PARTNERZY PORTALU

25 lat od przemian ustrojowych. Jak zmieniły się regiony?

  • PAP/AT    1 czerwca 2014 - 10:00
25 lat od przemian ustrojowych. Jak zmieniły się regiony?

Jak wyglądają regiony ćwierć wieku po przemianach ustrojowych?




25 lat temu polska rzeczywistość diametralnie się zmieniła. 1989 był rokiem przełomowych wydarzeń, które doprowadziły do ostatecznego upadku ustroju komunistycznego w krajach Europy Środkowo-Wschodniej. W Polsce rozpoczęła się transformacja, która w krótkim czasie zupełnie odmieniła jej oblicze. Co zmieniło się w województwach? Na każdej kolejnej stronie przedstawiamy kolejny region...

Warmia i Mazury

- Warmia i Mazury po 25 latach od przemian ustrojowych pozostają regionem słabo uprzemysłowionym z najwyższym w kraju bezrobociem. Jednak po 1989 r. mieszkańcy na nowo odkryli tożsamość kulturową regionu, jego złożoną historię i etniczną mozaikę.

Mieszkańcy Polski postrzegają Warmię i Mazury przede wszystkim jako miejsce dobre do wypoczynku. Przez ostatnie 25 lat infrastruktura turystyczna rozwinęła się i unowocześniła, choć problemem pozostaje słaba sieć dróg. Region korzysta na bliskości granicy z obwodem kaliningradzkim. Mimo tych atutów ponad 20 proc. mieszkańców województwa nie ma pracy, a wielu młodych ludzi szuka zatrudnienia za granicą.

W okresie PRL gospodarczy krajobraz Warmii i Mazur, które także dziś są regionem typowo rolniczym, był zdominowany przez Państwowe Gospodarstwa Rolne (PGR), które pod koniec lat 80. ub. wieku zaczęły chylić się ku upadkowi. Transformacja ustrojowa, wstrzymanie dotacji i wprowadzenie gospodarki rynkowej przypieczętowały ten proces.

Jak podał PAP Jan Rzeszutek z warmińsko-mazurskiego oddziału Agencji Nieruchomości Rolnych, przed 1989 r. udział gospodarki uspołecznionej we władaniu ziemią sięgał na tych terenach 50 proc., a w niektórych gminach, jak Barciany czy Korsze, nawet 60 proc. PGR-y były zorganizowane w duże kombinaty rolne, jak Łyna czy Mazury, a Kętrzyńskie Zjednoczenie Rolniczo-Przemysłowe było największym w Polsce gospodarstwem rolnym liczącym 100 tys. ha.

W 1990 r. w wielkich kombinatach rolnych na terenie warmińsko-mazurskiego pracowało 65 tys. osób. W ciągu następnych dwóch lat dwie trzecie z nich zostało zwolnionych lub przeszło na wcześniejsze emerytury. Państwo nie wspierało procesu przekształceń, pracownicy zasili szeregi bezrobotnych - nieliczni znaleźli pracę w nowych gospodarstwach. Upadek PGR-ów przyczynił się do wzrostu bezrobocia w niektórych gminach nawet o 90 proc.

"Zabrakło refleksji, że najważniejszy był i jest człowiek" - wskazał historyk z Uniwersytetu Warmińsko-Mazurskiego prof. Stanisław Achremczyk, nawiązując do okresu wprowadzania zasad wolnego rynku. "Konsekwencje były oczywiste; byli pracownicy PGR-ów po ich upadku zostali pozostawieni sami sobie i nie poradzili sobie. Zabrano im miejsca pracy, nie dając nic w zamian. Właściwie nikt nie chciał się nimi zajmować; ponieważ zostali bez jakiekolwiek pomocy i wsparcia, pojawiły się takie społeczne problemy jak marazm, pijaństwo, bieda"- podkreślił profesor.

Jego zdaniem gdyby ponad 20 lat temu pozostawiono dochodowe PGR-y, mogłyby one być przejęte przez pracowników w formie spółek pracowniczych. Likwidacja państwowych gospodarstw oznaczała również degradację infrastruktury wokół nich - oprócz ziemi, maszyn, zwierząt hodowlanych i zabudowań, PGR-y miały też przedszkola, przychodnie lekarskie, kluby i boiska sportowe. Pozostały mieszkania, które byli pracownicy prawie wszystkie wykupili na preferencyjnych warunkach, płacąc za nie 10-15 tys. zł. Właśnie te mieszkania stały się "kulą u nogi" dla mieszkańców dawnych popegeerowskich osiedli, którzy przeważnie nie szukali już pracy gdzieś dalej.

Przez ostatnie lata w miejsce pegeerowskich przedsiębiorstw powstały rolne latyfundia, których właściciele korzystają szeroko z unijnych dotacji. Tym samym utrzymany został rolniczy charakter regionu, choć na innych zasadach. Skutki likwidacji PGR-ów i brak dużych zakładów pracy powodują, że region dotąd nie poradził sobie z największym od lat problemem, jakim jest wysokie bezrobocie. Obecnie wynosi ono ponad 20 proc. i należy do najwyższych w kraju.

Dla wielu młodych, dobrze wykształconych i przygotowanych zawodowo ludzi jedynym wyjściem jest emigracja zarobkowa. Wyjeżdżają w poszukiwaniu pracy do innych regionów w Polsce i zagranicę. Ci, którzy znaleźli tam dobrą pracę, ściągają następnych. Ewenementem w skali kraju może być przykład mieszkańców gminy Stare Juchy pod Ełkiem, którzy od lat emigrują zarobkowo do Islandii. Na tę wyspę z gminy liczącej 4 tysiące mieszkańców wyjechało do pracy 400 osób. Nazywają siebie "Juchasami".

Jednym z coraz lepiej wykorzystywanych atutów Warmii i Mazur była i pozostaje bliskość granicy z obwodem kaliningradzkim, choć dopiero od niedawna mieszkańcy przygranicznego rejonu mogą w pełni z tego korzystać. Na początku lat 90. - jak powiedział Tadeusz Baryła z Centrum Badań Wschodnich w Ośrodku Badań Naukowych w Olsztynie - ruch turystyczny między ówczesnym województwem olsztyńskim a obwodem kaliningradzkim był incydentalny i dość ograniczony.

"Organizowano wyjazdy oficjalnych delegacji, wymiany młodzieży szkolnej, sportowców, artystów. Popularne były także wyjazdy do sanatoriów położonych w obwodzie kaliningradzkim. Obecnie ruch na granicy jest nieograniczony. Wpłynęło na to wprowadzenie przepisów o małym ruchu granicznym w połowie 2012 r."- podkreślił. Od tego czasu polsko-rosyjską granicę przekroczyło 10,5 mln osób.

Jak zauważył Baryła, podróże mają często wymiar czysto ekonomiczny. Wartość towarów kupionych w Polsce, z których Rosjanie uzyskują zwrot podatku VAT, wyniósł w tym czasie 164 mln zł. Mieszkańcy obwodu kaliningradzkiego przyjeżdżają na Warmię, Mazury oraz na Pomorze by kupić elektronikę, żywność, towary luksusowe, ale i wypocząć w wysokiej klasy hotelach czy SPA.

