Jeszcze dwa miesiące aresztu dla samorządowca

- O kolejne dwa miesiące sąd przedłużył w czwartek okres aresztowania podejrzanego o korupcję prezydenta Świętochłowic Eugeniusza Mosia. Jego obrońca zapowiada zaskarżenie tej decyzji.

Świętochłowicki wydział Sądu Rejonowego w Chorzowie rozpatrywał prokuratorski wniosek o przedłużenie Mosiowi aresztu o trzy miesiące. Sąd się zgodził na przedłużenie aresztu do 21 czerwca.

Obrońca Mosia mec. Jerzy Zaleski wyraził przekonanie, że wniosek prokuratury nie zasługiwał na uwzględnienie. Zwracał uwagę, że śledztwo zabierze jeszcze sporo czasu. Przekonywał, że jego klient pozostając na wolności nie utrudniałby postępowania.

- W moim najgłębszym przekonaniu nie ma podstaw do tego, że trzeba trzymać mojego mandanta w izolacji, aby zapobiec godzeniu przez niego w prawidłowy bieg procesu. Wprost przeciwnie - podejrzany jest sam szczególnie zainteresowany w tym, żeby wyjaśnić wszystkie okoliczności tej sprawy i wyjść z podniesioną głową z gmachu sądu czy prokuratury - powiedział mec. Zaleski.

Jak dodał, jego klient nie jest człowiekiem młodym i ma kłopoty ze zdrowiem. Podczas czwartkowego posiedzenia adwokat proponował sądowi zastosowanie wobec Mosia innych środków - np. poręczenia majątkowego i dozoru policji.

Prezydent, a także sekretarz Świętochłowic Jolanta S.-K. zostali zatrzymani przez Agencję Bezpieczeństwa Wewnętrznego w ramach prowadzonego od listopada ub.r. śledztwa. Prokuratura w Bytomiu zarzuciła im żądanie i przyjmowanie łapówek.

Według śledczych w jednym przypadku podejrzani żądali 100 tys. zł i przyjęli 25 tys. zł. Innym razem prezydent i sekretarz mieli żądać kwoty "równoważnej 15-krotności 40 proc. z miesięcznego wynagrodzenia brutto" osoby, od której żądano łapówki.

W tym przypadku urzędnicy - zdaniem prokuratury - przyjęli 70 tys. zł. Pieniądze miały trafić do prezydenta za pośrednictwem sekretarza miasta - wynika z ustaleń śledztwa. Prokuratura, zasłaniając się dobrem postępowania, odmawia podania informacji, za co miały być te łapówki. Po zatrzymaniu podejrzani nie przyznali się do winy.

Bytomski sąd, który pod koniec stycznia - po zatrzymaniu podejrzanych - aresztował prezydenta i sekretarza, uznał, że istnieje uzasadniona obawa, iż mogliby oni utrudniać śledztwo, np. wpływając na zeznania świadków. Obrona zaskarżyła pierwszą decyzję o aresztowaniu, Sąd Okręgowy w Katowicach jednak nie uwzględnił tego wniosku.

Prokuratura pierwotnie wystąpiła do chorzowskiego sądu o przedłużenie aresztu obojgu podejrzanym. Sprawa Jolanty S.-K. także widniała w czwartek na wokandzie, jednak nie była rozpatrywana. Jak poinformowano w sądzie, posiedzenie w tej sprawie nie odbyło się, bo prokurator sam uchylił podejrzanej areszt.

Dlaczego śledczy w ostatniej chwili zmienili zdanie, nie wiadomo - obecny na posiedzeniu sądu prokurator stanowczo odmówił udzielenia jakichkolwiek informacji.

Według córki prezydenta, Aliny Moś-Kerger, nie tylko rodzina, ale też wiele powszechnie znanych osób jest zdania, że prezydent powinien odpowiadać w sprawie z wolnej stopy. Nie przesądzając o ostatecznym rozstrzygnięciu sprawy takie przekonanie - zdaniem córki prezydenta - wyrazili m.in. trener i senator Antoni Piechniczek, prezydenci kilku śląskich miast, muzyk Józef Skrzek i dyrektor Zespołu Pieśni i Tańca "Śląsk" Adam Pastuch.

Rodzina aresztowanego prezydenta od początku wyrażała opinię, że sprawa ma charakter polityczny, a zarzuty wobec niego nie potwierdzą się. Według córki prezydenta Eugeniusz Moś był od dłuższego czasu "nękany tajemniczymi telefonami" i zastraszany. Według rodziny nie było potrzeby zatrzymywania Mosia, ponieważ wezwany sam zgłosiłby się do prokuratury. Córka prezydenta zadeklarowała wpłatę 50 tys. zł na konto fundacji walki z korupcją (miałaby wskazać ją prokuratura), jeżeli sąd orzeknie "o bezwzględnej winie" prezydenta.

Podobał się artykuł? Podziel się!

 


KOMENTARZE (0)

Artykuł nie posiada jeszcze żadnych komentarzy.

PARTNER SERWISU