Chcą powrotu czesnego za przedszkola publiczne. "Rodzice otrzymują duże wsparcie państwa"

Chcą powrotu czesnego za przedszkola publiczne. "Rodzice otrzymują duże wsparcie państwa"
Według Grzegorza Cichego, burmistrza Proszowic, nie ma już w Polsce gminy, która nie dopłacałaby do oświaty (fot. UM w Proszowicach).
Przedstawiciele samorządów nie chcą dłużej dopłacać do edukacji, a w związku z tym ograniczać realizację innych zadań i wydatki inwestycyjne. Postulują więc przejęcie przez rząd wynagrodzeń nauczycielskich oraz wprowadzenie czesnego w przedszkolach samorządowych – takie m.in. sugestie w sprawach oświatowych zgłosili premierowi Mateuszowi Morawieckiemu. Teraz ruch po stronie szefa rządu.
  • Obecnie nie ma w Polsce gminy, która by nie dokładała do funkcjonowania szkół i przedszkoli.
  • Samorządowcy postulują znaczące zwiększenie subwencji oświatowej albo przejecie przez rząd wypłaty wynagrodzeń dla nauczycieli.
  • Jednym z postulatów jest powrót do czesnego za przedszkola. - Rodzice otrzymują duże wsparcie ze strony państwa, więc nie powinno to stanowić dla nich problemu – argumentuje Grzegorz Cichy, przewodniczący UMP.  

Na historycznym już dzisiaj spotkaniu strony samorządowej Komisji Wspólnej Rządu i Samorządu Terytorialnego z Mateuszem Morawieckim 21 czerwca przedstawiał pan problemy jednostek samorządu terytorialnego w obszarze edukacji. Co pan powiedział premierowi? Jakie są wasze oczekiwania?

Grzegorz Cichy, burmistrz Proszowic, przewodniczący Unii Miasteczek Polskich: - Przede wszystkim zacząłem od tego, że powielana od lat opinia, że niektóre samorządy chodniki budowały z subwencji oświatowej, nie ma żadnego uzasadnienia w rzeczywistości. Dzisiaj nie ma w Polsce samorządu, który by nie dopłacał do funkcjonowania oświaty. Dotyczy to zwłaszcza gmin, bo w powiatach ta sytuacja jest trochę lepsza, ale gdy chodzi o gminy wiejskie, miejsko-wiejskie oraz miasta małe i duże, to dokładamy do edukacji bardzo dużo. Z roku na rok rośnie też rozdźwięk między subwencją oświatową a wydatkami na oświatę.

Aby to premierowi unaocznić, posłużyłem się przykładem miasta Kowal, które jeszcze nie tak dawno było w piątce gmin, które pokrywały z subwencji również inne wydatki. Było to możliwe, dlatego, że tam przedszkole, szkoła, pogotowie ratunkowe i ośrodek sportowy są zlokalizowane w jednym budynku, więc jednostkowe koszty utrzymania tych jednostek były niskie. Ale obecnie burmistrz miasta musi dokładać do oświaty około 100 tys. zł.

Niech rząd przejmie wynagrodzenia dla nauczycieli

Powiedzieliśmy więc premierowi, że dokładamy do oświaty, a największym naszym kosztem są wynagrodzenia nauczycieli. Dlatego postulujemy, żebyśmy przeszli na system finansowania pensji nauczycieli bezpośrednio z budżetu państwa. Czyli żebyśmy przyjęli taki model, który funkcjonuje na świecie, w którym wynagrodzenia nauczycieli nie obciążają budżetu samorządu.

Największym kosztem są wynagrodzenia nauczycieli (fot. Shutterstock)
Największym kosztem są wynagrodzenia nauczycieli (fot. Shutterstock)

Dzięki takiemu rozwiązaniu zniknęłyby sytuacje, że minister edukacji negocjuje ze związkami zawodowymi wysokość podwyżek czy zasady wynagradzania nauczycieli, a my samorządowcy, niewiele mając do powiedzenia, ponosimy skutki tych ustaleń. Jesteśmy zaskakiwani takimi rozwiązaniami w trakcie roku budżetowego.

Wspomniałem również o rosnących pensjach minimalnych, które powodują zwiększenie wydatków na funkcjonowanie szkół i przedszkoli, bo zatrudniamy w nich sporo personelu pomocniczego typu sprzątaczki, konserwatorzy, palacze i tak dalej. A jeżeli w przyszłym roku kwota minimalnego wynagrodzenia ma być dwa razy podwyższona, to koszty wzrosną jeszcze bardziej i znowu pojawi się niedobór środków na wynagrodzenia w samorządach.

Przejęcie przez rząd wynagrodzeń nauczycieli to postulat samorządu powtarzany od dwóch lat. Jak by to miało wyglądać?