"Przez 25 lat na Mazurach infrastruktura turystyczna zmieniła się nie do poznania" - powiedział szef warmińsko-mazurskiego PTTK Marian Jurak. "Kiedyś standardem były noclegi w domkach campingowych czy w namiotach. Najpopularniejszymi łódkami do pływania były omegi. Teraz baza noclegowa jest przeogromna i zróżnicowana a jachty są bogato wyposażone: z kuchniami, łazienkami, ogrzewaniem na pokładzie"- podkreślił.

Są jednak i słabe strony. Jak zauważył Jurak, kiedyś koleją czy autobusem PKS można było dojechać wszędzie i były to środki transportu, z których korzystali prawie wszyscy. Teraz aby sprawnie dojechać na Mazury trzeba dysponować własnym samochodem. To sprawia, że w pełni sezonu ulicami Mikołajek czy Giżycka trudno jest przecisnąć się między zaparkowanymi autami. Jednak także dojazd na Mazury samochodem nie jest wolny od problemów. Mimo budowanych w ostatnich latach w lepszym standardzie dróg krajowych i wojewódzkich, region wciąż jest postrzegany jako wykluczony komunikacyjnie. Nie ma regionalnego lotniska; ma ono dopiero powstać w Szymanach koło Szczytna w 2015 r.

Dla mieszkańców Warmii i Mazur transformacja ustrojowa oznaczała nie tylko przemiany społeczne czy zmiany w infrastrukturze, ale także swoisty przełom w postrzeganiu dziedzictwa regionu; na jego historię przestano patrzeć jednostronnie. Mieszkańcy zaczęli na nowo odkrywać tożsamość kulturową tej ziemi, jej złożoną historię, a także to, że ludność nie jest jednorodna, ale stanowi swoistą mozaikę etniczną. Przyjmuje się, że ok. 8 proc. mieszkańców to mniejszości narodowe.

W ocenie historyka, Warmiaka z urodzenia dr Jana Chłosty, dopiero po 1989 r. zaczęto otwarcie mówić o tym, że region to pogranicze polsko-niemiecko-litewskie, gdzie mieszkali i mieszkają rdzenni mieszkańcy - Warmiacy i Mazurzy - ale także i Ukraińcy, którzy trafili na te tereny po akcji Wisła w 1947 r.

"Likwidowano białe plamy, zaczęto dostrzegać rola Kościoła katolickiego w życiu przedwojennych i powojennych mieszkańców, można było mówić otwarcie o obecności Polaków na południowej Warmii przed 1945 rokiem, o wkroczeniu Armii Czerwonej i o tym wszystkim, co oni tu czynili. Nie pisano wcześniej także o losie ok. 100 tys. Niemców, Warmiaków i Mazurów deportowanych z Prus Wschodnich do ZSRR, którzy odbudowywali ten kraj ze zniszczeń wojennych"- podkreślił dr Chłosta.

Po 1989 roku powstały organizacje pozarządowe, które zaczęły przywracać pamięć o wielokulturowości regionu. Jedną z nich jest Stowarzyszenie Wspólnota Kulturowa Borussia, która poprzez wydawnictwa, programy wolontariatu czy projekty odnowy zabytków przypominała o złożoności kulturowej tej ziemi.

Jednym z takich projektów było przywrócenie świetności zabytkowi Bet Tahara. To dom przedpogrzebowy, który zaprojektował Erich Mendelsohn - światowej sławy olsztyński przedwojenny architekt żydowskiego pochodzenia. W niszczejącym przez lata budynku było m.in Archiwum Państwowe, obecnie mieści się tam Centrum Dialogu Międzykulturowego.

Odkrywanie wielokulturowości przejawiło się także w renowacji pałaców i dworków należących niegdyś do arystokracji wschodniopruskiej. Autorka książek o pałacach i dworkach we Wschodnich Prusach Małgorzata Jackiewicz-Garniec oceniła, że aby renowacja zabytkowych budowli udała się, nowi właściciele zabytków - oprócz dużych nakładów - musieli wykazywać się prawdziwą pasją i mieć pomysł na zagospodarowanie tych miejsc.

"Udało się to z pewnością w pałacach w Galinach i Nakomiadach - to dwa świetne przykłady restauracji obiektów. W pozostałych przypadkach właściciele nie podołali kosztom albo zabrakło im koncepcji dalszej działalności w takich obiektach" - podkreśliła Jackiewicz-Garniec, wskazując, że na pieniądze i remonty czekają wciąż np. pałace w Doroszach czy w Sztynorcie. "Jest idea, ale brakuje pieniędzy - wielka szkoda"- podsumowała.

<!-- pagebreak //-->

Lubelskie

- 25 lat przemian po 1989 r. przyniosło w Lubelskiem umocnienie się rolnictwa. Skurczył, ale unowocześnił się przemysł. Kopalnia w Bogdance wyrosła na najlepszą w kraju, pojawiła się szansa na budowę kolejnych. Problemem jest spadek liczby ludności.

"Ciągle na wsi mieszka tu więcej ludności niż miastach. Praktycznie niezmieniony od lat pozostał odsetek osób pracujących w rolnictwie, który wynosi aż 38,8 proc. i jest najwyższy w Polsce" - powiedział PAP dr Jerzy Michałowski z Katedry Polityki Gospodarczej Katolickiego Uniwersytetu Lubelskiego.

Lubelskie było i pozostaje regionem, w którym dominują niewielkie gospodarstwa rodzinne; średnia powierzchnia użytków rolnych według spisu rolnego w 2010 r. wynosi 5,5 ha. Spośród ponad 300 tys. gospodarstw tylko 1,3 tys. ma powierzchnię większą niż 50 ha.

Wielu tutejszych rolników w minionych latach wyspecjalizowało się w uprawie owoców i warzyw. Powstały grupy producenckie, nowoczesne przechowalnie i sortownie. Plantatorzy z Lubelskiego dostarczają ponad 80 proc. krajowych malin, prawie połowę porzeczek, około jednej trzeciej truskawek i agrestu, 20 proc. wiśni i 17 proc. jabłek. Z Lubelskiego pochodzi też około 20 proc. pomidorów i ogórków. Lubelskie dostarcza też 2,6 mln ton zbóż, jest po tym względem na trzecim miejscu w kraju, po Wielkopolsce i Mazowszu.

Lubelska wieś zmienia się. Według wyliczeń samorządu wojewódzkiego na wieś trafiło około 16,5 mld zł z UE, w tym 9,3 mld zł stanowiły płatności bezpośrednie, zaś 7,2 mld zł pochodziło z różnych programów unijnych. Pod tym względem województwo lubelskie znajduje się na trzecim miejscu w kraju, po mazowieckim i wielkopolskim.

Dzięki unijnemu Programowi Rozwoju Obszarów Wiejskich wybudowano ponad tysiąc kilometrów sieci wodociągowej, ponad 600 km sieci kanalizacyjnej, 33 oczyszczalnie ścieków i blisko 7 tys. kanalizacji zagrodowych. Powstało blisko 700 domów kultury, świetlic, obiektów sportowych. Postępowaniem scaleniowym objęto ponad 2,5 tys. gospodarstw o łącznej powierzchni blisko 6,3 tys. ha, wybudowano ponad 150 km dróg dojazdowych do scalanych działek rolnych. Na wsi utworzono ponad 1,4 tys. nowych miejsc pracy.

Mimo tych zmian - zwraca uwagę Michałowski - o ile z wodociągów korzysta w Lubelskiem 93,9 proc. mieszkańców miast, to tylko 71,7 proc. mieszkańców wsi. Z kanalizacji - 86,5 proc. mieszkańców miast, a zaledwie 17 proc. mieszkających na wsi, natomiast z gazu z sieci- 69,6 proc. mieszkańców miast i ledwie 14,1 proc. mieszkańców wsi.

