Deregulacja szansą na znalezienie pracy

- Cztery godziny trwała w poniedziałek pierwsza część wysłuchania publicznego organizacji zawodowych zainteresowanych pierwszą transzą projektów ustaw deregulacyjnych. We wtorek - druga część posiedzenia sejmowej komisji nadzwyczajnej pracującej nad projektem.
Deregulacja szansą na znalezienie pracy
Projekt deregulacji 50 zawodów (to pierwsza z trzech zapowiadanych transz) rząd przyjął pod koniec września. Konsultacje społeczne w tej sprawie trwały kilka miesięcy. W listopadzie Sejm nie przyjął wniosku SLD, który chciał odrzucenia w pierwszym czytaniu rządowego projektu i jednocześnie skierował ten projekt do nowej - specjalnie utworzonej - komisji nadzwyczajnej do rozpatrzenia projektów ustaw deregulacyjnych.

Minister sprawiedliwości Jarosław Gowin, przedstawiając projekt w Sejmie, wskazywał, że deregulacja jest szansą na znalezienie pracy dla kilkudziesięciu tysięcy młodych Polaków. Zapewnił, że jej wynikiem będzie podniesienie jakości usług, bo na ich straży nie będą stać licencje ani korporacje, ale "swobodna, uczciwa, sprawiedliwa konkurencja". Według Gowina pozytywnym następstwem zmiany będzie też spadek cen usług.

Czytaj też:  SLD za odrzuceniem ustaw deregulacyjnych

Wśród zawodów z pierwszego projektu deregulacji znalazły się m.in. profesje: notariusza, komornika, adwokata, trenerów sportowych, przewodników turystycznych, taksówkarza i geodety. Druga transza, mająca obejmować 91 zawodów, trafiła w październiku do konsultacji. Zapowiadana jest jeszcze trzecia transza, która ma objąć ponad 100 zawodów.

Poniedziałkowa debata w sejmowej komisji nadzwyczajnej zajęła cztery godziny, głos zabrali przedstawiciele kilkudziesięciu samorządów i organizacji zawodowych. Najwięcej było reprezentantów notariatu, organizacji przewodników i pilotów wycieczek zagranicznych, pośredników oraz zarządców nieruchomości, byli też adwokaci i radcowie prawni.

"Uczono mnie, że to popyt wpływa na podaż - nie odwrotnie. Gdy w Birmie podjeżdża autobus z turystami, podbiega do nich gromada bosonogich chłopców, którzy za dolara wyrywają sobie turystów" - mówiła przedstawicielka pilotów wycieczek zagranicznych. Przywoływano też dane statystyczne: w Estonii regulowanych jest 50 zawodów, a bezrobocie wyższe niż u nas. W Czechach jest około 300 zawodów regulowanych, a bezrobocie - jedynie 7 procent. "Nie da się ustalić zależności między liczbą zawodów regulowanych a poziomem bezrobocia" - argumentował jeden z mówców.

Na posiedzeniu pojawiło się też kilkoro zwolenników deregulacji. Jednym z nich był Bartłomiej Banaszak - rzecznik praw absolwenta. "Są liczne bariery dostępu do zawodów, które wiążą się z ludzkimi dramatami. Deregulacja ma szanse ograniczyć patologie takie jak zjawisko wyzysku oraz świadomego ograniczenia dostępu do zawodów konkurencji. Czemu państwo ma tolerować sytuację, że dyplom uczelni nie wystarczy i trzeba jeszcze ukończyć studia podyplomowe będące ukrytą formą szkolenia?" - pytał zebranych.

Poparł go Marcin Rudziński, szef Fundacji Republikańskiej, która od dawna głosiła potrzebę ułatwienia dostępu do różnych profesji. "Nie ma nas tutaj wielu, bo zainteresowani deregulacją zarabiają na te wszystkie egzaminy, odbywają staże, uczą się do kolokwiów - usiłują przebrnąć przez bariery, jakie im ustawiono. (...) Mamy wielkie bezrobocie wśród młodych ludzi - 27 procent. Wielu wyjechało na wyspy brytyjskie, bo nie mogli znaleźć w Polsce pracy" - przekonywał. Również występujący w imieniu samorządu studentów uczelni ekonomicznych. Są oni za deregulacją zawodów zarządcy i pośrednika w obrocie nieruchomości, a także - rzeczoznawców majątkowych.

 


KOMENTARZE (0)

Artykuł nie posiada jeszcze żadnych komentarzy.

PARTNER SERWISU