Szkoły niepubliczne na razie bez strat, ale i bez wzrostów

Szkoły niepubliczne na razie bez strat, ale i bez wzrostów
Problemy z rekrutacją mogą mieć szkoły niepubliczne działające w dużych miastach. Chociaż na tym etapie nic nie jest jeszcze przesądzone. (fot. Shutterstock).
Mimo przeciwności losu niepubliczne szkoły nie tracą uczniów. Wprost przeciwnie – wszystko wskazuje, że rekrutacja na rok szkolny 2021/2022 będzie przebiegała bez większych zakłóceń. I chociaż mogłoby się zdawać, że płacenie za nauczanie zdalne w szkołach niepublicznych nie ma sensu, rodzice cenią sobie zaangażowanie nauczycieli i wsparcie, jakiego udzielają uczniom w procesie nauki. Tak przynajmniej twierdzą ich dyrektorzy.
  • Zła sytuacja pandemiczna nie wpłynęła znacząco na liczbę uczniów w szkołach niepublicznych, ale wzrostów nie należy się tu spodziewać.
  • Problemów nie odczuwają zwłaszcza te szkoły, które nie działają w warunkach silnej konkurencji szkół niepublicznych.
  • Na drastyczny spadek liczby chętnych do nauki w niepublicznych placówkach może wpłynąć jedynie pogłębiający się kryzys ekonomiczny i drastyczna zmiana sytuacji finansowej rodziców.

O tym, co naprawdę się wydarzy na rynku edukacji niepublicznej, tak naprawdę będzie można powiedzieć dopiero we wrześniu, kiedy nie tylko zakończy się rekrutacja do niepublicznych szkół ponadpodstawowych i podstawowych, ale i wszystkie umowy z rodzicami zostaną podpisane.

Obecnie jednak nie jest źle. Rekrutacja do podstawówek przebiega normalnie, a jeśli chodzi o szkoły ponadpodstawowe, to nic nie wskazuje, by zainteresowanie miało spaść poniżej tegorocznego poziomu.

Na ich tle bardzo dobrze wyglądają szkoły niepubliczne, oferujące rodzicom i uczniom wsparcie w edukacji domowej; według informacji MEiN (podanej przez Tomasza Rzymkowskiego na posiedzeniu podkomisji nadzwyczajnej do rozpatrzenia poselskiego projektu ustawy o zmianie ustawy - Prawo oświatowe 16.02) w ciągu ostatniego roku szkolnego liczba uczniów wzrosła tu o około 50 proc.: z 10 976 we wrześniu 2019 r. do 15 034 na koniec września 2020 r.

– Patrząc na rok ubiegły i ten - widać bardzo duży przyrost. I obecnie co miesiąc przybywa nam po kilku, a nawet kilkunastu uczniów. W poprzednich latach mieliśmy mniej więcej stałą ich liczbę, ale - wraz z wprowadzeniem nauczania zdalnego - zaczął się skokowy wzrost. Porównując czerwiec 2019 r. do stycznia 2021 r.: mamy o 300 osób więcej – mówi Teresa Moskal, dyrektor Szkół Benedykta.

Obecnie w dwóch szkołach podstawowych i dwóch liceach ogólnokształcących, które Fundacja Świętego Benedykta prowadzi w Drohiczynie i Sulejówku, jest ok. 800 uczniów.

Zarazem trzeba jednak mieć świadomość, że udział szkół skupiających dzieci w edukacji domowej w obecnie istniejącej sieci placówek edukacyjnych jest marginalny.

W posiedzeniu podkomisji uczestniczył Tomasz Tomasz Rzymkowski, sekretarz stanu w MEiN. (fot. Sejm)
W posiedzeniu podkomisji uczestniczył Tomasz Tomasz Rzymkowski, sekretarz stanu w MEiN. (fot. Sejm)

Liczby nie kłamią

Co innego szkoły niepubliczne kształcące stacjonarnie. Według GUS w roku szkolnym 2019/2020 jest ich obecnie 3327 (bez szkół specjalnych); uczy się w nich około 333 441 uczniów, w tym w szkołach podstawowych - ponad 202 tys. dzieci i młodzieży, w liceach 71 tys., a w technikach i szkołach branżowych I stopnia 60 tys. młodych ludzi.