Przemian minionego ćwierćwiecza nie przetrwały niektóre wielkie zakłady przemysłowe PRL, a inne znacznie zmniejszyły zatrudnienie. Padła "sztandarowa" Fabryka Samochodów Ciężarowych w Lublinie, która wytwarzała dostawcze Żuki oraz transportery opancerzone. Zatrudniała około 10 tys. osób. W latach 90. przejęta została przez koncern Daewoo, który zbankrutował. Zbankrutowała gigantyczna odlewnia żeliwa Ursus w Lublinie, nigdy w pełni nie dokończona, a także inne fabryki, jak Chełmskie Zakłady Obuwia, zakłady radiotechniczne Unitra w Lubartowie czy odzieżowe Delia w Zamościu.

Wytwórnię śmigłowców PZL Świdnik kupił brytyjsko-włoski koncern Agusta-Westland. W zakładach, które w czasach PRL zatrudniały około 12 tys. ludzi, pracuje dziś około 3,5 tys. osób. O kilka tysięcy pracowników zmniejszyła zatrudnienie Fabryka Łożysk Tocznych w Kraśniku, którą w ubiegłym roku przejął inwestor z Chin. Gruntownie zmodernizowane Zakłady Azotowe Puławy stały się największym polskim przedsiębiorstwem wielkiej syntezy chemicznej, weszły na giełdę i zostały liderem konsolidacji branży. Od 2012 r. spółka Ursus produkuje w Lublinie ciągniki rolnicze.

Na pozbawionej tradycji górniczych Lubelszczyźnie w latach 80. ubiegłego wieku uruchomiono kopalnię węgla kamiennego w Bogdance. Po wielu kłopotach związanych najpierw z budową geologiczną terenu a potem trudnościami ekonomicznymi, w ostatnich latach Bogdanka wyrosła na najlepszy zakład w całym polskim górnictwie. Jest notowana na giełdzie, zatrudnia ponad 4 tys. pracowników, inwestuje, zwiększa wydobycie. W jej pobliżu swoją kopalnię chce zbudować spółka z australijskim kapitałem PD Co; miałaby ruszyć po 2020 r. i zatrudniać 2 tys. osób. Prace badawcze na Lubelszczyźnie rozpoczęła też śląska Kompania Węglowa.

"Mimo powszechnego poczucia degradacji przemysłowej Lubelszczyzny przemysł zachował tu swoje mocne przyczółki. Bezrobocie nie odbiega od średniej krajowej, ale liczba ludności zmniejsza się" - wskazał Michałowski.

Województwo lubelskie liczy 2 mln 150 tys. ludności. Od 1999 r. przyrost naturalny jest ujemny i więcej osób wyjeżdża stąd niż tu przyjeżdża. W ubiegłym roku liczba ludności spadła o blisko 9 tys. osób. więcej ubyło tylko na Śląsku - ponad 15,5 tys. i w Łódzkiem - ponad 11 tys.

"Lubelskie dokonało postępu na wielu odcinkach życia społecznego i gospodarczego, jednak względna pozycja regionu nie uległa poprawie. Większa część pracy w gonieniu czołówki polskich województw jest jeszcze przed nami" - uważa Michałowski.

Marszałek woj. lubelskiego Krzysztof Hetman jest przekonany, że Lubelszczyzna, jak była w przeszłości, tak pozostanie regionem rolniczym, i powinna być z tego dumna. "Gdy jeżdżę do Zachodniej Flandrii w Belgii czy do prowincji Gelderland w Holandii, z którymi współpracujemy, to zawsze pokazują mi tamtejsze rolnictwo. Oni na nim zbudowali potęgę, my też możemy"- powiedział PAP Hetman.

Zdaniem Hetmana największą zmianą, która nastąpiła po 1989 r. było uwolnienie ludzkiej przedsiębiorczości. Powstało wiele drobnych firm w dziedzinie nowoczesnych technologii, informatyki. "Jesteśmy przedsiębiorczy indywidualnie, trzeba nam jeszcze przekuć tą przedsiębiorczość na zbiorowe działania" - mówi.

Marszałek przyznaje, że problemem jest spadek liczby ludności regionu, który trzeba powstrzymać. Szansę upatruje w funduszach unijnych. Wartość inwestycji współfinansowanych w Lubelskiem ze środków UE sięga już 30 mld zł. Służą poprawie warunków życia ludzi oraz otwarciu komunikacyjnemu regionu. Powstało lotnisko, budowana jest droga ekspresowa prowadząca z Warszawy przez Lublin do wschodniej granicy państwa, wznoszony jest most w Kamieniu na Wiśle, który ma ułatwić dojazd na Śląsk. Powstać ma droga ekspresowa do Rzeszowa. Rozbudowane zostały przejścia graniczne.

"Bariera komunikacyjna została już przełamana, a w ciągu najbliższych trzech lat zostanie całkowicie zniwelowana. Liczymy, że spowoduje to napływ inwestycji zewnętrznych i pozwoli naszym przedsiębiorcom rozwinąć skrzydła, więc powstaną nowe miejsca pracy" - spodziewa się Hetman.

Jego zdaniem kolejne 25 lat woj. lubelskiego upłynie pod znakiem wydobywania kopalin. "Lubelskie jest bogate węgiel; jest gaz łupkowy, który prędzej czy później będzie wydobywany, a także bursztyn. Wszyscy już to wiedzą, widać zainteresowanie tymi bogactwami; jestem tu optymistą" - powiedział.

Zmienił się wizerunek Lubelszczyzny, w kraju już nie mówi się o tym regionie "Polska B" - uważa Hetman - natomiast ciągle myślą tak tutejsi. "W genach przenoszony jest kompleks niższości wobec innych; młodzi nadal słyszą, że tu nie ma perspektyw, dlatego łatwiej wyjeżdżają. Ta mentalność pozostała po 1989 r., mamy z tym jeszcze gigantyczny problem" - uważa marszałek Hetman.

<!-- pagebreak //-->

Opolskie

- Powodzie z lat 1997 i 2010 i obrona województwa przed likwidacją w 1998 r. - to największe wydarzenia ćwierćwiecza w regionie. Opolszczyzna to dziś region gospodarczo oparty na małych i średnich firmach, sprawnie korzystający z funduszy UE, ale wyludniający się.

Kwestie demograficzne to największy problem woj. opolskiego. Wynika on m.in. z najniższego w kraju wskaźnika urodzeń, starzenia się ludności oraz najwyższego wskaźnika migracji. Z danych opolskich demografów wynika, że od lat 50. z regionu wyjechało na stałe ponad 230 tys. osób, a obecnie ok. 120 tys. przebywa czasowo za granicą.

Prof. Kazimierz Szczygielski z Politechniki Opolskiej powiedział w rozmowie z PAP, że wyludnianie się regionu "bezwzględnie pogłębiło się" w ostatnich 25 latach - zwłaszcza po wejściu Polski do UE. Szansę wyjazdu na Zachód dostali wtedy ci mieszkańcy regionu, którzy nie mieli podwójnego - polskiego i niemieckiego - obywatelstwa, umożliwiającego migracje Ślązakom we wcześniejszych latach.

