami opieki zdrowotnych. Zmiany następują w podporządkowaniu NFZ-u, ale on do tej pory też samorządom nie podlegał.

A jak pan ocenia pomysł wykupywania świadczeń zdrowotnych przez samorządy?

- Trochę przewrotnie uważam, że ustawa, która umożliwiła kupowanie świadczeń również przez samorządy, jest niekonstytucyjna. To stwarza nierówność pacjentów i nierówność dostępu do świadczeń, bo bogaty samorząd ewentualnie wykupi te świadczenia, a biedny - nie wykupi. Czyli mieszkaniec biednej gminy nie będzie miał możliwości takiej jak mieszkańcy bogatej gminy. To różnicuje pacjentów i takie rozwiązanie nie powinno mieć miejsca.

Na koniec, odchodząc od tematyki ochrony zdrowia, chciałbym pana zapytać o dwukadencyjność samorządowców. Pan jako osoba, która również była związana z samorządem, popiera ten pomysł?

- Ten pomysł ma tyle zwolenników co przeciwników. Jest też sporo argumentów za i przeciw. Z jednej strony wielu samorządowców się zasiedziało i utworzyły się kliki samorządowe. Z drugiej strony szkoda wytracić niektórych samorządowców z dużym doświadczeniem, którzy są bardzo dobrzy w tym co robią, a czasem nawet wkraczają w najlepszy okres swojej działalność. Tutaj nie ma złotego środka. Nie da się ukryć, że teraz jest tendencja, żeby wprowadzić te kadencje i uniknąć czasem bardzo patologicznych struktur lokalnych. Ale nie brakuje też pozytywnych przykładów długiego trwania samorządów. Widzę zalety jednego i drugiego rozwiązania, dlatego trudno mi się opowiedzieć za którąkolwiek z opcji. 

Podobał się artykuł? Podziel się!

 


KOMENTARZE (1)ZOBACZ WSZYSTKIE

teraz wszyscy swiadczeniodawcy przycupneli jak za PO. Wtedy bylo Zlodziejstwo a teraz Glupota. Wynik ten sam- ZAPASC SLUZBY ZDROWIA

wert, 2017-03-13 08:04:33 odpowiedz

ZOBACZ WSZYSTKIE