Partner portalu

Nauczyciele: Już nie prosimy, teraz żądamy!

Nauczyciele: Już nie prosimy, teraz żądamy!
Według Ryszarda Proksy, przewodniczącego KSOiW NSZZ ”Solidarność”, gdyby rząd zdecydował się na zmianę w systemie wynagrodzeń w 2019 r., to wystarczyłoby podnieść nauczycielowi dyplomowanemu pensję o 600-700 zł. Teraz potrzebne jest 3000 zł. (fot. PAP/B.Zborowski).
Pikieta jest po to, żeby pokazać, że to, co nam zaproponowano, to nie jest oferta, o której możemy dyskutować. Ona pogarsza i warunki pracy, i czas pracy, i jeszcze odbiera nam fundusz socjalny - mówi Ryszard Proksa, przewodniczący Krajowej Sekcji Oświaty i Wychowania NSZZ „Solidarność”. - Podkreśla jednocześnie, że związek nie zamierza ustąpić w sprawie powiązania wynagrodzeń nauczycielskich ze średnią płacą krajową. Proponuje, by teraz stażysta zarabiał 4134 zł, nauczyciel kontraktowy 5167 zł (czyli tyle, ile wynosi średnia), mianowany 6200 zł, a dyplomowany - 7234 zł. Zatem podwyżki sięgnęłyby nawet 3000 zł.
  • 1 lipca KSOiW NSZZ „Solidarność” będzie pikietowała pod gmachem Ministerstwa Edukacji i Nauki oraz innymi obiektami rządowymi, żądając przede wszystkim realizacji porozumienia płacowego z 7 kwietnia 2019 r.  
  • Związkowcy chcą, aby płaca nauczycieli rosła wraz ze średnią krajową i mieściła się w widełkach od ok. 4100 zł do 7200 zł, przy jednoczesnej likwidacji części dodatków.   
  • Przedstawiciele Solidarności nie zamierzają się zgodzić na zwiększenie pensum nawet o dwie godziny. Ale to nie jedyne postulaty.

Na dzisiaj, na godzinę 12.00 zaplanowaliście pikietę pod gmachem Ministerstwa Edukacji i Nauki – o co wam chodzi?

Ryszard Proksa, przewodniczący Krajowej Sekcji Oświaty i Wychowania NSZZ „Solidarność”:  – Po dwóch latach proszenia wychodzimy na ulicę z żądaniem realizacji porozumienia, które rząd w świetle fleszy i kamer podpisał z nami 7 kwietnia 2019 r. Jak widać, była to z jego strony tylko pusta deklaracja, za którą nie poszły żadne działania. Dlatego postanowiliśmy zaprotestować.

A chodzi tylko o ten znany już wszystkim pkt 6 porozumienia czy też także o inne kwestie?

– Dla nas najważniejszy jest system wynagradzania nauczycieli, o którym mówimy już od pięciu lat i który znalazł się w porozumieniu.

Nam chodzi o to, że ani w tym roku, ani w roku ubiegłym pracownicy oświaty nie mieli żadnej waloryzacji płac. Były to tylko tzw. skutki przechodzące wcześniejszych regulacji i podwyżki płacy minimalnej.

Dlatego będziemy żądać, żeby w systemie wynagradzania uwzględniono fakt, że w ciągu ostatnich dwóch lat nauczyciele nie zobaczyli żadnych ruchów płacowych; jako grupa zawodowa osób z wyższym wykształceniem stoimy na dnie tabeli płac.

Czyli te podwyżki, które były realizowane w 2019 r. i częściowo w 2020 r., były niewystarczające?

– Oczywiście. Tabelę z dokładnie takimi wyliczeniami przedstawiliśmy kierownictwu MEiN.

Wynika z niej, że w ciągu ostatnich 10 lat w oświacie przeprowadzono tylko dwie waloryzacje płac – tę sprzed 10 lat i ostatnią po strajku i podpisaniu porozumienia. Od tego czasu, porównując dynamikę wzrostu płac nauczycieli ze wzrostem średniej płacy w kraju, straciliśmy około 20 proc. A gdzie inflacja?