Jak podkreślił prof. Szczygielski, każda migracja "prócz bonusu w postaci lepszych zarobków" niesie szereg negatywnych skutków. "Następuje erozja rodziny; kobiety nie chcą rodzić dzieci, bo nie ma ich partnerów" - wyliczał naukowiec i dodał, że nie bez znaczenia w tym kontekście jest też zmiana stylu życia jako skutek szeroko rozumianego rozwoju.

By zahamować negatywne tendencje woj. opolskie wprowadza program Specjalnej Strefy Demograficznej, która ma przeciwdziałać wyludnianiu się regionu. W maju w ramach tego programu uruchomiło np. uprawniającą do zniżek Opolską Kartę Rodziny i Seniora. W latach 2014-2020 na działania dotyczące spraw demograficznych region chce przeznaczyć ponad 300 mln euro. Działania te - np. nakierowane na seniorów - mają służyć nie tylko pomocy, ale też tworzeniu miejsc pracy, np. w sektorze usług w ramach tzw. srebrnej gospodarki.

Wojewoda opolski Ryszard Wilczyński w rozmowie z PAP powiedział, że dla wielu mieszkańców najważniejszymi wydarzeniami minionych 25 lat były powodzie z lat 1997 i 2010. Jednak, jak określił Wilczyński, "z punktu widzenia wszelkich konsekwencji dla regionu" za najistotniejszą w minionym ćwierćwieczu można uznać obronę województwa w roku 1998, gdy w ramach reformy administracyjnej planowano jego likwidację i pozostawienie 12 województw w kraju.

Działania posłów, samorządowców i mieszkańców regionu z tamtego okresu, podejmowane na rzecz obrony Opolszczyzny, opisała w swojej książce "Szczęście w garści. Z familoka w szeroki świat" wieloletnia senator ziemi opolskiej prof. Dorota Simonides. Począwszy od debat, posiedzeń i dyskusji w Sejmie, poselskich interpelacji w tej sprawie, poprzez manifestację zorganizowaną w maju 1998 r. w opolskim amfiteatrze, po zorganizowany 7 czerwca tamtego roku "Łańcuch Nadziei"; na ponad 90-kilometrowym odcinku ówczesnej trasy E40 zgromadziło się kilkadziesiąt tysięcy mieszkańców Opolszczyzny. Skutkiem m.in. tych działań była przyjęta w lipcu 1998 przez Sejm ustawa uwzględniająca szesnaście województw - w tym opolskie.

"Udział społeczny w +Łańcuchu Nadziei+ był większy niż w każdorazowych wyborach, co pokazuje, że w sprawach lokalnych, dotyczących każdego z mieszkańców, umiemy się rzeczywiście zaktywizować" - podkreśliła prof. Simonides w rozmowie z PAP. Zaznaczyła, że z perspektywy lat widać, iż regionu warto było bronić. Podkreśliła jednak, odwołując się do trudnej sytuacji demograficznej, że wyzwania dla Opolszczyzny wciąż są ogromne. W jej opinii znów wymagają mobilizacji wszystkich - władz, przedsiębiorców tworzących miejsca pracy i firmy oraz mieszkańców.

Wynikiem zmian, jakie zaszły w Polsce po 1989 r. są też uregulowania dotyczące mniejszości narodowych. W 2005 r. przypieczętowano je ustawą o mniejszościach. W skali kraju bodaj najbardziej widoczne skutki tych zmian - w postaci współrządzenia mniejszości niemieckiej - są właśnie na Opolszczyźnie. Opolscy Niemcy mają swojego przedstawiciela w Sejmie, włodarzy gmin czy powiatów oraz radnych w wielu opolskich samorządach, a w sejmiku województwa od 1998 r. współtworzą koalicje z różnymi ugrupowaniami.

Szef Towarzystwa Społeczno-Kulturalnego Niemców na Śląsku Opolskim Norbert Rasch nie ma wątpliwości, że współrządzenie, możliwość organizowania się, pielęgnowania odrębności to "społeczno-polityczny dorobek minionego ćwierćwiecza" i "wynik wolności po roku 1989".

"Można dyskutować czasem o jakości tej integracji, ale z pewnością ma ona miejsce. W kwestiach społecznych i politycznych osiągnęliśmy chyba tyle, ile zakładaliśmy" - przekonywał Rasch i wspominał, że jeszcze w latach 90. współrządzenie z mniejszością wzbudzało w Opolskiem spore emocje, a w skali kraju wciąż nie jest chyba w pełni rozumiane. "Trzeba jednak pamiętać, że w kraju wszystkie mniejszości to około 1 proc. mieszkańców. Tymczasem w woj. opolskim co dziesiąta osoba deklaruje narodowość niemiecką" - dodał.

Widoczne tego efekty to też m.in. dwujęzyczne nauczanie w coraz większej liczbie szkół na Opolszczyźnie czy dwujęzyczne, polsko-niemieckie tablice, które są już w 335 miejscowościach w 26 gminach regionu.

Największa obecnie inwestycja w regionie to realizowana od lutego rozbudowa Elektrowni Opole, warta 11,5 mld zł. Elektrownia powiększana jest o dwa nowe bloki na węgiel kamienny o łącznej mocy 1800 megawatów.

Dla regionu ważne były także inwestycje z zakresu ochrony przeciwpowodziowej, w ramach których powstał np. polder Buków powyżej Raciborza czy dwa węzły wodne zabezpieczające Opole i Kędzierzyn-Koźle. Jednak wciąż nie jest to pełne zabezpieczenie regionu przed powodzią.

Dla poprawy infrastruktury istotne było także powstanie w latach 2000-2005 autostrady A4, wielu kilometrów dróg czy kolejnych obwodnic - Prudnika, Dobrodzienia i Otmuchowa, a także obwodnicy północnej Opola i południowej Kędzierzyna-Koźla. W maju rozstrzygnięto przetarg na budowę kolejnej - obwodnicy Nysy. Wiele inwestycji w regionie powstało dzięki unijnemu dofinansowaniu - np. przebudowa amfiteatru czy filharmonii w Opolu.

Wśród niezrealizowanych, a planowanych głośnych inwestycji można wymienić budowę lokalnego portu lotniczego w Kamieniu Śląskim, z którego władze regionu wycofały się w minionych latach po analizach ekonomicznych, czy remont bajkowego zamku w Mosznej, gdzie oferty przetargowe przekroczyły kalkulowane koszty i nie starczyło czasu, by rozpisywać nowy przetarg tak, by móc dofinansować inwestycję z pieniędzy unijnych na lata 2007-2013. Jednak generalnie z wydawaniem unijnych pieniędzy woj. opolskie poradziło sobie w minionej perspektywie tak dobrze, że za sprawne wydatkowanie dostało dodatkowe ponad 100 mln euro.

Wśród największych inwestorów, którzy pojawili się w minionych latach w regionie, są m.in. firma Polaris Polska, która będzie w Opolu produkować quady; fabryka gum do żucia i czekoladek Cadbury w Skarbimierzu (przejęta później przez Kraft Foods, a obecnie należąca do Mondelez); produkująca bioetanol firma Bioagra z Goświnowic czy producent paneli - Kronospan.

Wśród najważniejszych sektorów opolskiej gospodarki wymienia się przemysł spożywczy (przez obecność takich marek jak Mondelez, Nutricia - część koncernu Danone, Zott, Nestle czy Pasta Food); przemysł cementowy i kruszyw (Górażdże Cement czy Cementownia Odra) oraz przemysł chemiczny (np. Zakłady Azotowe Kędzierzyn należące do Grupy Azoty).

