Potrzebny jest bon oświatowy. I więcej władzy dla rodziców

Potrzebny jest bon oświatowy. I więcej władzy dla rodziców
Artur Dziambor nie ma wątpliwości, że bon edukacyjny to przyszłość polskiej oświaty. Na zdjęciu w trakcie debaty sejmowej (fot. print screen)
Bon oświatowy nie jest doskonały, ale na pewno poprawi ofertę edukacyjną w dużych miastach i może sprawić, że w małych miejscowościach pojawi się konkurencja dla obecnych szkół, w których nic się nie dzieje – mówi poseł Artur Dziambor. Oparcie funkcjonowania oświaty na rynkowych zasadach pozwoli na likwidację Karty nauczyciela, która nie będzie już potrzebna. Wiceprezes Konfederacji podkreśla też, że nauczyciele muszą odzyskać swobodę działania, a rodzice autentyczny wpływ na to, co dzieje się w szkole.
  • Nie ma takich cudów, że nagle powstanie wolny rynek i szkoły za dziesiątki milionów złotych, które będą ze sobą konkurowały. To plan na wiele lat – uważa poseł Artur Dziambor.
  • Zdaniem posła Konfederacji trzeba doprowadzić do stanu, w którym w sprawach wychowania osobami decydującymi są rodzice, a nie system.
  • Nauczyciel musi mieć swobodę działania w realizacji celów nauczania na poszczególnych etapach edukacji.

W trakcie ostatniej rozmowy powiedział pan, że takie projekty jak bon oświatowy, sprywatyzowanie szkolnictwa nie są w sferze zainteresowań PIS, a są decydujące dla przyszłości systemu edukacji. O co właściwie chodzi z tym bonem oświatowym?

– Kiedy zapytałem ministra Piontkowskiego, czy w sferze zainteresowań Ministerstwa Edukacji Narodowej jest bon oświatowy, to powiedział mi, że nie ma takiej potrzeby, bo w sumie jest subwencja oświatowa, a to to samo.

Tu jednak chodzi o pieniądze, które zamiast trafić do samorządu, trafiłyby do rodziców... 

– Bon oświatowy zmieniłby bardzo dużo, ale jego wprowadzenie musiałoby trwać długo. Oznaczałoby to bowiem przejście z jednego systemu finansowania oświaty na drugi. Kilka lat temu tak się przeobraziły przychodnie lekarskie – lekarze, pielęgniarki i pracownicy obsługi stali się współwłaścicielami prywatnych spółek. To samo można by zrobić ze szkołami, gdyby tylko była taka wola polityczna.

Mamy taką sytuację, że dyrektor szkoły nie jest jej właścicielem, lecz administratorem budynku. Zajmuje się tym, żeby była obsada na zajęciach, ale nie ma wpływu na pensje nauczycieli, wyławianie z rynku tych najlepszych. Nie ma takiej szansy, bo każdy nauczyciel dostaje w zasadzie takie samo wynagrodzenie określone w ustawie. W szkole nie ma zasad wolnorynkowych.

Jednak bon edukacyjny ma swoje słabe strony. Być może mógłby się sprawdzić w dużych ośrodkach miejskich, gdzie jest konkurencja, ale realizowanie go w jedynej szkole w okolicy niewiele zmieni. Pogłębi tylko dysproporcje i nierówność w dostępie do edukacji.

– W początkowym okresie tak, bo nie da się, niestety, od razu zmienić wszystkiego. Nie ma takich cudów, że nagle powstanie wolny rynek i szkoły za dziesiątki milionów złotych, które będą ze sobą konkurowały.

Oczywiście łatwiej będzie w dużych miastach niż w małych miejscowościach. Ale wszyscy, którzy zwracają uwagę, że tam, gdzie jest jedna szkoła, nic się nie zmieni, muszą wziąć pod uwagę, że teraz też się nic nie zmienia. My przynajmniej, dając ludziom bon oświatowy, stworzymy warunki do powstania małego homeschoolingu, który mógłby stworzyć jakąś formę konkurencyjności dla tych szkół. Mógłby zmienić obecną sytuację, w której dziecko podlega pod jedną jedyną szkołę, która dostaje na nie pieniądze. A jeśli rodzice decydują się na szkołę prywatną, to jest to traktowane jak fanaberia. I finansowo ta edukacja dziecka spoczywa na nich.