Jednak propozycja wzrostu płac nauczycielskich, którą jako związek zamieściliście w informacji o pikiecie, a więc m.in. wzrost wynagrodzenia stażysty o ponad 1100 zł i nauczyciela dyplomowanego o ponad 3200 zł, zaskakuje... I to bardzo.

– Proponowana przez nas tabela płac nie jest wcale przesadzona. Postulat procentowego powiązania wynagrodzenia nauczycielskiego ze średnią krajową jest przez nas podnoszony od wielu lat.

Gdyby rząd zdecydował się na to w 2019 r., to wystarczyłoby podnieść nauczycielowi dyplomowanemu pensję o 600-700 zł - i już byłby w systemie. A teraz – ze względu na gwałtowny wzrost płacy minimalnej oraz wzrost średniego wynagrodzenia, ta sytuacja diametralnie się zmieniła.

A zatem jeśli teraz rząd ogłasza, że minimalna pensja ma wynosić 3000 zł, a przypomnę, że w 2019 r. postulowaliśmy niewiele ponad 2900 zł dla stażysty, to teraz nauczyciel z wyższym wykształceniem rozpoczynający pracę będzie miał wynagrodzenie niższe niż pracownik administracji z kilkuletnim stażem w szkole...

Poprosiliśmy ministra edukacji i premiera, żeby określić minimalną płacę, którą powinien otrzymywać nauczyciel zaczynający pracę. Nie otrzymaliśmy oficjalnej odpowiedzi, ale z kuluarowych rozmów wiemy, że powinno to być nie mniej niż 4000 zł.

I taką propozycję zawarliśmy w tabeli. 4134 zł to dokładnie 80 proc. średniej krajowej, która teraz wynosi 5167 zł. Stawki dla kolejnych stopni awansu zawodowego z niej właśnie wynikają – kontraktowy 100 proc., mianowany 120, a dyplomowany 140 proc. tej kwoty.

Przyzna pan jednak, że ten wzrost o ponad 3000 zł może budzić zdziwienie.

– Niesłusznie. Po pierwsze: mówimy o kwocie brutto. Po drugie: nie jest to wynagrodzenie zasadnicze, a średnia płaca nauczyciela dyplomowanego, a więc płaca z różnymi dodatkami, których nikt jednocześnie nie dostaje. Obecnie udział płacy zasadniczej w zarobkach nauczyciela wynosi tylko 58 proc. Reszta to dodatki – nagrody, dodatek motywacyjny, dodatek za trudne warunki pracy, dodatek uzupełniający.

Chcielibyśmy, aby tych dodatków liczonych do średniego wynagrodzenia było jak najmniej – pięć lub sześć - po to, żeby udział płacy zasadniczej w wynagrodzeniu wypłacanym nauczycielowi był jak największy. I ostatecznie, żeby nauczyciel nie musiał biegać za chałturami, tylko mógł porządnie pracować na lekcjach.

Które z obecnych dodatków chcecie wyrzucić poza tę średnią?

– Przede wszystkim chcemy zmienić definicję płacy, żeby ona była taka sama, jak w każdej innej branży. Dlatego, że w definicji płacy w oświacie znajdują się też odprawy za zwalnianych nauczycieli, a więc dodatek, który istotnie wpływa na średnią zarobków.

Postulujemy też usunięcie dodatku uzupełniającego, dodatku funkcyjnego wypłacanego dyrektorom, nagród z funduszu nagród, dodatków dla kadry kierowniczej oświaty oraz odpraw pośmiertnych. Tych składników w wynagrodzeniu średnim nauczycieli jest mnóstwo!

