Do redagowania urzędowych pism potrzebni językoznawcy

Sejmowa komisja kultury zwróci się do premiera o zobowiązanie ministrów do zapewnienia udziału językoznawców przy redagowaniu urzędowych tekstów. Ma to związek z raportem Rady Języka Polskiego, w którym wskazano, że urzędnicy tworzą hermetyczne teksty.
Do redagowania urzędowych pism potrzebni językoznawcy

Na środowym posiedzeniu sejmowej Komisji Kultury i Środków Przekazu posłowie uchwalili dezyderat w sprawie poprawności językowej tekstów urzędowych, który zostanie skierowany do Prezesa Rady Ministrów.

Czytaj też: Język pism urzędowych niezrozumiały

Komisja kultury zwraca się w dezyderacie do premiera z prośbą o zobowiązanie ministrów i osób kierujących instytucjami centralnymi do zapewnienia udziału językoznawców przy redagowaniu wszystkich urzędowych tekstów.

"Jednocześnie oczekujemy, że resorty objęte kontrolą Rady Języka Polskiego w zakresie poprawności językowej i komunikatywności oficjalnych przekazów, zamieszczanych na stronach internetowych, niezwłocznie poprawią wskazane przez Radę błędy" - napisali posłowie w dezyderacie. Ich zdaniem dbałość o ochronę czystości języka polskiego jest obowiązkiem wszelkich władz publicznych, na równi z dbałością o polską kulturę.

Posłowie Sejmowej Komisji Kultury i Środków Przekazu wysłuchali "Sprawozdania o stanie ochrony języka polskiego w latach 2010 - 2011", które przedstawił im przewodniczący Rady Języka Polskiego prof. Andrzej Markowski, na początku kwietnia br.

Językoznawcy analizowali strony internetowe Narodowego Funduszu Zdrowia oraz siedmiu polskich ministerstw (Ministerstwa Edukacji Narodowej, Ministerstwa Szkolnictwa Wyższego i Nauki, Ministerstwa Pracy i Polityki Społecznej, Ministerstwa Kultury i Dziedzictwa Narodowego, Ministerstwa Sportu i Turystyki, Ministerstwa Środowiska i Ministerstwa Zdrowia). Wnioski z tych badań przedstawił senatorom w środę prof. Andrzej Markowski, przewodniczący Rady Języka Polskiego.

W raporcie Rada zwraca uwagę, że większość analizowanych przez nią tekstów ma charakter oficjalny, a ich autorzy zbyt często odwołują się do źródeł prawnych, czyniąc swe komunikaty trudnymi w odbiorze. "Nie umieją bądź nie chcą albo się boją pisać językiem prostym. Tworzą teksty hermetyczne, przesycone informacją, szablonowe, trudne w odbiorze, bardzo rzadko zróżnicowane w zależności od adresata, co obniża ich skuteczność komunikacyjną" - zaznaczyła Rada.

Językiem urzędowym są pisane nawet informacje o bieżących wydarzeniach, co - zdaniem Rady - może niektóre osoby zniechęcać do stałego korzystania ze stron internetowych instytucji państwowych. Rada przypomniała przy tym, że osoby odwiedzające strony internetowe np. ministerstw łączy potrzeba informacji, natomiast różni wykształcenie, status społeczny i poziom sprawności językowej.

Eksperci szczegółowo opisali błędy, które znaleźli na każdej z analizowanych stron internetowych, poświęcając każdej instytucji osobny rozdział sprawozdania. Kilka uwag powtarza się jednak w przypadku wszystkich witryn. Plagą jest nadużywanie wyrazów takich jak "aplikowanie" (w znaczeniu "próba, staranie"), "kondycja" (w znaczeniu "stan") czy też "dedykowany" (w znaczeniu "poświęcony" np. "panel dedykowany problematyce handlu"). Językoznawcy wskazali też na problem nadmiernie długich zdań, nadużywanie imiesłowów oraz liczne błędy interpunkcyjne i gramatyczne. Powszechne jest też nadużywanie wielkich liter, szczególnie w przypadku nazw stanowisk, godności, tytułów naukowych czy zawodowych.

"Najbardziej naganny jest jednak brak korekty tekstów i swego rodzaju nonszalancja graficzna, charakterystyczna dla komunikacji w Internecie, niedopuszczalna na oficjalnych stronach poważnych instytucji" - uznali badacze w podsumowaniu wprowadzenia do raportu. Ich zdaniem, rozwiązaniem problemu mogłoby być zatrudnienie przez instytucje centralne specjalistów od kultury języka, którzy adiustowaliby publikowane dokumenty.

Podobał się artykuł? Podziel się!

 


KOMENTARZE (1)ZOBACZ WSZYSTKIE

Szanowni Państwo, wreszcie, wreszcie problem został dostrzeżony. Zdumiewające, że jak kiedyś, jakiś ,,autor'' wpaskudził do ustawy Prawo Ochrony Środowiska określenie ,,mogący'', tak się ten potwór językowy nie tylko zagnieździł ww ustawie, ale przenosi się do innych aktów prawnych oraz do opracowań... specjalistycznych. Nie ulega wątpliwości, że określenie ,,mogący'' wymagałoby, żeby taki ,,autor'' napisał w dalszych częściach ww ustawy ,,niemogący'', a także ,,wszechmogący''. Wtedy już ,,wszystko byłoby jasne''. Kolejny problem, to nadużywanie określenia ,,bowiem'', bo cóż z niego wynika, że autor danego tekstu ,,coś tam wie'' w przekonanie, że już ,,tego'' nie wie nikt poza nim??? Kolejne paskudztwo, to ,,iż'', które pewnie ,,się przyswoiło'' wielu ,,pisarzom'', bo pewnie jeździli kiedyś motocyklami produkcji sowieckiej o takiej właśnie nazwie. Następne paskudztwo to nadużywanie ,,dla'', które zdecydowanie jest rusycyzmem. Ręce opadają, kiedy się czyta ,,dla szkolenia''. Poza tym, niestety nie daje się zaakceptować w publikacjach naukowych oraz w opracowaniach specjalistycznych (raporty, dokumenty planistyczne i inne), takich określeń, jak: należy wskazać, przyjmuje się, wynosi ,,blisko''..., uznaje się, około, etc. Jeżeli autor / zespół autorski robi dane opracowanie i to często za ogromne pieniądze, to niech pisze KONKRETY, bo ,,standardem'' się stało, że w opracowaniach specjalistycznych zaczął dominować slang wyrażający się mieszaniem stylów typowych dla języka prawniczego z pominięciem rzeczowych określeń technicznych, naukowych, co zdecydowanie rozmija się z elementarnymi zasadami logiki. Oczywiście, to jeszcze nie wszystkie byki i byczki, niestety coraz powszechniejsze w języku polskim. rozwiń

Polonus sum, 2013-04-18 09:06:29 odpowiedz

ZOBACZ WSZYSTKIE