Ekonomista z Wyższej Szkoły Zarządzania i Administracji w Opolu dr Witold Potwora uważa, że przemysł spożywczy ma w regionie jeszcze duży potencjał, m.in. przez wzgląd na mocne opolskie rolnictwo. Wśród najmocniejszych branż wymienił budowlaną oraz wyposażenia wnętrz z przemysłem meblarskim, przemysł metalowy czy sektor budowy maszyn. Dodał, że w woj. opolskim działają też firmy unikalne, jak np. Explomet (zajmujący się technologią wybuchowej obróbki metali) czy producent techniki grzewczej Galmet.

Dr Potwora podkreślił, że na Opolszczyźnie nie ma wielkich firm, a gospodarka regionu opiera się na dobrze prosperujących małych i średnich przedsiębiorstwach, często rodzinnych. "Brak wielkich inwestorów często budzi niecierpliwość, ale w sytuacjach kryzysu bywa korzystny. Zwolnienia grupowe na Opolszczyźnie zdarzają się np. dość sporadycznie" - wyjaśnił.

Ekonomista wskazał, że spośród przedsiębiorstw, które przed 1989 rokiem uważano za "okręty flagowe" opolskiej gospodarki, przetrwało niewiele. Nie ma np. huty w Zawadzkiem i wielkich firm, takich jak brzeskie zakłady przemysłu tłuszczowego (późniejsza Kama Foods) czy nyski Zakład Usług Przemysłowych i Fabryka Samochodów Dostawczych (FSD; potem Nysa Motor), która produkowała m.in. popularne w PRL "Nyski", polonezy trucki a potem np. citroeny berlingo. Próbę czasu przetrwały natomiast radzące sobie obecnie bardzo dobrze kędzierzyńskie zakłady chemiczne czy dawny PGR, dziś Kombinat Rolny Kietrz, gospodarujący na kilku tysiącach hektarów.

<!-- pagebreak //-->

Małopolskie

- W ostatnich 25 latach stolica Małopolski - Kraków - umocnił pozycję ośrodka akademickiego i turystycznego, a w regionie rozwinęły się firmy, które z sukcesem konkurują na światowych rynkach. "25 lat wolnej Polski to był dobry czas dla Małopolski" - uważa wojewoda Jerzy Miller.

"Potrafiliśmy w tym krótkim czasie, bo czym jest 25 lat w życiu narodu, zbudować coś, co jest naprawdę zauważalne na arenie międzynarodowej. To wszystko zawdzięczamy naszym mieszkańcom, którzy mają ambicje, aby jak najszybciej żyć na poziomie porównywalnym z lepiej rozwiniętą częścią Europy" - powiedział PAP Jerzy Miller, który na początku lat 90. był wicewojewodą krakowskim a obecnie pełni funkcję wojewody małopolskiego.

Zwrócił uwagę, że na przestrzeni ostatnich 25 lat Kraków stał się ośrodkiem akademickim o zasięgu europejskim, gdzie uczy się ponad 200 tys. studentów, w tym słuchacze z wielu krajów świata. W Krakowie swoje siedziby ma pięć uniwersytetów, a także czołowe uczelnie techniczne i artystyczne.

"Wśród nich warto wymienić Akademię Górniczo-Hutniczą, bo to jest uczelnia, która większość swojego rocznego dochodu czerpie ze współpracy z gospodarką, a nie ze środków budżetowych. To przykład, że na przestrzeni lat uczelnia ta potrafiła stać się partnerem dla przedsiębiorstw, nauczyła się o innowacyjnej gospodarce nie tylko nauczać, ale także ją tworzyć" - zaznaczył Miller.

Małopolska wraz z Krakowem zyskały rangę jednego z najważniejszych polskich regionów turystycznych. Według badań Urzędu Marszałkowskiego Woj. Małopolskiego w zeszłym roku województwo odwiedziło 12,6 mln osób, o 4,2 proc więcej niż rok wcześniej. Z tego 9,9 mln to goście z kraju, a 2,7 mln z zagranicy. Wpływy z turystyki utrzymują się na poziomie 10,5 mld zł rocznie.

"Rośnie poziom usług. Standard noclegów i atrakcji turystycznych jest taki, że nie mamy się czego wstydzić" - ocenił prezes Małopolskiej Organizacji Turystycznej Leszek Zegzda.

Jerzy Miller zwraca uwagę, że w ciągu tych 25 lat Kraków i Małopolska zaistniały w świadomości Europejczyków jako region ciekawy turystycznie. "Dzisiaj, kiedy idziemy ulicami Krakowa, Zakopanego, Krynicy to język obcy słyszymy nieraz częściej niż język polski" - zaznaczył.

Od 1989 r. całkowicie zmieniło się krakowskie Stare Miasto, a niszczejące przez lata zabytki świeckie i sakralne odzyskały dawny blask. Stało się to dzięki środkom przekazywanym z budżetu Kancelarii Prezydenta a rozdysponowywanym przez Społeczny Komitet Odnowy Zabytków Krakowa, który rozdzielił blisko 732 mln zł. "Udało się odnowić, a niekiedy uratować przed ruiną, ponad 500 zabytków" - ocenił dyrektor biura Komitetu Maciej Wilamowski.

Prace remontowo-konserwatorskie przeprowadzono m.in. w Katedrze i Zamku Królewskim na Wawelu, w Sukiennicach, w zespole pałaców i rezydencji miejskich przy ul. Kanoniczej, w 55 zespołach kościelno-klasztornych, synagogach i w wielu obiektach użyteczności publicznej np. w 13 kolegiach Uniwersytetu Jagiellońskiego.

W ocenie Jerzego Millera, zasadniczą zmianę można dostrzec w mentalności Małopolan, którzy aktywnie zaczęli zmieniać otoczenie wokół siebie w ramach społeczeństwa obywatelskiego. Stąd wiele inicjatyw, które z sukcesem walczą o sprawy bliskie zwykłemu obywatelowi, a których uzyskanie kiedyś wydawało się nierealne, np. o poprawę jakości powietrza. Stąd też - mówił Miller - "ludzie bardziej dopominają się ścieżek rowerowych niż wielopoziomowego garażu na samochody".

"Przedtem traktowaliśmy to w inny sposób: jest problem to trzeba uchwalić ustawę. Teraz jest zupełnie inaczej: jest problem, to w pierwszej kolejności staramy się sami z nim zmierzyć" - podkreślił wojewoda.

Przemiany gospodarcze spowodowały, że w Małopolsce od zera powstało wiele firm, które obecnie z powodzenie konkurują na rynkach światowych, a także dziesiątki tysięcy niewielkich przedsiębiorstw, w których ujawnił się talent biznesowy mieszkańców regionu. Z drugiej strony upadło wiele przedsiębiorstw wywodzących się z czasów gospodarki socjalistycznej. Stopa bezrobocia w Małopolsce wynosiła na koniec marca 2014 r. 11,7 proc., a w urzędach pracy było zarejestrowanych ponad 167 tys. bezrobotnych.

Przykładem zmian gospodarczych 25-lecia jest - zdaniem Millera - symbol poprzednich czasów - krakowska huta, która pod koniec PRL-u, jeszcze jako Huta im. Lenina, zatrudniała 28 tys. pracowników. Teraz wchodzi ona w skład światowego koncernu metalurgicznego ArcelorMittal, zatrudniając kilka tysięcy osób.