W każdej innej branży, jeśli rozmawiamy o płacy, to mówimy o płacy zasadniczej plus skutki wynikające z Kodeksu pracy; w oświacie "pakuje się" nią wszystko. I później dzieje się tak, że nauczyciel dyplomowany, który ponoć bardzo dużo zarabia, otrzymuje 4000 zł do ręki. Jak się uśredni wszystkie składniki wynagrodzenia, to się okazuje, że nauczyciel ma 20 proc. dodatków, których nigdy na oczy nie widział...

Czyli na rekomendowanym przez was zmniejszeniu liczby dodatków nauczyciele nie stracą?

– Nie. Chcemy, żeby został dodatek stażowy, 13. pensja, dodatek za wychowawstwo i dodatek funkcyjny. Żadne inne dodatki nas nie interesują, ponieważ mają one charakter incydentalny.

Nie wymienił pan dodatku wiejskiego – nie chcecie go utrzymać?

– Ministerstwo proponuje, żeby był to dodatek kwotowy. My w tej sprawie nie zajmujemy sztywnego stanowiska, ponieważ nawet w naszym związku jest bardzo duży podział co do tego, gdzie ten dodatek powinien być wypłacany – czy na wsi, czy w mieście.

Dla mnie to archaiczne rozwiązanie i jeśli ministerstwo miałoby powiedzieć, że te pieniądze przeznaczy na wynagrodzenia, to byłbym "za". Oczywiście przy takim zbilansowaniu podwyżki, żeby ludzie, którzy obecnie biorą ten dodatek, na tym nie stracili.

W komunikacie wzywającym do pikiety wspominacie też o innych postulatach, które wychodzą poza wynagrodzenia i pensum.

– Przede wszystkim chodzi nam o likwidację biurokracji szkolnej, którą nauczyciele są po prostu zawaleni. Uważamy, że te przeróżne sprawozdania z realizacji programu, programy naprawcze, ewaluacja oraz sprawozdania, których wymagają dyrektorzy, a nie prawo oświatowe, są niepotrzebne.

Dlaczego cała buchalteria szkolna (jak liczenie frekwencji, spisywanie różnych danych, drukowanie świadectw) spada na nauczycieli, skoro w całej Europie wykonują to pracownicy administracyjni?

Mówimy o 40-godzinnym tygodniu pracy, tymczasem nauczyciele muszą pracować po 46-47 godzin, by wypełnić wszystkie zadania wynikające z biurokracji szkolnej. Dlatego trzeba zdjąć z nauczycieli te obowiązki i później, jeśli nie będą przekraczać 40-godzinnego tygodnia pracy, zastanowić się, jakie zajęcia im dodać, żeby lepiej pracowali z uczniami.

Trudno podejrzewać, że uda wam się przekonać do tego ministerstwo, bo to właśnie z jego wyliczeń wynika, że polscy nauczyciele pracują mało, a już na pewno dużo mniej niż ich koledzy w innych krajach OECD.

– Pracują mało, bo ministerstwo używa tylko tych danych statystycznych, które są dla niego wygodne i pasują do tej tezy. Tylko że zamieszczona w materiałach do dyskusji na grupach roboczych zespołu trójstronnego tabela, dotycząca czasu pracy, jest niesprawiedliwa, ponieważ kraje, które tam uwzględniono, przygotowanie do lekcji wliczają jako czas pracy nauczyciela. W Polsce zaś policzono tylko i wyłącznie minuty lekcyjne, tymczasem na Zachodzie jako czas pracy liczone jest wszystko - np. przerwa między zajęciami czy czas przejścia na następne zajęcia. No i wyszło, że jesteśmy na szarym końcu listy.

To bardzo niesprawiedliwe. Dlatego powinniśmy w końcu określić, co jest wliczane w czas pracy i wtedy dopiero dyskutować.

Podobnie z płacami: porównuje się je tylko do płac w trzech państwach, gdzie są one niższe niż u nas, a nie pokazuje się płac w tych krajach, w których nauczyciele zarabiają dwa, trzy razy więcej od polskich nauczycieli.