- Nauczyciele powinni być wynagradzani tak, jak funkcjonariusze policji czy straży pożarnej. Ich praca to przecież rodzaj służby państwowej. My wzięlibyśmy na siebie utrzymanie bazy, czyli sprawy materiałowe, remonty budynków, media i tak dalej, natomiast nauczyciele podpisywaliby bezpośrednie kontrakty z kuratorami. To oczywiście tylko jedna z możliwości, nad którą należałoby się zastanowić.

I co na to premier?

- O tym nie rozmawialiśmy. To spotkanie służyło raczej pokazaniu premierowi najważniejszych bolączek samorządu. W drugiej części spotkania wiceminister Dariusz Piontkowski, odnosząc się do tej propozycji, zapytał tylko, co w takim razie z ustalaniem liczby uczniów w oddziałach klasowych.

No właśnie, jak liczne powinny być te oddziały?

- Naszym zdaniem klasa powinna liczyć od 10 do 25 uczniów, bo to zapewnia efektywność wydatkowania środków publicznych.

Minimum 10 uczniów w oddziale

Tak naprawdę ta efektywność pojawia się przy 15 dzieciach, choć trudno to kategorycznie stwierdzić, bo inaczej ona wygląda w poszczególnych miejscowościach, inaczej jest w szkole w dużym mieście, a jeszcze inaczej w szkole w małym miasteczku czy w gminie miejsko-wiejskiej, gdzie standardem są klasy 14-osobowe. Według wyliczeń Związku Gmin Wiejskich RP 60 proc. szkół na terenach wiejskich ma mniej niż 100 uczniów.

Niewątpliwie jednak 15 dzieci w oddziale klasowym ma sens ekonomiczny, ponieważ jego utrzymanie kosztuje 140–150 tys. zł na rok. Więc jeżeli subwencja na dziecko wynosi 10 tys. zł, to 15 dzieci pokrywa koszt funkcjonowania oddziału.

Za taką liczbą dzieci przemawiają też względy edukacyjne, społeczne i organizacyjne, bo gdy w klasie jest mniej niż 10 dzieci nie da się wiele zrobić. W dużej klasie - mamy na to dowody – dzieci równają do najlepszych, najzdolniejszych. Większa liczba uczniów w klasie sprzyja też rozwojowi społecznemu ucznia i podnosi jego umiejętność radzenia sobie w grupie, w trudnych sytuacjach, czego nie da się osiągnąć w oddziale 5- czy 6-osobowym.

Jest jednak wielu zwolenników uczenia w małych grupach, ale nie rozwijajmy tego tematu. Chciałbym wrócić do kwestii finansowania oświaty – jeśli rząd przejmie wynagrodzenia nauczycieli, to na pewno obniży drastycznie subwencję oświatową. Czy samorząd sobie z tym poradzi?

- Rząd może nam tę subwencję zabrać całkiem. Samorządy dadzą radę utrzymać budynki, a nawet pojawiały się głosy, że bylibyśmy w stanie utrzymać personel pomocniczy, którego praca nie jest regulowana Kartą nauczyciela. Natomiast nauczyciele mają z tego tytułu różne przywileje, jak chociażby wynagrodzenie wypłacane z góry, czyli na początku miesiąca, co naszym służbom księgowym przysparza wiele pracy np. przy rozliczaniu chorobowego. Zwróciłem na to uwagę premiera, mówiąc, że ta wypłata powinna następować po wykonaniu pracy, a więc nie z góry tylko z dołu.

To akurat prosta rzecz do załatwienia. I co? Premier się na to zgodził?

- Zdziwił się, że tak jest. To jednak wiązałoby się z koniecznością wypłaty jakiegoś dodatkowego świadczenia, a o tym dzisiaj nikt nie chce rozmawiać. Na postulat dotyczący zwiększenia subwencji oświatowej przedstawiciele MEiN odpowiedzieli, że oni zawsze to robią, natomiast decyzja należy do Ministerstwa Finansów. Podkreślili, że ministerstwo jest tu tylko wnioskodawcą, który wskazuje zapotrzebowanie na pensje nauczycielskie, natomiast o środkach decyduje i przekazuje je MF. A ono daje tyle, ile może.

Czyli i tu żadnej odpowiedzi nie było. No to zajmijmy się kolejną kwestią – przedszkola. Samorządy od dawna domagają się subwencjonowania przedszkoli.

- Z ostatnich informacji wynika, że ta sprawa jest na dobrej drodze. Rząd powoli przychyla się do dotowania przedszkoli poprzez subwencje oświatową. Chodzi o 830 zł na przedszkolaka miesięcznie, które na razie mają dotyczyć tylko dzieci z Ukrainy. Oczywiście, postulujemy takie rozwiązanie dla dzieci polskich, bo prawda jest taka, że jako samorządy pokrywamy koszty funkcjonowania przedszkoli w około 65 proc., tzn. dotacja i wpłaty rodziców pokrywają około 35 proc. kosztów wychowania przedszkolnego, a nawet mniej.

