Jaka jest cena uczenia dziecka w domu?

Jaka jest cena uczenia dziecka w domu?
Nadrabianie braków wynikających z nauczania zdalnego to codzienny obowiązek rodziców w dobie pandemii (fot. Shutterstock).
W pandemii rodzice podwójnie utrzymują system edukacji, po pierwsze płacąc podatki, po drugie wykonując na jego rzecz konkretną pracę, nawet połowa zajęć może odbywać się w ramach zadania domowego. Co z tym zrobić? Teoretycznie nawet 8 tys. złotych miesięcznie mógłby zarobić rodzic za naukę swojego dziecka, gdyby tylko rząd chciał mu za to zapłacić. Inna sprawa, że takich zarobków nie mają nawet najlepsi nauczyciele, więc trzeba by się pogodzić z kwotą co najmniej o połowę niższą. A jeśli wziąć pod uwagę inne uwarunkowania, to z kwotą zerową, bo nawet w przypadku autentycznej edukacji domowej nikt nie przewiduje jakiejkolwiek rekompensaty finansowej dla rodziców.
  • Szkoły nie wracają do nauki stacjonarnej, a to oznacza, że wielu rodziców będzie razem ze swoimi dziećmi kontynuowało naukę w domu.
  • Rodzice i podatnicy - którzy słusznie uważają, że utrzymują system edukacji w Polsce - nie otrzymują usługi za którą płacą, do tego zadania za które zapłacili muszą wykonywać sami. Bo w wielu przypadkach cała odpowiedzialność za edukację dzieci spada na nich.
  • Każda godzina pracy rodzica z uczniem to ulga dla systemu oświaty państwowej, dlatego są rodzice, którzy uważają, że powinni otrzymywać wynagrodzenie za swoją pracę.
  • Próbę policzenia tego, ile rodzic uczący własne dziecko powinien zarobić, podjęła Teresa Moskal, dyrektor Szkoły św. Benedykta, prowadzącej uczniów w edukacji domowej. Wg niej to 20 zł za godzinę, w skali miesiąca 3,2 tys. zł brutto.

W środę 3 marca minister edukacji i nauki Przemysław Czarnek podczas konferencji związanej z rozpoczęciem matur próbnych i zapowiedzią próbnego egzaminu ósmoklasisty wyraźnie stwierdził, że póki co nawet najstarsze egzaminowane roczniki do nauki stacjonarnej nie wrócą, chociaż w dłuższej perspektywie jest to możliwe i rozważane. Oznacza to ni mniej, ni więcej, że wielu rodziców będzie wraz ze swoimi dziećmi kontynuowało naukę w domu.

Rok w domu. Cierpliwość na wyczerpaniu

Sprawa nie jest nowa, bo już od dawna dzieci, których rodzice troszczą się o ich przyszłość, są intensywnie kształcone w domu, a każda lekcja jest dodatkowo przerabiana. Każdy z nas zna takie osoby, a niektórzy do nich należą. Teraz jednak, za sprawą koronawirusa i nauki zdalnej, proceder uzupełniania wiedzy uczniów przez rodziców stał się poważnym problemem, zwłaszcza tam, gdzie nauka zdalna szwankuje.

Oczywiście przyczyn takiego stanu rzeczy może być wiele – przeładowanie programów, nieprofesjonalność nauczyciela, brak chęci dziecka do nauki lub niedojrzałość szkolna, problemy techniczne związane z brakiem sprzętu i odpowiednio silnego internetu, a w końcu ambicje samych rodziców oraz dotykające wszystkich - uczniów, rodziców i nauczycieli - zmęczenie pandemią. Ale tu chodzi o pieniądze.

Fakty są takie, że z dniem wprowadzenia edukacji zdalnej wielu rodziców musiało zająć się nauczaniem swoich dzieci, zwłaszcza gdy aktywność szkoły ograniczała się do wysyłania informacji o materiale do przerobienia w domu. Wszyscy pamiętamy dyskusje na ten temat z czasów pierwszej fali pandemii. W trzeciej fali w niektórych szkołach nadal niewiele się zmieniło. Problem jest również w tym, że zbliża się koniec roku i coraz bardziej widoczne są słabości nauczania zdalnego, kumulują się negatywne skutki, a tym samym braki w wiedzy uczniów.

