Reprywatyzacja - problem małych i dużych samorządów

Samorządy borykają się z reprywatyzacją od dwóch dekad – bezskutecznie. Choć zarówno duże, jak i małe JST muszą zmierzyć się z problemem, choćby raz na jakiś czas, ustawowe rozwiązania wciąż są odległe.
Reprywatyzacja - problem małych i dużych samorządów
Na gruntach dawnych właścicieli często stoją gminne obiekty (fot. szkolapilawa.pl)

Niewiele wskazuje na to, by sprawę udało załatwić się w tej kadencji Sejmu, a i następny nie weźmie się do niej od razu. Innymi słowy, z reprywatyzacją – mimo, że temat pojawił się w ostatniej kampanii wyborczej – borykać będziemy się co najmniej kolejne dwa, trzy lata.

Wbrew nazwie, w położonych w gminie Pilawa Trąbkach zlokalizowana była niegdyś jedna z najstarszych na Mazowszu – a może i w całej Polsce – hut szkła. W drugiej połowie lat 40., na mocy prowadzonej wszelkimi metodami nacjonalizacji, Trąbki odebrano właścicielom. Ich następcy prawni powrócili jednak po 1989 roku: poza kupionymi uprzednio zabudowaniami starej huty firma Przemysł Szklany w Polsce SA odzyskała 40 ha dawnych gruntów huty.

Czytaj też:Ważne orzeczenie NSA ws dekretu Bieruta

Problem w tym, że na tym obszarze znalazły się też gminne zabudowania, m.in. szkoła i boisko. Obie strony doszły w końcu w tej sprawie do porozumienia – gmina Pilawa odkupuje je za półtora miliona złotych.

Co prawda, przekracza to jej możliwości finansowe, ale spłata została rozłożona o dwa lata, a dodatkowo Przemysł Szklany w Polsce zrezygnował z wynagrodzenia za bezumowne korzystanie ze zwróconych nieruchomości, a od kwoty potrącony został podatek.

Z potencjalnego sporu udało się zatem wybrnąć względnie bezkolizyjnie, przypadek warty studiowania w innych miejscowościach w kraju – można by rzec.

Rzeczywistość nie jest jednak tak prosta i oczywista. – Straciliśmy świetlicę, niepewne były losy szkoły. Przez długi czas nie było się gdzie spotykać – skarżyli się kilka miesięcy temu mieszkańcy Trąbek. – Kolejne inicjatywy zaczęły zamierać – podkreślają, wskazując, że konflikt przyczynił się do obniżenia atrakcyjności miejscowości, przede wszystkim dla ludzi, którzy w niej mieszkają.

Moje sztuczki przestają działać

Przerażające, ale analogiczna sytuacja powtarza się w dziesiątkach gmin w całej Polsce.

Nie tak dawno stacja TVN pokazała choćby materiał zrealizowany w podwarszawskich Michałowicach, gdzie niepewny jest los nie tylko jednej z miejscowych szkół, ale też przedszkola i osiedla mieszkaniowego. W małych miejscowościach problem ma zresztą charakter kluczowy: lokalne budżety rzadko kiedy są w stanie znieść konieczność odkupienia od odzyskujących majątek dawnych właścicieli (lub ich następców) obiektów służących dziś za instytucje publiczne – szkoły, domy kultury, biblioteki, obiekty sportowe. A najczęściej chodzi o jedyną w okolicy instytucję tego rodzaju.

Ale nie mniej burzliwe są procesy reprywatyzacyjne w dużych miastach, czego najlepszym przykładem jest stolica – gdzie zresztą temat powrócił w kampanii najmocniej.

Tam wręcz wykształcił się podział, tym mocniej wyeksponowany, że akurat trwała kampania, na broniących dobra publicznego urzędników i próbujących wydębić zwrot nieruchomości roszczących, odgrywających rolę „czarnych charakterów”.

– Uprzedzam, że będzie gorzej. Od piętnastu lat jako urzędnik w Warszawie szukam sposobów, żeby nieruchomości ratować. Niestety, moje sztuczki przestają działać – mówił w opublikowanej na początku października rozmowie z „Gazetą Wyborczą” Marcin Bajko, szef Biura Gospodarki Nieruchomościami w warszawskim ratuszu. – Łatanina. Jesteśmy kompletnie osamotnieni, opuszczeni przez polityków i państwo, które chowa głowę w piasek. W sądach też jesteśmy bezbronni, bo według obecnej wykładni prawa w prywatne ręce może trafić właściwie wszystko. Niech pan wyjrzy przez okno: szkoła, park, jakiś placyk, kawałek trawnika. Ale czy za pięć lat to wszystko będzie publicznie dostępne – głowy nie dam – dodawał.

 


KOMENTARZE (0)

Artykuł nie posiada jeszcze żadnych komentarzy.