Niby dużo, ale jeśli porównamy te liczby z ogólną liczbą uczniów w szkołach (odpowiednio: 3,06 mln, 642 tys. oraz 844 tys. uczniów), to się okaże, że udział szkół niepublicznych w rynku usług edukacyjnych jest wciąż niewielki, a dominującym organem prowadzącym dla szkół są jednostki samorządu terytorialnego.

Nie zmienia to jednak faktu, że liczba szkół niepublicznych i ich uczniów stale rośnie. Ich rozwój znacząco przyspieszyła ostatnia reforma systemu edukacji, a zwłaszcza pojawienie się podwójnego rocznika w szkołach oraz strajki nauczycielskie, a co za tym idzie - obniżenie się jakości edukacji w szkołach publicznych, a także wzrost zamożności społeczeństwa. Obecnie jednak, z względu na pandemię, te czynniki - decydujące o wyborze szkoły dla dziecka - stały się drugorzędne.

Teraz, kiedy minister zdrowia oraz minister edukacji wprowadzają co jakiś czas ograniczenia w nauce stacjonarnej, sytuacja bardzo się zmieniła. Bo funkcjonujące w systemie szkolnym placówki niepubliczne podlegają tym samym rygorom i obostrzeniom sanitarnym, jak szkoły publiczne. Cudów nie ma: nawet przy wysokim czesnym, uczniowie muszą się uczyć zdalnie. A jeśli tak, jeśli dzieci muszą siedzieć w domach, a rodzice ich uczyć, to po co jeszcze za to dodatkowo płacić?

Na tym tle dochodzi do tarć między rodzicami a placówkami, bo zawarte umowy nie pozwalają tak łatwo rozstać się ze szkołą, a te - podlegając obostrzeniom covidowym w oświacie - nie mogą realizować warunków umowy.

Część szkół prywatnych stara się oczywiście wykorzystać luki w przepisach, np. organizując normalne zajęcia dzieciom w szkołach na podstawie oświadczeń rodziców o braku możliwości zapewnienia warunków do nauki w domach. Ale powiedzmy szczerze: to działanie na granicy prawa.

Bo jak uwierzyć, że przy czesnym 1000 czy 2000 zł rodzic nie może sobie pozwolić na zapewnienie opieki dziecku? Z drugiej strony: to przepis budzący wiele kontrowersji również w środowisku szkół publicznych. No bo jakże to dziecko na zajęciach zaraża, a na płatnych poza lekcjami (np. judo) już nie?

Rekrutacja z wieloma niewiadomymi

Warto zwrócić uwagę na dwa nowe czynniki, które powodują, że rodzice mogą patrzeć na szkoły niepubliczne jako miejsce nauki dziecka bardziej krytycznie niż dotychczas.

Pierwszy to - wspomniana już - konieczność pracy z dzieckiem w domu oraz zapewnienie mu całodziennej opieki przy niezmienionym czesnym, które trzeba co miesiąc płacić.

Drugi zaś to zmiana sytuacji finansowej wielu rodziców - pracowników branż, które jeszcze do niedawna tworzyły elity zarobkowe społeczeństwa, a teraz - z powodu pandemii - mają poważne problemy.

Obecnie zatem restauratorzy, hotelarze, trenerzy personalni, przedstawiciele branży turystycznej, eventowej, artyści, przedsiębiorcy itd., których dzieci w większości stanowiły uczniów szkół prywatnych, wycofują je ze szkół niepublicznych, na które ich nie stać (to - na szczęście - nie jest jeszcze nagminne, chociaż się zdarza) lub mocno się zastanawiają, czy zapisać dziecko na kolejny rok. A to już bezpośrednio wpływa na rekrutacje i przyszłość szkół niepublicznych.

- Mam wielu znajomych, którzy pracują w szkołach prywatnych, i wiem, że są szkoły, które przeżywają oblężenie - i będą je przeżywały, ponieważ okoliczne podstawówki publiczne nie oferują dobrej jakości nauczania. Natomiast widać też sporo szkół, w których jest obawa, co do rekrutacji, bo działają w dużych miastach - w warunkach silnej konkurencji szkół niepublicznych - albo struktura zawodów reprezentowanych przez rodziców jest bardzo niekorzystna - tłumaczy Grzegorz Babicki, zastępca dyrektora szkoły No Bell w Konstancinie Jeziornej.