"Bez huty w Krakowie inaczej przebiegałyby lata 80. Nie wszyscy z tych, którzy pierwsi dopominali się wtedy o zmiany, mogą czuć się zwycięzcami. Wywalczyli dla nas wolność, ale część z nich stało się bezrobotnymi - to jest jeden z najtrudniejszych elementów oceny tego 25-lecia" - przyznał Miller.

Zbędne tereny krakowskiej huty mają być miejscem jednego z najważniejszych projektów dla Małopolski w najbliższych latach - "Kraków - Nowa Huta Przyszłości". Projekt, którego wartość szacowana jest wstępnie na ponad 2 mld zł, zakłada rewitalizację terenów poprzemysłowych i zagospodarowanie w sumie 5,5 tys. ha. Na tym obszarze ma powstać nowa dzielnica, gdzie działałyby firmy z branży inżynierii materiałowej, mechaniki, automatyki, inżynierii środowiskowej. Byłaby także zabudowa mieszkaniowa, usługi oraz tereny rekreacyjne. Dzielnica ma rozwijać się przy wykorzystaniu nowych technologii i dbałości o ochronę zasobów naturalnych. Większość pieniędzy na to przedsięwzięcie ma pochodzić z unijnych środków na lata 2014-2020.

Według przedstawicieli administracji i gospodarki, małopolskim fenomenem gospodarczym na skalę ogólnopolską jest ponad 80-tysięczny Nowy Sącz. Ze słabo skomunikowanego z zresztą kraju miasta wywodzą się tak znane rodzime firmy, jak m.in. producent okien dachowych Fakro, wytwórca bram garażowych i ogrodzeń Wiśniowski, producent taboru kolejowego Newag oraz firmy z sektora spożywczego, jak Koral i Konspol.

"Cieszy nas to, że tak dużo eksportujemy, bo to nie tylko dobrze świadczy o naszej pracowitości, ale też o jakości pracy, skoro wytworzony produkt znajduje nabywcę za granicą" - zaznaczył Miller.

Małopolskie rolnictwo wyspecjalizowało się w sadownictwie (południowo-wschodnia część regionu) i uprawie warzyw (północno-wschodnia Małopolska). Z powodu trwającego od dziesięcioleci rozdrobnienia, małopolskie gospodarstwa rolne mają najmniejszą średnią powierzchnię spośród wszystkich województw. Według danych urzędu marszałkowskiego ponad 9 tys. gospodarstw liczy poniżej jednego hektara, a przeciętna powierzchnia większych gospodarstw to 3,7 hektara, przy średniej krajowej wynoszącej 9,2 hektara.

Pomimo to woj. małopolskie jest polskim liderem w ilości produktów regionalnych, które uzyskały w UE certyfikaty Chroniona Nazwa Pochodzenia lub Chronione Oznaczenie Geograficzne. Małopolscy producenci zarejestrowali dotychczas 11 produktów wyróżnionych tymi oznaczeniami. Pierwszy certyfikat posiadają: bryndza podhalańska, oscypek, redykołka (rodzaj sera z mleka owczego), karp zatorski i fasola "Piękny Jaś", a certyfikat drugiego typu: jabłka łąckie, śliwka suska sechlońska (podsuszana i podwędzana śliwka z pestką), chleb prądnicki, obwarzanek krakowski, kiełbasa lisiecka, jagnięcina podhalańska.

Eksperci z Małopolskiej Organizacji Turystycznej zwracają uwagę, że dzięki produkcji dobrej tradycyjnej żywności i walorom turystycznym, część małopolskich gospodarstw rolniczych z powodzeniem uzupełniło swoją działalność o ofertę agroturystyczną.

Po okresie upadku w czasach PRL odżywają też tradycje winiarskie Małopolski. W sumie w całym regionie założono w ostatnich latach około 30 winnic. Niedawno eksperci wytypowali 15 najlepszych z nich, które dały początek Małopolskiemu Szlakowi Winnemu. Z czasem szlak będzie rozszerzany o kolejne gospodarstwa.

<!-- pagebreak //-->

Dolnośląskie

- Dynamiczny rozwój sektora usług oraz umocnienie ośrodków naukowych to kluczowe rezultaty transformacji ustrojowej na Dolnym Śląsku - oceniają eksperci. Wskazują przy tym, że w ciągu 25 lat w regionie upadł przemysł ciężki, ale wzrosła przedsiębiorczość mieszkańców.

Prof. Marian Noga z Uniwersytetu Ekonomicznego we Wrocławiu wśród najważniejszych rezultatów transformacji na Dolnym Śląsku wymienił zwiększenie znaczenia sektora usług, powiązanie gospodarki regionu z gospodarką europejską, a także znaczny rozwój przedsiębiorczości.

"W woj. dolnośląskim działa 340 tys. podmiotów gospodarczych; obecnie 80 proc. PKB w regionie wytwarza sektor prywatny; w gospodarce dominują usługi związane z telekomunikacją i informatyką, przemysł motoryzacyjny oraz usługi finansowe, czego nie było przed transformacją" - wskazał prof. Noga.

W wyniku transformacji Dolny Śląsk zajmuje czwarte miejsce w kraju pod względem wytwarzania PKB, które stanowi 8 proc. tego wskaźnika dla całej Polski. "Tak też można oceniać potencjał gospodarczy naszego województwa w kraju. Wyprzedzają nas jedynie województwa mazowieckie, śląskie i wielkopolskie. Natomiast staliśmy się trzecim ośrodkiem naukowym w kraju, największym ośrodkiem w pracach badawczo-rozwojowych oraz województwem o najbardziej rozwiniętym sektorze usług, który wytwarza blisko 60 proc. PKB Dolnego Śląska" - podkreślił ekonomista.

Istotnym elementem obrazu gospodarczego regionu tuż po transformacji ustrojowej był upadek przemysłu ciężkiego. Wyjątkiem było jedynie zagłębie miedziowe, gdzie nadal za sprawą KGMH w ówczesnym województwie legnickim dominował przemysł się wydobywczy.

Upadek przemysłu ciężkiego najbardziej odczuli mieszkańcy dawnego województwa wałbrzyskiego, gdzie po likwidacji kopalń węgla kamiennego pracę straciło kilkadziesiąt tysięcy osób. Sytuację na tamtejszym rynku pracy poprawiło m.in. utworzenie w 1997 r. Wałbrzyskiej Specjalnej Strefy Ekonomicznej Invest-Park. Dziś jest to jedna z największych stref ekonomicznych w kraju, działająca także poza Dolnym Śląskiem - w woj. opolskim, lubuskim oraz wielkopolskim. W strefie zainwestowało już ponad 200 firm. Swoje zakłady mają tu m.in. Toyota, Cersanit, Bosch, IBM, General Electric i Bridgestone.

Likwidację i restrukturyzację dużych zakładów przemysłowych odczuła również Jelenia Góra. Tam jednym z lekarstw na rosnącą falę bezrobocia był rozwój turystyki. Ostatnie lat przyniosły również rozwój turystyki uzdrowiskowej na południu województwa.

Stolica Dolnego Śląska należała do miejsc, które stosunkowo łagodnie odczuły skutki transformacji ustrojowej. We Wrocławiu dynamicznie rozwinął się sektor usług, a od 2000 r. miejscowe władze stawiają na tzw. gospodarkę opartą na wiedzy, wspierając współpracę biznesu i uczelni. Mają w tym pomóc m.in. Wrocławski Park Technologiczny oraz Wrocławskie Centrum Badań EIT+.