Jednak przy tak rewolucyjnej zmianie model częściowego subwencjonowania małych szkół musiałby pozostać.

– Na pewno potrzebny byłby okres przejściowy. Sprywatyzowanie czy uspołecznienie szkół, czyli oddanie edukacji w ręce osób prywatnych, organizacji czy towarzystw edukacyjnych, to nie jest coś, co można zrobić w dwa miesiące. To proces, który może trwać latami, ale trzeba to zrobić, ponieważ jest to jedyny krok, który pozwoli szkołom się rozwijać. Nauczyciele będą mogli lepiej zarabiać i podnosić swoje kwalifikacje. Dzisiaj jest tak, że mamy wielu cudownych nauczycieli, którzy naprawdę uwielbiają swój zawód, ale też wiele osób jest w tym zawodzie tylko dlatego, że nigdzie indziej się nie odnalazło. Mamy grupę zawodową złożoną z wybitnych specjalistów i partaczy.

I sposobem na nich ma być zmiana systemu wynagradzania nauczycieli, a co za tym idzie – likwidacja Karty nauczyciela?

– Oczywiście, bo to się łączy. Karta nauczyciela daje wiele przywilejów nauczycielom. To jedyna grupa zawodowa w Polsce, która ma etat 18-godzinny w wymiarze 45-minutowym. Kiedy pracowałem w gimnazjum, miałem etat od 8.00 do 12.30, od poniedziałku do czwartku! Nie da się tego inaczej skomentować, jak tak, że jest to przesada. Nauczyciele w Polsce są jednymi z najmniej pracujących pedagogów w Europie, gdy chodzi o liczbę godzin przy tablicy. Na przykład Niemcy mają ich 30.

Ale mają mniej liczne klasy i zazwyczaj nauczycieli jest dwóch.

– Tak. Ale to kwestia tego, jak idą finanse. Generalnie jest tak, że każdy uczeń ma przypisaną do siebie konkretną kwotę, którą wnosi do szkoły, chyba że ma np. stopień niepełnosprawności.

W Polsce też mamy przepisy nakazujące zatrudnienie nauczycieli wspomagających do klas z uczniami z orzeczonymi niepełnosprawnościami, ale zazwyczaj pracują oni w niepełnym wymiarze albo po prostu ich nie ma.

– To prawda. Te przepisy działają także w drugą stronę – jeżeli szkoła chce stworzyć nauczycielowi pełny etat, to szuka się ucznia, któremu tworzy się indywidualny tok nauczania. I często ci najgorsi uczniowie trafiają na takie nauczanie, z sugestią, że sobie nie radzą. 20 lat temu, kiedy pracowałem w szkole, było to niemożliwe, bo albo trzeba było mieć do czynienia z geniuszem, albo z wybitnym sportowcem.

To patologia szkolna, nie reguła.

– To jest patologia całego środowiska i powód tego, że w szkołach mamy masę nauczycieli, którzy de facto są niepotrzebni. Ponieważ tak została rozbuchana liczba godzin. Mamy około 535 tys. nauczycieli w tym roku w systemie. To największa grupa zawodowa w Polsce.

Wróćmy do Karty nauczyciela.

– Drugim jej problemem jest ścieżka awansu. Nauczyciel robi kolejne awanse z nauczyciela stażysty do nauczyciela dyplomowanego przez 11 lat swojego życia zawodowego, a następnie jest już dead-end job, czyli nigdy nie awansuje. Nieliczni z nich zostają dyrektorami, ale nie wszyscy chcą tymi dyrektorami być, ponieważ praca dyrektora to nie jest już praca w wymiarze 18 godz. tygodniowo, tylko praca od 8.00 do 16.00. I często sytuacja jest taka, że dyrektor w porównaniu z dyplomowanym nauczycielem dostaje 1500 zł więcej, ale pracuje dwa razy tyle, a odpowiedzialność ma 5 razy większą.

Osiąganie kolejnych szczebli awansu zawodowego nie jest szczególnie wymagające: żeby to zrobić, trzeba – poza składaniem na bieżąco dokumentów dotyczących realizowanych zajęć – mieć konspekty lekcji i przejść dodatkowe szkolenia weekendowe, na przykład w zakresie zarządzania oświatą, czy kursy pedagogiczne.

