Rada Języka Polskiego załamana urzędowym "slangiem"

Teksty na stronach internetowych polskich urzędów są dla odbiorcy słabo zrozumiałe - mówił w środę prof. Andrzej Markowski przedstawiając w Senacie "Sprawozdanie ze stanu ochrony języka polskiego w latach 2010-2011". Rada Języka Polskiego przygotowała raport na zamówienie marszałka Senatu.
Rada Języka Polskiego załamana urzędowym "slangiem"

Językoznawcy analizowali strony internetowe Narodowego Funduszu Zdrowia oraz siedmiu polskich ministerstw (Ministerstwa Edukacji Narodowej, Ministerstwa Szkolnictwa Wyższego i Nauki, Ministerstwa Pracy i Polityki Społecznej, Ministerstwa Kultury i Dziedzictwa Narodowego, Ministerstwa Sportu i Turystyki, Ministerstwa Środowiska i Ministerstwa Zdrowia). Wnioski z tych badań przedstawił senatorom w środę prof. Andrzej Markowski, przewodniczący Rady Języka Polskiego.

"Teksty zamieszczane na witrynach internetowych tych instytucji są pisane stylem typowo urzędowym, który może jest zrozumiały dla urzędników, ale na pewno nie dla zwykłych odbiorców" - mówił prof. Markowski. Jego zdaniem najpoważniejszym błędem autorów tych witryn jest nieliczenie się z odbiorcami.

Czytaj też: Język pism urzędowych niezrozumiały

"Autorzy analizowanych tekstów są widocznie przekonani o tym, że zadaniem instytucji państwowej jest tworzenie komunikatów o najwyższym stopniu oficjalności, odwołujących się do źródeł prawnych. Nie umieją oni bądź nie chcą albo boją się pisać językiem prostym" - piszą autorzy raportu.

Autorzy raportu szczegółowo opisali błędy, które znaleźli na każdej z analizowanych stron internetowych, poświęcając każdej instytucji osobny rozdział sprawozdania. Kilka uwag powtarza sie jednak w przypadku wszystkich witryn.

Plagą jest nadużywanie "wyrazów obcych a modnych", jak to określił prof. Markowski, takich jak "aplikowanie" (w znaczeniu "próba, staranie"), "kondycja" (w znaczeniu "stan") czy też "dedykowany" (w znaczeniu "poświęcony" np. "panel dedykowany problematyce handlu"). W przypadku każdej z analizowanych stron internetowych językoznawcy wskazują na problem nadmiernie długich zdań, nadużywanie imiesłowów a także liczne błędy interpunkcyjne i gramatyczne. Powszechne jest też nadużywanie wielkich liter, szczególnie w przypadku nazw stanowisk, godności, tytułów naukowych czy zawodowych.

Czytaj też: Ustawa o ochronie języka polskiego nie działa

Językoznawców razi też używanie wyrazów w znaczeniach przeniesionych z języka angielskiego, jak na przykład w słowie "delegować" w zdaniu z witryny MEN "delegowanie zadań wychowawcom" zamiast "przydzielanie im zadań". Na stronie MKiDN znaleziono zdanie "ustawa implementuje zapisy dyrektywy", które oznacza "ustawa wprowadza zapisy dyrektywy".

Powszechne jest też stosowanie angielskich słów, które mają swoje odpowiedniki w polszczyźnie.

"Dość nisko należy ocenić kompetencję językową autorów tych tekstów, a szczególnie ich umiejętności dostosowania językowego kształtu tekstu do potrzeb odbiorców. Komunikaty zamieszczone na analizowanych stronach internetowych są szablonowe, trudne w odbiorze, hermetyczne, przesycone informacjami. Dominuje w nich styl urzędowy ze skłonnością do skomplikowanej składni i trudnej terminologii. (...) Jak wykazują badania, trzeba być co najmniej absolwentem wyższej uczelni, by zrozumieć treść tych przekazów. Tymczasem według danych statystycznych tylko co dziesiąty Polak ma wyższe wykształcenie" - podkreślają autorzy raportu.

Prof. Andrzej Markowski postulował, aby w nowelizacji ustawy o służbie cywilnej znalazł się zapis o konieczności znajomości języka polskiego przez urzędnika państwowego. Językoznawca wyraził też życzenie, aby podjęto szkolenia podnoszące kompetencje językowe w polskich urzędach. Obecnie takie szkolenia należą do rzadkości, pozytywnym przykładem może być tutaj Mazowiecki Urząd Wojewódzkiego.

Przewodniczący Rady Języka Polskiego uważa, że o zrozumiałość i poprawność należy dbać już na etapie stanowienia prawa, a w walce z zawiłością języka urzędowych pism mogłoby pomóc także zatrudnianie w instytucjach publicznych osób odpowiedzialnych za język wydawanych pism.

 


KOMENTARZE (3)ZOBACZ WSZYSTKIE

No to spróbujmy sobie poradzić bez takich określeń, jak "weekend", "catering" czy starsze, ale też nie polskie - "sos" czy "koktajl".

krzyciel, 2013-03-08 11:22:50 odpowiedz

Język polski jest piękny i ma być prosty i zrozumiały w mowie i pisaniu.Wszelkie naleciałości,co były kiedyś nowością,a dziś są powszechne,to nie znaczy,żeby je uznawać i wprowadzać z powodu tego,że są w powszechnym użyciu.Za moich czasów szkolnych wymagano używania słów polskich,zaś kto w mowie i w... pisaniu posłużył się słowem zwanym naleciałością i nie umiał wyjaśnić jego znaczenia,dostawał dwóję,a nawet z dwoma minusami.Uważam.że obowiązkiem językoznawców jest dbanie o czystość języka polskiego. rozwiń

Język, 2013-03-07 12:45:26 odpowiedz

Niektórzy "językoznawcy" mają jakąś dziwną obsesję na punkcie stałości i niezmienności języka. Jeżeli w języku polskim jest już jakieś słowo, to w żadnym razie nie powinno się pojawić żadne inne - nawet, jeśli miałoby ono być wygodniejsze w użyciu. A przecież chyba każde słowo, które dzisi...aj używamy (nawet jeśli nie samo słowo, to jego aktualna forma) było kiedyś nowością, ale poprzez powszechne użytkowanie stało się normą językową. Pozwólmy językowi żyć: jeżeli ktoś woli "delegować" zadania zamiast je przydzielać - niech deleguje. Jeśli ktoś woli implementować coś zamiast wprowadzać - niech implementuje. Te słowa nie zubożają, ale wzbogacają słownik, pokazując jednocześnie, że język żyje i rozwija się. Ileż to słów w języku polskim ma dziś status wyłącznie archaizmów, bo zostały zastąpione innymi? Czy tu również należałoby wrócić do wcześniejszego słownictwa?
Inna sprawa to składnia wypowiedzi. Tu należałoby przykrócić "rozpasanie" językowe urzędników (i przede wszystkim prawodawców), bo czasem w trakcie czytania zdania już w środku gubi się wątek i zapomina, co było na początku.
rozwiń

krzyciel, 2013-03-07 10:23:49 odpowiedz

ZOBACZ WSZYSTKIE


ZOBACZ TAKŻE