"Wrocław bardzo dobrze skorzystał z niebywałej szansy jaką było odzyskanie wolności. Stało się tak dlatego, że mamy tu ciągłość i stabilność władzy, która odwołuje się do etosu Solidarności z lat 80." - tłumaczył w rozmowie z PAP Władysław Frasyniuk, przewodniczący dolnośląskiej Solidarności w latach 1981-90.

Frasyniuk podkreślił, że bilans 25 lat wolnej Polski na Dolnym Śląsku jest niewątpliwie korzystny. "Rozwój jaki się tu dokonał zawdzięczamy również specyfice ludności zamieszkującej Dolny Śląsk. To ludzie, którzy przyjechali tu po wojnie z różnych stron kraju. Musieli się ze sobą dogadać, to zaś wykształciło w nich niebywałą otwartość. Dolnoślązacy stosunkowo łatwo nawiązują kontakty z obcokrajowcami, dlatego tak łatwo pozyskiwaliśmy inwestycje zagraniczne, dzięki którym powstały tysiące miejsc pracy" - mówił Frasyniuk, który dziś prowadzi własną firmę transportową.

W jego ocenie transformacja ustrojowa mogłaby odbyć się mniejszym kosztem. "To pretensja do władzy centralnej. Mamy bardzo skomplikowany system przepisów, nieczytelne prawo. Mają z tym problem przedsiębiorcy i samorządy. Władza centralna spycha na nich zadania, nie dając narzędzi. Tych problemów można było uniknąć, gdyby dokonała się prawdziwa decentralizacja władzy" - mówił były działacz opozycji antykomunistycznej.

Eksperci podkreślają, że w ciągu 25 lat, jakie minęły od transformacji ustrojowej, zmienił się też styl życia mieszkańców Wrocławia i regionu, choć nie nie zawsze oznacza to również zmianę mentalności.

Kulturoznawca prof. Michael Fleischer z Uniwersytetu Wrocławskiego wskazuje, że zmiany te dotyczą dwóch obszarów. "Z jednej strony są to zmiany strukturalne, czyli wszystko to, co trzeba było przejąć z Europy Zachodniej w formie procedur działania, struktur politycznych, prawnych, ekonomicznych czy finansowych. W tym wymiarze doszło do pełnej homogenizacji z UE. Z drugiej strony pozostaje kwestia mentalności, sposobów komunikowania się oraz zachowań w życiu codziennym. Tu zmiany są nikłe" - powiedział naukowiec.

<!-- pagebreak //-->

Kujawsko-Pomorskie

- Nowoczesne zakłady wyrosłe na gruncie dawnych fabryk i zupełnie nowe, które odpowiadają na zmieniające się potrzeby rynku, stały się pozytywną wizytówką 25 lat przemian w województwie kujawsko-pomorskim. Silną pozycję w regionie utrzymało rolnictwo.

"Region kujawsko-pomorski, podobnie jak inne województwa, ogromnie zmienił się w ciągu 25-lecia, żyjemy rzeczywiście w innym świecie. Widać to w nas samych, w naszych aspiracjach i dążeniach" - powiedział PAP socjolog dr Grzegorz Kaczmarek z Uniwersytetu Kazimierza Wielkiego w Bydgoszczy.

Województwo kujawsko-pomorskie powstało z połączenia istniejących od połowy 1975 r. województw bydgoskiego, toruńskiego i włocławskiego, z wyłączeniem niedużych części dwóch pierwszych. Bydgoszcz stała się siedzibą wojewody, a Toruń - sejmiku i zarządu województwa.

Dr Kaczmarek podkreślił, że województwo kujawsko-pomorskie jest jednym z dwóch województw z dwoma stolicami, co jest przyczyną sporych trudności w integracji regionu.

Socjolog zwrócił też uwagę, że Kujawsko-Pomorskie jest jednym z pięciu regionów, które nie graniczą z innymi państwami. "Nie powstają bezpośrednie relacje sąsiedzkie, a one mają fundamentalne znaczenie dla rozwoju i integracji Europy. Nawet sąsiedztwo przez Bałtyk rodzi skutki gospodarcze, kulturowe, komunikacyjne. Powinniśmy więc w większym stopniu wykorzystać centralne i tranzytowe położenie województwa" - zaznaczył.

Po przemianach ustrojowych w regionie kujawsko-pomorskim skrzydła rozwinęła część zakładów istniejących w PRL, odnosząc sukcesy na rynku krajowym i za granicą.

Należą do nich firma TZMO SA (d. Toruńskie Zakłady Materiałów Opatrunkowych), produkująca m.in. wyroby medyczne i materiały higieniczne oraz PESA Bydgoszcz (d. Zakłady Naprawcze Taboru Kolejowego), produkująca spalinowe i elektryczne zespoły trakcyjne oraz lokomotywy i tramwaje. Oba przedsiębiorstwa są firmami polskimi.

Wprowadzenie gospodarki rynkowej zaowocowało rozwojem wielu firm produkcyjnych, handlowych i usługowych. Jednak część wielkich zakładów nie poradziła sobie w warunkach konkurencji. Niektóre zniknęły z rynku już na początku 90. lat (Zakłady Rowerowe "Romet" i Pomorskie Zakłady Przemysłu Skórzanego "Kobra", a w inne przestały istnieć w ostatnich latach (Zakłady Chemiczne "Zachem").

"Nasz region jest wciąż rolniczy, co pokazują różne wskaźniki i porównania makroekonomiczne, ale dziś wieś i rolnictwo to już zupełnie inne realia. Chyba żaden sektor nie odniósł tak spektakularnego sukcesu jak rolnictwo jeśli chodzi o awans ekonomiczny i cywilizacyjny. Pod względem różnych programów i inicjatyw realizowanych na wsi jesteśmy w czołówce" - podkreślił dr Kaczmarek.

Zdaniem naukowca rolnictwo może być atutem konkurencyjności regionu kujawsko-pomorskiego. "Myślę, że w regionie jeszcze bardziej powinniśmy postawić na rolnictwo produkujące zdrową żywność, i w ogóle zdrowe, atrakcyjne warunki życia, a nie nie tylko ścigać się w nowoczesnych przemysłach i technologiach" - zaznaczył.

Dużym problemem regionu jest należące do najwyższych w Polsce bezrobocie. Stopa bezrobocia wynosi tu 18,2 proc. (w kraju 13,5 proc.). Stosunkowo najlepsza sytuacja panuje w największych ośrodkach: w Bydgoszczy - 8,9 proc. i w Toruniu - 10,5 proc. Tylko dwa powiaty ziemskie mają kilkunastoprocentową stopę bezrobocia, a pozostałe powiaty grodzkie i ziemskie od 20,5 proc. we Włocławku do 29,5 proc. w powiecie lipnowskim.

W województwie, zwłaszcza po wstąpieniu Polski do UE, rozwinęła się infrastruktura drogowa i komunalna. Najważniejszą dla regionu inwestycją drogową jest autostrada A1, przy której położone się Grudziądz, Toruń i Włocławek. Z boku znalazła się Bydgoszcz, która w ciągu kilku lat ma zyskać lepsze połączenie z A1 i A2 dzięki budowie drogi ekspresowej S5.