Przechodziłem kurs pedagogiczny dla czynnych zawodowo nauczycieli, żeby móc przejść ścieżkę awansu, bo brakowało mi tego papieru i wiem, jak dużo czasu straciłem, żeby zaliczyć ten bezsensowny kurs.

System jest taki, jaki jest – byłem nauczycielem języka angielskiego, uczyłem w szkołach prywatnych na bazie międzynarodowych certyfikatów językowych, prowadziłem też własną szkołę językową, ale jak trafiłem do podstawówki, to się okazało, że moje certyfikaty są nic nie warte, że muszę zrobić studia i kurs pedagogiczny, bo nie mogę uczyć bez konkretnych papierów. To absurd.

Otwiera pan kolejny temat dyskusji, a ja chciałbym pomówić o postulacie zwiększenia władztwa rodziców w szkole. Twierdzę, że rodzice są do tego absolutnie nieprzygotowani.

– Zgoda, ale tu nie chodzi o całkowite oddanie władzy rodzicom, żeby np. zdecydowali, że w szkole nie będzie matematyki, bo ich dzieciom jest niepotrzebna. Tu bardziej chodzi o aspekt wychowawczy szkoły. Z jednej strony mamy rodziców walczących z religią w szkołach, a z drugiej walczących z edukacją seksualną. Dlatego trzeba doprowadzić do takiego rozwiązania, w którym rodzice są w tym temacie osobami decydującymi, a nie system.

Poza tym jest jeszcze kwestia jakości nauczycieli. Kiedy wykładałem na uczelni wyższej, to co pół roku studenci oceniali naszą pracę. I na podstawie tej oceny wykładowca dostawał albo gratulacje, albo szedł na czerwony dywanik, bo studenci twierdzili, że nic nie robi, czyta z książki, nudzi. Niestety, w szkołach nie ma weryfikacji jakościowej wśród nauczycieli. I nauczyciele świetni, bardzo zaangażowani, chętni do pracy, do przekazywania dzieciom w nowy sposób wiedzy, dostają takie same pieniądze jak nauczyciele, którzy zajmują się głównie dyktowaniem z książki, źle uczą i zniechęcają uczniów do nauki. Weryfikacja jakościowa nauczycieli to ta sfera władzy rodzicielskiej, o której myślę, gdy mówię o oddaniu rodzicom władzy nad szkołami.

To zrozumiałe. Jednak bez zmiany systemu wynagradzania nauczycieli ta weryfikacja staje się praktycznie niemożliwa. Nie wszędzie jest nadmiar nauczycieli.

– Oczywiście. I na tym polegają zasady rynkowe. Kiedy prowadziłem szkołę językową, to nie miałem żadnych problemów ze zrealizowaniem kontraktu w Gdyni, ale do prowadzenia zajęć w Koleczkowie trudno było znaleźć nauczyciela, który będzie tam jeździł i z którego firma byłaby zadowolona. Więc ta weryfikacja jakościowa musi się odbywać w konkretnych warunkach.

W szkołach publicznych jest to ocena dyrektora plus ocena wizytatora…

…a wizytacje są z góry przewidziane, więc uczniowie są w ciężkim szoku, kiedy uczestniczą w wizytowanej lekcji. To jest "ustawka", fikcja. Tak naprawdę dopiero ze zbioru różnych opinii na temat nauczyciela można pewne wnioski wyciągnąć. W szkołach pracujących na rynkowych zasadach jest to bardzo proste – prywatna szkoła musi zdobywać klientów, czyli uczniów, a ci klienci muszą być zadowoleni z tego pakietu wiedzy, jaki otrzymują. W szkole państwowej nie ma tego podejścia.

Muszę zapytać o ten pakiet wiedzy. Jednym z waszych postulatów jest likwidacja podstawy programowej. Naprawdę chcecie dać pełną swobodę nauczycielom?

– Nie do końca. To hasło, które nie mówi o tym, żeby likwidować całkowicie podstawę programową, bo to mogłoby oznaczać, że w jakiejś szkole nie ma wspomnianej już matematyki. Nie o to chodzi.