Na tym zabawa danymi polega... Rozumiem jednak, że z tego m.in. względu nie chcecie się zgodzić na proponowane podwyższenie pensum o dwie, a w przypadku nauczycieli plastyki, muzyki i WF-u - nawet o cztery godziny.

– Podwyższenie pensum o cztery do sześciu godzin proponowano nam już dwa lata temu w „Pakcie dla edukacji”. Wówczas powiedzieliśmy, że nie może być o tym mowy. Bo najpierw trzeba wyczyścić wszystko, żeby nauczyciel był dostępny jak najwięcej dla młodzieży i pracował z młodzieżą, a dopiero później rozmawiać o pensum i zajęciach dodatkowych.

Ministerstwo ma dwie propozycje: drastyczną, która powoduje znikanie miejsc pracy w związku z podwyższeniem pensum, oraz łagodną w postaci dwóch godzin płatnych na dodatkowe zajęcia z dziećmi i młodzieżą.

Co do drugiego wariantu możemy dyskutować, ale zwiększenie pensum o dwie godziny spowoduje, że około 10 proc. nauczycieli może stracić pracę. Jako związek zawodowy nigdy się na to nie zgodzimy.

Na razie ten właśnie wariant "jest grany". Czy pikieta wystarczy, żeby przekonać resort do zmiany zdania?

– Jeśli nie spróbujemy, to się nie przekonamy... Pikieta jest po to, żeby pokazać, że to, co nam zaproponowano, nie jest ofertą, o której możemy dyskutować. Ona pogarsza i warunki pracy, i czas pracy, i jeszcze odbiera nam fundusz socjalny.

Oświata jest jedyną branżą, gdzie kiedy się mówi o waloryzacji płac, to od razu ktoś w rządzie próbuje oszczędzać. Proponuje się 450 zł dodatkowo, czyli po 50 zł za godzinę pracy, a więc tyle, ile wynosi godzina ponadwymiarowa - i mówi o podwyższeniu wynagrodzenia.

W tych propozycjach żadnego podwyższenia nie ma, nie ma ani jednej dodatkowej złotówki z budżetu państwa i jeszcze chce się nam odebrać odpis na zakładowy fundusz świadczeń socjalnych... A to ok. 200 zł dla każdego nauczyciela. Na to się nie zgadzamy.

Czy pikieta odbędzie się tylko pod siedzibą ministerstwa czy też wybieracie się pod inne obiekty w kraju?

– Pikieta jest ogólnopolska, ale dojdzie do niej głównie przed MEiN i w jego okolicach, bo obligują nas do tego antycovidowe przepisy.

Odwiedzimy kilka obiektów w Warszawie... Nie będę ich wymieniał, ale na pewno spełnimy wymóg formalny. Na razie w województwach nic nie będziemy robić, jako że one same też nie wiedzą, czy propozycje ministerstwa wejdą w życie.

A co się stanie, jeśli ministerstwo uzna, że ta pikieta nic nie znaczy?

– Wychodzimy całkowicie z negocjacji. Obecny czas jest dla rządzących bardzo przyjazny, bo w szkołach są wakacje i - jako związek zawodowy - jesteśmy najmniej mobilni. Ale od nowego roku szkolnego przyjmiemy już jakąś strategię działania i permanentnego protestu. Tak, żeby uzmysłowić ministerstwu, że te jego propozycje nie miną bez echa.

Pikieta będzie dotyczyła wyłącznie spraw statusu zawodowego nauczycieli. Wzmocnienie roli kuratora oświaty was nie interesuje?

– Skupiamy się na wynagrodzeniach, bo jeśli nie wiadomo, jakie one mają być, to w pozostałych sprawach nie mamy o czym rozmawiać. Szkoda tracić czas.

Dyskusja o wzmocnieniu roli kuratora na razie nas nie interesuje, ona nas bezpośrednio nie dotyczy. To bardziej kwestia obsady stanowisk i relacji kuratorium z organami prowadzącymi.

