Szpitale jak hotele

  • Ryszard Rotaub/Rynek Zdrowia
  • 27-12-2010
  • drukuj
W okresie świąteczno-noworocznym w szpitalach przybywa tzw. pacjentów hotelowych. Są to zazwyczaj osoby starsze, zniedołężniałe, z różnymi dolegliwościami. Pozostają na garnuszku NFZ, gdyż ich obecność w domu przeszkadza rodzinom w zimowym wypoczynku.
Szpitale jak hotele

W okresie świąteczno-noworocznym w szpitalach przybywa tzw. pacjentów hotelowych. Są to zazwyczaj osoby starsze, zniedołężniałe, z różnymi dolegliwościami. Pozostają na garnuszku NFZ, gdyż ich obecność w domu przeszkadza rodzinom w zimowym wypoczynku.

– Rodzina planuje sobie świąteczny lub noworoczny wyjazd na narty, a co zrobić z babcią wymagającą opieki? Najtaniej i najprościej umieścić ją w szpitalu, bo nagle się gorzej poczuła. Najlepiej jeszcze wezwać karetkę – mówi w Dzienniku Łódzkim Sławomir Jerzy Zimny, prezes Kutnowskiego Szpitala Samorządowego.

Gazeta informuje ponadto, że na oddziałach wewnętrznych szpitali w woj. łódzkim brakuje już miejsc, bo przed Bożym Narodzeniem do lecznic trafia nawet o 30 procent pacjentów więcej...

Maciej Prochowski, dyrektor wydziału zdrowia w Urzędzie Miasta w Łodzi jest jednak ostrożny w podawaniu wskaźników dotyczących tego zjawiska, ale nie ma wątpliwości, że pod koniec roku ulega ono nasileniu.

Zapakuj i wieź

Podrzucanie schorowanych staruszków w okresach świąt i wakacji znane jest we wszystkich większych miastach, ale w Łodzi jest bodaj najbardziej widoczne (nb. w Wojewódzkim Szpitalu Specjalistycznym im. M. Kopernika w Łodzi padł chyba rekord czasu przebywania pacjenta hotelowego – 271 dni!).

Zapewne dlatego, że to „najstarsze” miasto w kraju, więc statystycznie schorowanych, sędziwych osób jest tu więcej niż w miastach o innej strukturze demograficznej. Poza tym do nasilenia zjawiska pacjentów hotelowych mogło przyczynić się zarządzenie dyrektora Wojewódzkiej Stacji Ratownictwa Medycznego, o którym informowaliśmy w październiku.

Otóż pracownicy pogotowia zostali zobowiązani do tego, żeby każde wezwanie karetki kończyło się kursem do szpitalnego oddziału ratunkowego lub do izby przyjęć.

– Zapakuj i wieź – taka obowiązuje doktryna. Pogotowie przestało być ambulatorium na kółkach, a stało się dla odmiany taksówką dla chorych. Kiedyś lekarz podejmował próby leczenia, takie jak lekarz pierwszego kontaktu, bo był przyzwyczajony do innego myślenia i działania. Teraz to niedopuszczalne – komentuje Prochowski.

Ratownicy medyczni mają wątpliwości i twierdzą, że większość wezwań to błahe sprawy niewymagające leczenia w szpitalu. Żalą się, że muszą wykonywać niepotrzebne kursy, dodatkowo narażając się na zarzut ze strony personelu szpitalnego, że przywożą zdrowych ludzi.

Ale dyrektor Bogusław Tyka twardo obstaje przy tym, że ratownicy nie powinni się brać za leczenie, a jedyne ich zadanie to zabezpieczenie pacjenta i dostarczenie do najbliższego szpitala.

Otwarte drzwi

Tak czy inaczej, drzwi do łódzkich szpitali zostały otwarte. Zaporą nie są też lekarze dyżurni. Takie dolegliwości, jak wysoki pozom cukru, nadciśnienie, kłopoty z sercem czy nerkami to w starszym wieku norma. Lekarze mają do czynienia z ludźmi obciążonymi wieloma chorobami, a od opiekunów słyszą, że chory nie jadł cztery dni i miał wysoką gorączkę.

Sposobów na załatwienie hospitalizacji dla osoby, której domownicy chcą się chwilowo pozbyć, są dziesiątki.

Wystarczy np., że po ostatnim powrocie ze szpitala nie poda się choremu na cukrzycę insuliny. Karetka pogotowia musi zabrać osobę z zagrożeniem życia. I leczenie zaczyna się od nowa.

 


KOMENTARZE (2)ZOBACZ WSZYSTKIE

NFZ tez brakuje środków

M. Szałot, 2010-12-27 12:15:05 odpowiedz

Szkoda,że panuje taka znieczulica.Każdy myśli tylko o sobie.Przecież ci wszyscy pacjenci chyba nie są na urlopie? Zapewne są rzeczywiście chorzy i nie udają.Niestety takie mamy przepisy...

też chory, 2010-12-27 12:01:14 odpowiedz

ZOBACZ WSZYSTKIE