Mamy bardzo dziurawy system, jeśli chodzi o realizację podstawy programu nauczania. Mieliśmy rok temu strajk nauczycieli, który trwał przez ponad miesiąc, a następnie dzieci wróciły do szkoły, gdy już był właściwie okres przedwakacyjny. Więc już wiadomo, że żadnej nauki nie było, tylko zdobywanie ocen, żeby można było je wystawić na koniec roku, wydać świadectwa. De facto przez dwa miesiące nauka się nie odbywała. Pod koniec roku szkolnego każdy nauczyciel zadeklarował, że program zrealizował. To oczywista fikcja, ale nauczyciele nie mieli innego wyjścia, bo gdyby stwierdzili, że nie, to mielibyśmy problem, jak to naprawić. A form naprawy nie ma, bo u nas nie istnieje summer school jak w Stanach Zjednoczonych i na pewno jej nie będzie.

Ta podstawa nie została zrealizowana z oczywistych względów – bo nauka się nie odbywała. I to jest pierwsza rzecz, na którą mówiąc o likwidacji podstawy programowej, zwracam uwagę. Druga dotyczy certyfikowania podręczników. Tak jak w przypadku podręczników do nauki języków – gdzie rynek sam się dostosował do tego – tak i tutaj musimy mieć podręczniki na takim poziomie, żeby uczeń był odpowiednio przygotowany do zdania konkretnego zewnętrznego certyfikatu.

W angielskim najpopularniejszy egzamin to FCE, więc podręcznik, który do niego przygotowuje, musi mieć konkretną paczkę wiedzy gramatycznej i leksykalnej, żeby uczeń zdał ten egzamin. U nas natomiast w przedmiotach mamy sytuację taką, że wydawnictwa szkolne muszą dostosować swoje podręczniki do tego, co jest w podstawie programowej określonej przez ministra edukacji. Uważam, że można doprowadzić do sytuacji, w której nauczyciel ma wolność prowadzenia zajęć, tzn., że może korzystać z podręczników, które nie są certyfikowane. A właściwie, że nie należy certyfikować podręczników.

To nauczyciel powinien decydować o tym, jak ma wyglądać nauka na jego lekcjach. Obecnie tej wolności nie ma. Część nauczycieli spłyca swój przekaz i krok po kroku idzie z programem, tak jak podręcznik każe.

Wiem, że hasło 'likwidacja podstawy" budzi pewne kontrowersje, ale absolutnie nie chodzi mi w nim o to, żeby zlikwidować część przedmiotów. Niektórzy wytykają mi, że jak nie będzie podstawy programowej, to dzieci będą się uczyły, że to Polska najechała na Niemcy w 1939 roku.

To się może zdarzyć. Ludzie są różni...

– No właśnie nie może. Bo hasło likwidacji programu dotyczy likwidacji pewnych ograniczeń, a więc tego, że nauczyciele muszą mieć wolną rękę w wyborze podręczników, metod nauczania.

Czyli wolność wolnością, a ramy muszą być.

– Tak. Ramy programowe pod konkretne certyfikaty. Bo to jest również kwestia tego, co na końcu procesu edukacyjnego chcemy umieć. To jest opisane, że uczeń np. po klasie III umie to i to, wie to i to. Musimy tylko się zastanowić, dokąd dążymy.

Obecnie problem polega na tym, że podstawa programowa blokuje nauczycieli w rozwijaniu swoich umiejętności i talentów. Prowadzić w Polsce zajęcia w autorski sposób, tak jak robił to nauczyciel w „Stowarzyszeniu umarłych poetów”, jest niemożliwością.

Tu znowu posłużę się przykładem języka angielskiego. Metod nauki tego języka jest zatrzęsienie – od standardowej, poprzez naukę przez relaks i powtarzanie, po metodę Callana. A na zajęciach w polskiej szkole nie ma takiej możliwości. A ja chciałbym mieć możliwość chociażby prowadzenia zajęć różnymi metodami.

Czy nie sądzi pan, że problem leży w zbyt rozbudowanej podstawie programowej, którą trudno realizować w sposób autorski, bo czas nagli?