Część rodziców jest tym przerażona i stara się uzupełniać to, czego szkoła nie robi. Są też zbulwersowani, że wykonują pracę nauczycieli za darmo.     

- Czy rodzice nie powinni otrzymać wynagrodzenia za naukę zdalną, skoro połowa lekcji może zostać wysłana do zrobienia w formie zadania domowego? - pyta jeden z ojców, który ma dość siedzenia z dzieckiem po godzinach.

Zapłata? Nie przewidujemy

Przepisy oświatowe nie przewidują jednak takiego wynagrodzenia i to nawet, gdy rodzic całkowicie przejmuje na siebie obowiązki kształcenia swojego dziecka. Ale dotychczas nie było takiej sytuacji, żeby rodzice musieli tak intensywnie uczyć swoje dzieci.

Warto się zastanowić, nawet teoretyzując, ile by to mogło kosztować?

Odpowiedź nie jest jednoznaczna. Nauczyciel za pracę dostaje wynagrodzenie w wysokości odpowiedniej do tzw. stopnia awansu zawodowego, powiększone o wysługę lat, co pokrywane jest z subwencji oświatowej, oraz dodatki płacone przez samorząd. W tym przede wszystkim dodatek motywacyjny i za wychowawstwo. Na przykład nauczyciel dyplomowany w Warszawie z maksymalnym stażem otrzymuje prawie 4900 zł (4046 zł + 20 proc., za które płaci państwo), do tego dodatek motywacyjny w wysokości 600 zł (uznaniowy, płacony przez samorząd). W sumie 5500 zł brutto.

To jednak suma za całą klasę liczącą w przypadku szkół podstawowych do 25 osób i szkół ponadpodstawowych do 36 osób i pracę 40 godzin tygodniowo. Zatem jedna godzina nauczyciela kosztuje 33 zł brutto. Przeliczając to na jedno dziecko w klasie szkoły podstawowej, będzie to ok. 1,3 zł, a w szkole średniej niecałe 90 gr. Nawet jeśli weźmiemy pod uwagę tylko pensum tzw. nauczyciela tablicowego - 18 godzin tygodniowo - uznając, że nie ma on innych obowiązków lub wykonuje je w ramach wolontariatu, to jego stawka wyniesie 73 zł brutto. Co w przeliczeniu na dziecko da nam odpowiednio 2,9 zł i 2 zł. I chociaż średnie liczebności klas w Polsce są nieco niższe od tych maksymalnych, to znając "hojność" systemu takie stawki zostałyby rodzicom zaproponowane.  

Można podejrzewać, że część z rodziców, którzy chcą wynagrodzenia, nawet by na takie pieniądze nie spojrzała. O bardziej korzystne wyliczenie można by się upomnieć, wskazując na wynagrodzenie nauczyciela za tzw. godziny nadliczbowe. W sumie słusznie, bo dla rodziców przerabianie materiału i odrabianie lekcji to autentyczne godziny nadliczbowe. Jednak tu także nie ma kokosów – jedna taka godzina to 54 zł dla nauczyciela z wieloletnim stażem.

Tylko że on dostaje tę kwotę za pracę z całą klasą, więc znowu przeliczenie na jedno dziecko nie wychodzi ciekawie. Trzeba bowiem pamiętać, że posługujemy się przykładem nauczyciela dyplomowanego, a np. nauczyciel kontraktowy (II stopień awansu) dostaje 3034 zł brutto wynagrodzenia zasadniczego, a nie 4046 zł. Jest młodszy w zawodzie, powiedzmy o 5 lat, więc ma 5 proc. dodatku za wysługę – 151,7 zł; do tego dodatek motywacyjny – 600 zł. Razem niecałe 3800 zł. Zatem stawka godzinowa to niecałe 23 zł brutto. Co w przeliczeniu na jednego ucznia w klasie 25-osobowej daje 90 gr za godzinę. Natomiast stawka za godzinę ponadwymiarową - 40,4 zł.