Czesne w przedszkolach samorządowych

Przekazałem premierowi, że byłoby wskazane wprowadzić czesne za pobyt dziecka w przedszkolu. To znaczy znieść tę „ulgę złotówkową”, żeby chociaż te 50-100 zł miesięcznie od dziecka wpływało. Bo to pozwoliłoby na uzupełnianie pomocy dydaktycznych, np. zakupu tablic magnetycznych, magicznych dywanów czy też oczyszczaczy powietrza lub innych rzeczy, których rodzice chcą dla swoich dzieci.

Chcecie wprowadzenia odpłatności za przedszkola czy tylko za godziny, które wydłużają pracę nauczycieli?

- Nam chodzi o czesne. Chodzi nam o to, żeby nie karać dzieci, które są w przedszkolach prywatnych. Żeby nie tworzyć takiej nawałnicy chętnych do przedszkoli samorządowych, bo jest nam bardzo ciężko prowadzić rekrutację i zaczynają się nawet loterie, które dziecko ma trafić do przedszkola, bo wszystkie spełniają kryteria określone w rekrutacji.

Czesne nawet w wysokości 50-100 zł byłoby  zastrzykiem dla samorządu (fot. Shutterstock)
Czesne nawet w wysokości 50-100 zł byłoby zastrzykiem dla samorządu (fot. Shutterstock)

Postulujemy więc powrót do czesnego. Rodzice otrzymują duże wsparcie ze strony państwa – 400 zł dopłaty do żłobków, które doszło teraz, 500 plus, które może zostanie podwyższone, karty dużej rodziny itd. więc to nie powinno stanowić dla nich problemu. A gdyby do przedszkola od dziecka wpływało miesięcznie 100 zł czy 50 zł to byłaby to realna pomoc dla samorządu.

Jednym z naszych postulatów jest też zmiana Karty nauczyciela. Uważamy, że trzeba ją znowelizować, bo ona jest w niektórych rozwiązaniach anachroniczna. Powstawała, kiedy była duża liczba szkół, wyż demograficzny i brak nauczycieli na wsi, ale obecnie jej rozwiązania nie przystają do rzeczywistości. Mówiliśmy np. o likwidacji dodatku wiejskiego, twierdząc, że lepsze byłoby wprowadzenie dodatku miejskiego, gdzie trudno jest o specjalistów nauk ścisłych, matematyków, nauczycieli fizyki czy informatyki.

Co pańskim zdaniem jest do zmiany natychmiast w obszarze rząd – samorząd – oświata?

- I znowu wracamy do pieniędzy – konieczne jest pilne wprowadzenie rozwiązań systemowych dotyczących finansowania oświaty. Obecnie, przez dodatkowe środki, które wpływają do nas w związku z edukacją dzieci z Ukrainy, ten obraz jest nieco zniekształcony, ale naprawdę rząd musi zrozumieć, że jego decyzje dotyczące podwyżek dla nauczycieli, podwyżek płacy minimalnej czy innych rozwiązań, które podejmuje, skutkują poważnymi problemami w samorządach. Skarbnicy gmin, miast i powiatów ze zgrozą patrzą na rosnące wydatki bieżące wynikające z rosnących kosztów edukacji. A to powoduje, że musimy albo rezygnować z jakichś inwestycji, albo zadłużać się, albo wyprzedawać majątek, a więc działki i inne nieruchomości, żeby pokryć wynagrodzenia nauczycieli w przedszkolach i szkołach.

TAGI
KOMENTARZE2

  • Paweł 2022-07-13 08:53:56
    W tym kontekście warto przeczytać książkę "Oświata i wychowanie jako zadanie publiczne gmin. Czynniki wpływające na efektywność wydatków budżetowych". Sądząc po treści, zbieżność nazwisk autorki na pewno jest przypadkowa.
  • Marta 38 2022-07-03 20:25:09
    Wszystko ok, mogę płacić, ale: - artykuły plastyczne i higieniczne mają być zapewnione w ilości potrzebnej dla każdego dziecka, - wycieczki, - zajęcia dodatkowe (rytmika, angielski), - wydarzenia przedszkolne (atrakcje dla dzieci typu dmuchańce, animacje i muzyka). Rodzice nie przynoszą nic do... przedszkola, oprócz ubranek na zmianę.  rozwiń

Logowanie

Dla subskrybentów naszych usług (Strefa Premium, newslettery) oraz uczestników konferencji ogranizowanych przez Grupę PTWP

Nie pamiętasz hasła?

Nie masz jeszcze konta? Kliknij i zarejestruj się teraz!