Dlatego uważa, że w tegorocznej rekrutacji nic nie będzie po staremu...

- Obecnie jednak to jest wróżenie z fusów. Rekrutacja się dopiero zaczęła - podkreśla.

Na temat rekrutacji do No Bell nie chce się wypowiadać, bo się tym bezpośrednio nie zajmuje. Przyznaje jednak, że nie słyszał, aby miały być z tym jakieś problemy.


Profesjonalne podejście

Problemów nie widzi Agnieszka Weryńska-Kot, dyrektor Niepublicznej Szkoły Podstawowej w Starym Sączu.

- Nie mamy kłopotów z rekrutacją. Nie mieliśmy ich przez wcześniejsze lata i nie spodziewam się, by w perspektywie 3-4 lat miało się to zmienić. Chętnych jest wielu, mamy spore listy rezerwowe, więc zaplanowana klasa pierwsza na pewno będzie - zapewnia.

W przyszłym roku szkoła uruchomi taką samą liczbę oddziałów, jak obecnie, ponieważ z założenia nie tworzy w klasach oddziałów podwójnych czy potrójnych. Jej zdaniem trudno powiedzieć, by w czasie pandemii zainteresowanie "stanęło w miejscu".

- My na przykład nie urządzamy dni otwartych, ponieważ nabór jest tak duży, że nie ma takiej potrzeby. Natomiast na pewno jeszcze wiosną zorganizujemy spotkanie z rodzicami dzieci przyjętych i drugie w czasie wakacji. Nie musimy się reklamować ani specjalnie zachęcać, bo my po prostu dobrze pracujemy... Mam nauczycieli, którzy nawet w nauczaniu zdalnym pracują na 100 proc. - i myślę, że rodzice o tym wiedzą i to doceniają. W naszym przypadku doskonale się sprawdza marketing szeptany - wyjaśnia dyrektor Weryńska-Kot.

Jeśli chodzi o przyszłość, też jest spokojna.

- Jeśli dotacja będzie odrobinę większa i państwo będzie dbało o szkoły niepubliczne, traktując jednakowo ze szkołami publicznymi, to ja się nie będę martwiła - podkreśla.

Podobnie jest w Akademickim Liceum Ogólnokształcącym przy Polsko-Japońskiej Akademii Technik Komputerowych w Warszawie, w którym - mimo obaw dyrekcji - w ciągu tego roku nikt nie zrezygnował.

- U nas jest mniej więcej tak, że uczniowie, których zrekrutowaliśmy w tym roku, są z nami do tej pory. Nikt też nie wypadł z systemu, nie ma też takich sytuacji, że ktoś nagle zmienia szkołę - mówi Małgorzata Kolimaga, wicedyrektor ALO.

Mniej więcej, ponieważ prawdę mówiąc, jeden uczeń odszedł, ale na jego miejsce przyjęto dwóch, więc liczba uczniów się nie zmniejszyła...

- Jesteśmy szkołą informatyczną, więc nauczanie zdalne odbywa się w skali 1:1, a plan lekcyjny jest w pełni odwzorowany online. Mamy też te narzędzia, którymi powinniśmy się posługiwać. Mamy domenę, mamy sprzęt... - argumentuje Małgorzata Kolimaga. - Szkoła jest otwarta dla uczniów, którzy nie mają możliwości pracy w domu. Doskonale znamy swoich uczniów i wiemy, co się z nimi dzieje - np., który z nich nie będzie dobrze funkcjonował w domu. Jeśli odbieramy sygnały od rodziców, że dla ich dziecka byłoby dobrze, żeby wyszło z domu, to stwarzamy taką sytuację. Dla nich organizujemy konsultacje, oczywiście do pięciu osób, zgodnie z zaleceniami MEiN.

Dlatego nie obawia się, że w nowym roku szkolnym uczniów może być mniej.

- Jesteśmy po pierwszej turze dni otwartych online. Następne będą 13 kwietnia, a potem w maju i czerwcu, prawdopodobnie też online. Na tym pierwszym spotkaniu było ok. 70 osób i dostaliśmy bardzo pozytywne recenzje, więc raczej będzie dobrze. Zazwyczaj tworzymy trzy klasy pierwsze po 20 osób, chociaż moglibyśmy utworzyć więcej, nawet pięć, bo mamy dwie siedziby. Nie spodziewamy się jednak, aby ten nabór był w tym roku większy - wyjaśnia Małgorzata Kolimaga.