Oczywiście przeliczanie na jednego ucznia nie jest uczciwe, ponieważ w domach odbywa się 36 lekcji dla 36 uczniów a nie jedna lekcja dla 36 dzieci.

Korepetycje? Też nie są do końca dobrym punktem odniesienia, bo poniżej 50 zł trudno znaleźć doświadczonego korepetytora, a same lekcje dotyczą tylko wybranych przedmiotów.

Na pełny zegar

Sławomir Wittkowicz, przewodniczący Wolnego Związku Zawodowego „Forum-Oświata”, poproszony o wyliczenie stawki godzinowej dla rodzica, stwierdził jedynie, że: - Gdyby rodzice mieli status zawodowy nauczyciela, to odpowiedź byłaby jasna, tylko że na pewno nie byliby usatysfakcjonowani zarobkami.

Próbę policzenia tego, ile rodzic uczący własne dziecko powinien zarobić, podjęła Teresa Moskal, dyrektor Szkoły św. Benedykta, prowadzącej uczniów w edukacji domowej.

- Gdybyśmy mieli potraktować ten postulat na serio, to rodzic powinien przejąć całkowicie edukację dziecka. A wtedy musiałaby to być nie pomoc w odrabianiu lekcji lub przerabianiu kolejnych partii materiału, tylko ścisła realizacja podstawy programowej ze wszystkich przedmiotów, czyli praca na pełny zegar. To znaczy ok. 40 godzin tygodniowo, bo tyle mniej więcej wynosi siatka godzinowa dziecka. Zatem 160 godzin miesięcznie - stwierdziła.

Według niej przyzwoitą stawką byłoby 50 zł brutto, czyli 8000 zł miesięcznie. Problem w tym, że żaden nauczyciel szkoły publicznej w Polsce tyle nie zarabia. Średnio połowę tej kwoty. Zatem 25 zł za godzinę. Tylko że ta stawka dotyczy nauczycieli o wysokich kwalifikacjach, których rodzice raczej nie mają. Zatem najwłaściwsza byłaby stawka podstawowa, czyli ok. 20 zł za godzinę, a więc ok. 3200 zł brutto miesięcznie.

Oczywiście zdajemy sobie sprawę, że przekazanie pieniędzy nauczycieli rodzicom oznaczałoby likwidację edukacji szkolnej w ogóle. Wynagrodzenie zasadnicze nauczyciela kontraktowego, a więc po stażu, wynosi 3034 zł brutto, a więc nie bardzo jest co dzielić. To teoria, żeby pokazać paradoks pandemicznej sytuacji.

Od blisko czterech miesięcy pracownie szkolne świecą pustkami (fot Shutterstock).
Od blisko czterech miesięcy pracownie szkolne świecą pustkami (fot Shutterstock).

Niestosowna propozycja

- Rozumiem frustrację rodziców, wynikającą z tego, że rzeczywiście w dużej mierze ciężar edukacji spoczywa na nich, szczególnie w przypadku tych młodszych dzieci, niemniej propozycja, by nauczyciele dzielili się zarobkami z rodzicami, jest całkowicie absurdalna. Bo jednak to nauczyciele przygotowują materiały, prowadzą lekcje i pracują czasami nawet więcej niż pracowali stacjonarnie, nawet jeśli rodzice w domu muszą przypilnować dziecko czy też mu pomóc - mówi Dorota Łoboda, prezeska Fundacji „Rodzice mają głos”.

Poza tym, jej zdaniem, ten problem w dużej mierze się rozwiązał, kiedy najmłodsze dzieci wróciły do szkoły. Natomiast większe dzieci powinny już radzić sobie z edukacją zdalną samodzielnie.

- W tej sprawie zgadzam się z panią Łobodą. Mimo różnych słabości zawodu nauczycielskiego, raczej należy dążyć do zagwarantowania im godnych zarobków, a nie rozwijać jakieś pomysły polegające na płaceniu przez państwo rodzicom za wykonywanie ich naturalnych obowiązków - mówi prezes Fundacji „Rodzice Szkole” Wojciech Starzyński.