– Właśnie o tym mówię. Postrzegamy podstawę programową w ten sposób, że przychodzi jeden minister i wyrzuca dzieła Słowackiego i Gombrowicza, bo mu się nie podobają, a potem przychodzi następny i je z powrotem wstawia. To jest postrzeganie zmiany podstawy programowej przez ideologów na stanowiskach ministrów, a tu nie chodzi o to, żeby ideologizować szkołę, tylko żeby dopuścić możliwość wyboru. Żeby nie było tak, że przed maturą trzeba mieć zawsze przeczytanych „Chłopów”, „Lalkę” i „Wesele”, bo inaczej nie da rady. Chciałbym, żeby można było zdać tę maturę, omawiając „Władcę pierścieni” czy „Harry'ego Pottera”. Taka matura w starym systemie już była. Ja ją zdawałem.  

Jak tak dalej pójdzie, to się okaże, że matura sprzed 10 lat była dużo lepsza niż obecna.

– Bo była. Tak uważam.

Czytaj też: Artur Dziambor: w ciągu trzech dni dowiemy się, czy kryzys w oświacie będzie się pogłębiał

TAGI
KOMENTARZE17

  • Rodzic 2020-10-28 13:40:57
    Do Doradca: jak tak biegle posługujesz się językiem obcym jak ojczystym to nic dziwnego że zrezygnowali z Twoich rad 😂
  • Doradca 2020-10-28 11:01:25
    Nie, bo rozmawiałam w języku obcym. To były programy dla ludzi, którzy posługują się biegle językiem obcym. Tłumacza nie było. Nie masz argumentów, więc łapiesz za słówka. Każdemu może zdarzyć się pomyłka.
  • Rodzic 2020-10-27 21:37:39
    Do Doradca: żaden nauczyciel nie napisałby że "religia powinna być uczona" chyba że jakaś Twoja koleżanka ma na imię Religia. Chyba nie kompromitowałaś na cały świat naszego kraju takimi wypowiedziami.

Drogi Użytkowniku!

W związku z odwiedzaniem naszych serwisów internetowych możemy przetwarzać Twój adres IP, pliki cookies i podobne dane nt. aktywności lub urządzeń użytkownika. Jeżeli dane te pozwalają zidentyfikować Twoją tożsamość, wówczas będą traktowane dodatkowo jako dane osobowe zgodnie z Rozporządzeniem Parlamentu Europejskiego i Rady 2016/679 (RODO).

Administratora tych danych, cele i podstawy przetwarzania oraz inne informacje wymagane przez RODO znajdziesz w Polityce Prywatności pod tym linkiem.

Jeżeli korzystasz także z innych usług dostępnych za pośrednictwem naszych serwisów, przetwarzamy też Twoje dane osobowe podane przy zakładaniu konta, rejestracji na eventy, zamawianiu prenumeraty, newslettera, alertów oraz usług online (w tym Strefy Premium, raportów, rankingów lub licencji na przedruki).

Administratorów tych danych osobowych, cele i podstawy przetwarzania oraz inne informacje wymagane przez RODO znajdziesz również w Polityce Prywatności pod tym linkiem. Dane zbierane na potrzeby różnych usług mogą być przetwarzane w różnych celach, na różnych podstawach oraz przez różnych administratorów danych.

Pamiętaj, że w związku z przetwarzaniem danych osobowych przysługuje Ci szereg gwarancji i praw, a przede wszystkim prawo do odwołania zgody oraz prawo sprzeciwu wobec przetwarzania Twoich danych. Prawa te będą przez nas bezwzględnie przestrzegane. Jeżeli więc nie zgadzasz się z naszą oceną niezbędności przetwarzania Twoich danych lub masz inne zastrzeżenia w tym zakresie, koniecznie zgłoś sprzeciw lub prześlij nam swoje zastrzeżenia pod adres odo@ptwp.pl. Wycofanie zgody nie wpływa na zgodność z prawem przetwarzania dokonanego przed jej wycofaniem.

W dowolnym czasie możesz określić warunki przechowywania i dostępu do plików cookies w ustawieniach przeglądarki internetowej.

Jeśli zgadzasz się na wykorzystanie technologii plików cookies wystarczy kliknąć poniższy przycisk „Przejdź do serwisu”.

Zarząd PTWP-ONLINE Sp. z o.o.

Logowanie

Dla subskrybentów naszych usług (Strefa Premium, newslettery) oraz uczestników konferencji ogranizowanych przez Grupę PTWP

Nie pamiętasz hasła?

Nie masz jeszcze konta? Kliknij i zarejestruj się teraz!