Podczas pikiety na pewno natomiast wypłynie kwestia programu „Edukacji dla wszystkich”. Ten projekt bardziej nas martwi, bo jego realizacja wpłynie na kwestie pracownicze.

Będziecie postulować wycofanie się MEiN z tego programu?

– Takiej możliwości już nie ma, bo to projekt unijny. Dlatego żądamy zmiany jego priorytetów. Przyjęliśmy w tej sprawie już dwa stanowiska – pierwsze dotyczy tego, by objąć silnym specjalistycznym wsparciem dzieci w wieku od zera do 6 lat, bo one są najmniej "zaopiekowane"; a drugie wskazuje, że jesteśmy przeciwni likwidacji szkół specjalnych i poradni psychologiczno-pedagogicznych, bo one już wypracowały metody pracy i mają bardzo dobre wyniki.

Jest też jeszcze jeden bardzo bolesny i szkodzący całemu systemowi problem: orzeczenia. Obecnie pozostajemy jednym z niewielu krajów, jeśli nie jedynym, w którym orzeczenie jest tylko opinią i nie trzeba go w ogóle respektować. Wszędzie jest tak, że orzeczenie poradni czy psychologa ma rangę prawną i wskazuje, gdzie dziecko z niepełnosprawnościami ma być kształcone. A tego w Polsce nie ma.

Minister Przemysław Czarnek już dawno powiedział, że żadna szkoła specjalna nie będzie likwidowana…

- …tylko przekształcona. Podobnie, jak żadna poradnia nie będzie zlikwidowana, tylko zostanie włączona do innych. Już to przerabialiśmy i nie wierzymy w te zapewnienia. Dlatego będziemy protestowali.

 

DO POBRANIA
Czego chce Solidarność oświatowa.pdf
320.99 KB format pliku: PDF
TAGI
KOMENTARZE32

  • Doradca metodyczny 2021-07-06 08:44:20
    Polecam reportaż faktu: ,, Trolle Putina"- Jessiki Aro. Jessica Aro- fińska dziennikarka śledcza, która padła ofiarą działań trolli i musiała opuścić własny kraj, bo znalazła się w niebezpieczeństwie. Reportaż ten pokazuje w jaki sposób i jakimi metodami posługują się trolle. Mogą działać na ka...żdym portalu, na tym też. W dobie cyber ataków, wojny informacyjnej powinni tę pozycję przeczytać wszyscy, aby móc rozpoznać trolla, a przynajmniej zdawać sobie sprawę, że po drugiej stronie ekranu może siedzieć troll. Należy zdawać sobie sprawę, że do treści szerzonych przez trolli mają dostęp też dzieci. Pozycja dla osób z szerokim spojrzeniem na obecny świat. Najpierw przeczytaj, potem komentuj.  rozwiń
  • Real 2021-07-05 11:23:55
    Do Doradca metodyczny: Lecz się kobieto!
  • Doradca metodyczny 2021-07-05 11:02:13
    Polecam (książkę) reportaż faktu: ,, Trolle Putina"- Jessiki Aro. Jessica Aro- fińska dziennikarka śledcza, która padła ofiarą działań trolli i musiała opuścić własny kraj, bo znalazła się w niebezpieczeństwie. Reportaż ten pokazuje w jaki sposób i jakimi metodami posługują się trolle. Mogą dzi...ałać na każdym portalu, na tym też. W dobie cyber ataków, wojny informacyjnej powinni tę pozycję przeczytać wszyscy, aby móc rozpoznać trolla, a przynajmniej zdawać sobie sprawę, że po drugiej stronie ekranu może siedzieć troll. Należy zdawać sobie sprawę, że do treści szerzonych przez trolli mają dostęp też dzieci.  rozwiń

Logowanie

Dla subskrybentów naszych usług (Strefa Premium, newslettery) oraz uczestników konferencji ogranizowanych przez Grupę PTWP

Nie pamiętasz hasła?

Nie masz jeszcze konta? Kliknij i zarejestruj się teraz!