Nie potwierdza, aby do prowadzonej przez niego fundacji takie propozycje trafiły. Proponuje też, by kwestią nienależytego nauczenia, czy wręcz zwalczania patologii w zawodzie nauczycielskim, zajęły się samorządy terytorialne, które są organami prowadzącymi większość szkół w Polsce i które mają wystarczające mechanizmy, by dyscyplinować nauczycieli.

Nowelizacja nie przewiduje

Niemal naturalnym rozwiązaniem wydaje się płacenie rodzicom, którzy podjęli się edukacji domowej, czyli całkowicie przejęli od państwa odpowiedzialność za naukę dziecka i realizację polityki oświatowej państwa, w tym podstawy programowej z każdego przedmiotu, wymaganego na poszczególnych poziomach i etapach edukacji oraz w grupie wiekowej. Państwo kontroluje to poprzez obowiązkowe egzaminy kwalifikacyjne, które każde dziecko musi zaliczyć na zakończenie każdego roku nauki. I jeśli wyniki są słabe, dziecko wraca do nauki w szkole. Jednak nawet i tu napotykamy na pewną przeszkodę – za indywidualną pracę rodziców z dzieckiem państwo w ogóle nie płaci. Widzi natomiast konieczność subwencjonowania szkół zajmujących się dziećmi w edukacji domowej.

Obecnie na każdego ucznia w systemie edukacji domowej szkoły niepubliczne otrzymują subwencje w wysokości 0,6 kwoty tzw. standardu edukacyjnego A, który wynosi w tym roku ok. 6000 zł. Natomiast publiczne - 0,25 tej kwoty. Co oznacza, że obecnie szkoła niepubliczna otrzymuje 3600 zł na ucznia, natomiast publiczne tylko 1500 zł.

Procedowany w Sejmie projekt nowelizacyjny ustawy Prawo oświatowe ma to zmienić w ten sposób, żeby zarówno szkoły publiczne, jak i niepubliczne otrzymywały 0,8 kwoty subwencji. Zatem jeśli ten przepis wejdzie, to byłoby to 4800 zł rocznie. A to oznacza kwotę 400 zł miesięcznie. Część z niej - np. 50 proc. - mogliby otrzymywać rodzice. Bo dobre szkoły prowadzące takich uczniów mimo wszystko mają pewne obowiązki wobec nich, przede wszystkim związane z przygotowaniem i przeprowadzeniem egzaminów kwalifikacyjnych dla każdego ucznia indywidualnie na każdym poziomie nauczania.

Zob. też: Edukacja domowa wraca do łask, ale częściowo

Podniesienie kwoty subwencji na edukację zdalną jest wspierane przez MEiN (fot. Sejm).
Podniesienie kwoty subwencji na edukację zdalną jest wspierane przez MEiN (fot. Sejm).

Szkopuł w tym, że projekt takiego rozwiązania, a więc partycypacji rodziców w tej kwocie, nie uwzględnia. Chociaż w tym zakresie można by zapewne znaleźć poparcie i rodziców, i polityków, i organizacji związkowych, a nawet szkół niepublicznych.

Jak rozliczyć rodzica?

Zdaniem Wojciecha Starzyńskiego sprawy edukacji domowej nie są do końca uregulowane. I choć obecny poselski projekt nowelizacji ustawy Prawo oświatowe zmierza w dobrym kierunku, to wymaga jeszcze szerokiej dyskusji. Do nowelizacji powinny być wprowadzone dwie zasady – pierwsza, że szkoły, które podejmują się opieki nad dziećmi w edukacji domowej podlegają jakiejś weryfikacji; druga, że część pieniędzy państwowych, które otrzymują szkoły prowadzące uczniów w edukacji domowej, jest przekazywana rodzicom.

- Nie może być tak, że te pieniądze w całości trafiają do szkół. Oczywiście jest kwestią dyskusji, w jakiej części, ale zdecydowanie powinny one trafiać również do rodziców, którzy podejmują edukację domową - argumentuje Wojciech Starzyński.    