Rekrutacja w ALO PJATK rozpocznie się 4 maja. Oczywiście potem będzie też ocena świadectw i wyników egzaminów ósmoklasisty, bo te kryteria przy przyjęciu brane są pod uwagę. Czesne ustalono na dotychczasowym poziomie, chociaż koszty działania szkół wzrosły.

- Zostajemy przy cenie obecnej, wpisowego też nie podwyższamy - zapewnia dyrektor Kolimaga.

Pieniądze to nie wszystko

To istotny sygnał dla rodziców i wyraz bardzo ostrożnego podejścia szkoły do warunków, w jakich przyjdzie działać w przyszłym roku. Pogarszanie się sytuacji ekonomicznej społeczeństwa budzi bowiem uzasadnione obawy szkół niepublicznych.

Tu sprawa jest prosta - jeśli ktoś nie miał odłożonych pieniędzy na edukację dzieci, to brak pracy oznacza też brak możliwości opłacania czesnego, a co za tym idzie: brak środków na funkcjonowanie szkoły. Warto dodać, iż zgodnie z art. 26 ust. 1 ustawy o finansowaniu zadań oświatowych szkoły niepubliczne, w których jest realizowany obowiązek szkolny lub obowiązek nauki, otrzymują dotację na ucznia w takiej samej wysokości, jak publiczne. Za resztę usług edukacyjnych płacą rodzice. Ile? To zależy od organu prowadzącego szkołę i jej oferty edukacyjnej.

Zdaniem Anny Sobali-Zbroszczyk, dyrektor II Społecznego Liceum Ogólnokształcącego STO w Warszawie, to, czy szkoły niepubliczne będą się rozwijały, zależy wyłącznie od sytuacji ekonomicznej społeczeństwa. I będzie z tym różnie w rozmaitych miejscach kraju, ponieważ w różnych miejscowościach i szkołach różna jest wysokość czesnego. Zawsze jednak to dodatkowe pieniądze, które trzeba każdego miesiąca zapłacić.  

Anna Sobala-Zbroszczyk nie spodziewa się jednak, y w nowym roku miało być gorzej niż obecnie, ponieważ raczej nastąpi krach ekonomiczny, a dylemat, czy warto płacić za naukę zdalną w szkole niepublicznej, czy też przenieść dziecko do szkoły publicznej, nie istnieje. 

- Szkoły płatne, szkoły społeczne mają przewagi nad publicznymi, jeśli chodzi o edukację online, bo starają się uczyć bardzo rzetelnie. Poza tym siłą szkół niepublicznych jest to, że my pracujemy w bliskiej relacji z uczniem. Stawiamy nie na schemat tradycji kształcenia, nie na wynik, tylko na relacje z uczniem. I to bardzo pomaga w zdalnej edukacji. Bo zdalna edukacja bez tej relacji jest o wiele trudniejsza i mniej efektywna. I widać więcej "zachowań ucieczkowych" uczniów (choć my także je mamy). Wielu młodych ludzi już nie wytrzymuje trudów edukacji zdalnej. Tylko że my tych uczniów próbujemy znaleźć. Próbujemy ich zaangażować, dotrzeć do nich... Naszą siłą jest personalna relacja z uczniem i w ogóle relacja, jako jedna z podstaw edukacji. W szkolnictwie publicznym, gdzie licea są przeładowane i nie ma tradycji pracy z uczniem, to o wiele trudniejsze - wyjaśnia Anna Sobala-Zbroszczyk.

TAGI
KOMENTARZE1

  • Rodzic 2021-03-25 08:27:32
    Nic tak nie mobilizuje do pracy nauczyciela jak brak KN , i o dziwo zarobki są mniejsze a praca wydajniejsza.

Logowanie

Dla subskrybentów naszych usług (Strefa Premium, newslettery) oraz uczestników konferencji ogranizowanych przez Grupę PTWP

Nie pamiętasz hasła?

Nie masz jeszcze konta? Kliknij i zarejestruj się teraz!