Dorota Łoboda również nie ma wątpliwości co do tego.

- Jeśli uczeń nie korzysta w żaden sposób z zasobów szkoły, której podlega, pomijając oczywiście kwestie dokumentacji i kontroli procesu edukacyjnego ucznia, to częściowo te pieniądze powinny trafić do rodziców, bo oni często ponoszą dodatkowe koszty, chociażby dodatkowej nauki języka obcego. Ale to wymagałoby szerokich konsultacji ze środowiskiem związanym z nauczaniem domowym - mówi.

- Skoro rodzic odciąża system, to system powinien mu za to płacić. Pytanie tylko, jak rodziców rozliczać z tych obowiązków. Jak miałby działać nadzór pedagogiczny? - mówi Sławomir Wittkowicz.

Zauważa przy tym, że liczba uczniów w edukacji domowej jest niewielka i nie może stanowić modelu do powszechnego zastosowania. Poza tym nie bardzo wiadomo, z czego wynika forsowane przez resort edukacji dążenie do podniesienia kwoty subwencji dla szkół obsługujących dzieci w edukacji domowej.

- Czy jakoś drastycznie wzrosły wydatki na ucznia objętego edukacją domową? A może szkoły prywatne chciałyby za tę edukację rodzicom płacić? Te pieniądze nie idą do rodzica, więc to jest bardziej lobbing na rzecz szkół prywatnych i wyznaniowych niż na rzecz tych rodziców, którzy się tym zajmują - argumentuje związkowiec.

Na partycypację rodziców w subwencji zgodziłaby się również Teresa Moskal, ale pod warunkiem, że odbywałoby się to zgodnie z prawem.

- Jeśli mielibyśmy się z dzielić z rodzicami, to musiałaby być jakaś forma ich weryfikacji. Trzeba by zmienić przepisy, podpisać z takimi rodzicami jakąś umowę, poddać ich nadzorowi pedagogicznemu, bo przekazywanie wiedzy i odrabianie lekcji to tylko część pracy edukacyjnej szkoły - mówi.

Na koniec warto dodać, że nawet jeśli zdarzyłby się cud i ktoś zacząłby na poważnie rozważać płacenie rodzicom za wspieranie procesu kształcenia dziecka, to takie rozwiązanie na pewno nie będzie dotyczyło szkół ponadpodstawowych - na to żaden z rozmówców nie chciał się zgodzić. Chociaż i tu zdarzają się rodzice, którzy uczą swoje dzieci.

TAGI
KOMENTARZE21

  • Kasia 2021-03-15 17:47:16
    Do CD.: to może ja odpowiem słowami Pana Tuska w sprawie OFE "jeżeli uważacie państwo że, to są wasze pieniądze, proszę spróbować nimi zadysponować he he he he"
  • CD. 2021-03-15 17:33:37
    każdy może być stary, co miesiąc pobierają mi z pensji wysoki podatek na emeryturę i rentę. Uważam, że to ja zarabiam na swoją emeryturę, a państwo przez te kilkadziesiąt lat dysponuje moimi pieniędzmi i w stosownym czasie ma mi je oddać z procentem. Nie chcę obecnie pracować na niczyje 500+. Będą... i tacy, którzy nie odzyskają tych pieniędzy, bo po prostu nie doczekają emerytury i państwo te pieniądze przywłaszczy.  rozwiń
  • każdy może być stary 2021-03-15 07:24:08
    moim zdaniem, wszystkie dzieci należy traktować jako NASZE , bo to one będą pracować kiedy my już nie będziemy mogli - więc rodzice powinni otrzymywać pieniądze z naszych podatków, czyli z budżetu państwa, na ich pełne utrzymanie, wychowanie i wykształcenie.

Logowanie

Dla subskrybentów naszych usług (Strefa Premium, newslettery) oraz uczestników konferencji ogranizowanych przez Grupę PTWP

Nie pamiętasz hasła?

Nie masz jeszcze konta? Kliknij i zarejestruj się teraz!