Na budowę infrastruktury drogowej postawiły praktycznie wszystkie samorządy. W Toruniu i Bydgoszczy powstały nowe mosty, trasy średnicowe. Przy wykorzystaniu funduszy przedakcesyjnych i dotacji otrzymanych po wstąpieniu do UE, w regionie zbudowano i zmodernizowano sieci wodociągowe i kanalizacyjne, postały oczyszczalnie ścieków i składowiska odpadów.

Nastąpił rozwój szkolnictwa wyższego. W skład Uniwersytetu Mikołaja Kopernika w Toruniu weszła bydgoska Akademia Medyczna, działająca jako Collegium Medicum. Dawna Wyższa Szkoła Pedagogiczna w Bydgoszczy stała się Uniwersytetem im. Kazimierza Wielkiego, a Akademia Techniczno-Rolnicza - Uniwersytetem Technologiczno-Przyrodniczym. Obecnie w województwie istnieją 22 uczelnie, w tym 17 niepublicznych.

Dr Kaczmarek zwrócił uwagę, że z woj. kujawsko-pomorskiego odpływa część ludzi młodych, bardziej wykształconych i przedsiębiorczych - głównie do regionów sąsiednich, do Wielkopolski lub na Mazowsze i Pomorze, a coraz częściej także za granicę. "To swoista selekcja negatywna, obniżająca nasz społeczny i rozwojowy potencjał" - dodał.

Znakiem zmieniających się czasów było opuszczenie w 1991 r. Torunia przez jednostkę Armii Czerwonej, a w 2004 r. otwarcie w Bydgoszczy Centrum Szkolenia Sił Połączonych NATO. Przed kilkoma laty w Bydgoszczy rozpoczął też działalność batalion łączności NATO, a pod koniec zeszłego roku Centrum Eksperckie Policji Wojskowych Sojuszu. W Wojskowych Zakładach Lotniczych nr 2 w Bydgoszczy powstało Krajowe Centrum Serwisowe samolotów F-16.

Zmienił się również podział administracyjny Kościoła katolickiego w województwie. Obok jednej z najstarszych w Polsce diecezji włocławskiej, w 1992 r. powstała diecezja toruńska, a w 2004 r. powołano diecezję bydgoską. W Toruniu i Bydgoszczy powstały Wyższe Seminaria Duchowne. Dzięki zmianom ustrojowym możliwe było też utworzenie w 1991 r. w Toruniu katolickiego Radia Maryja. Przy rozgłośni powstało kilka instytucji, m.in. Telewizja Trwam oraz Wyższa Szkła Kultury Społecznej i Medialnej.

<!-- pagebreak //-->

Podlaskie

- Po 25 latach od transformacji ustrojowej Podlaskie to dobre miejsce do życia dla szukających ciszy i spokoju; jednak bez dużych inwestycji nie ma co liczyć na szybki rozwój gospodarczy regionu. Problemem jest wyludnianie i brak perspektyw dla młodych ludzi.

Taki obraz województwa podlaskiego wyłania się z opinii ekspertów ekonomicznych i danych statystycznych; lepiej oceniają sytuację rozmówcy reprezentujący różne szczeble władzy samorządowej. Wielu wyraźnie dzieli czas w historii tego regionu na przed i po akcesji Polski do Unii Europejskiej, a nie po 1989 roku.

W internecie krąży film nagrany przez brytyjskiego turystę, który znalazł się w północno-wschodniej Polsce na początku lat 90. ubiegłego wieku i nakręcił amatorski reportaż, w którym widać ówczesny Białystok - mówi Radosław Oryszczyszyn, socjolog z Uniwersytetu w Białymstoku.

"Obserwujemy ludzi ubranych w kreszowe dresy, handlujących czym popadnie z łóżek polowych na bazarze przy ulicy Bema. Po ulicach jeżdżą trabanty, syreny, skody i małe fiaty. Chodniki są pełne dziur, a przechodnie - prawie bez wyjątku - smutni i zmęczeni życiem w gospodarce permanentnego niedoboru" - powiedział PAP.

I choć zmiany widać gołym okiem, władze regionalne przyznają, że po 25 latach w Podlaskiem wciąż nie są rozwiązane główne problemy - m.in. niedostateczna dostępność komunikacyjna (słabe drogi) czy jedna z najniższych wśród województw atrakcyjność inwestycyjna.

W regionie nie ma i nie będzie ani kawałka autostrady, niedawno władze regionalne zrezygnowały z planów budowy lotniska, które z jednej strony miało pomóc w kontaktach z inwestorami, z drugiej - w zwiększeniu liczby turystów. Droga ekspresowa powstaje z Białegostoku do Warszawy ale np. przestało się już mówić o budowie drogi ekspresowej w kierunku Lublina. Ma być budowana kolejowa trasa Rail Baltica z Warszawy do granicy z Litwą.

Wskutek transformacji zniknęły wielkie przedsiębiorstwa, np. zatrudniające tysiące osób firmy tekstylne, z których słynął region, m.in. Fasty, Zamtex, Pasmanta czy Narew. "Oczywiście nie wynikało to z błędnej polityki regionalnej, a raczej z centralnej polityki gospodarczej, która nie wzięła pod uwagę utraty znacznego potencjału w regionach peryferyjnych" - tłumaczy procesy gospodarcze prorektor Uniwersytetu w Białymstoku, ekonomista prof. Robert Ciborowski.

"Ograniczenie roli przemysłu ma swoje konsekwencje w postaci trudności na rynku pracy oraz zdecydowanie niższych dochodów pracowników. Przemysł pozwala na zatrudnienie dużo większej liczby ludzi, a poza tym daje szanse na szybszy wzrost płac" - dodaje.

Wyjątkiem wśród mizerii poważnych inwestycji przemysłowych była budowa fabryki koncernu Ikea w gminie Orla, która została uznana przez Polską Agencję Informacji i Inwestycji Zagranicznych za największą inwestycję zagraniczną w Polsce w 2010 r.

Firmy lokują się głównie w Suwalskiej Specjalnej Strefie Ekonomicznej, która poszerza się o kolejne podstrefy, zabiega o nią coraz więcej gmin. W ciągu 17 lat istnienia strefy, korzystając z ulg, 1,9 mld zł zainwestowały w niej 74 firmy, zatrudniające 6,3 tys. osób.

Ekonomiści przyznają, że niektóre branże rozwijają się (np. rolno-spożywcza, metalowa, bieliźniarska), ale nie jest to rozwój w wielkiej skali. "Problemy województwa wciąż pozostają te same: dostępność komunikacyjna, +nierozwojowa+ struktura gospodarcza, brak miejsc pracy, emigracja i wyludnianie się oraz peryferyjność. Niewątpliwie województwo podlaskie jest dobrym miejscem do życia, ale dla tych, którzy szukają ciszy i spokoju, a nie pracy i dochodów" - podsumowuje Ciborowski.

Podlaskie słynie z mleczarstwa; w danych statystycznych jest na drugim miejscu w kraju w produkcji mleka, zajmuje się tym niemal połowa gospodarstw w regionie. Działają tu największe w Polsce spółdzielnie mleczarskie: Mlekovita z Wysokiego Mazowieckiego i Mlekpol z Grajewa, które na przestrzeni ostatnich lat zbudowały całe holdingi mleczne poprzez przyłączanie kolejnych zakładów w całym kraju.

Ciborowski podkreśla jednak, ze sytuacja w rolnictwie polepszyła się dopiero po wejściu Polski do UE. "Powstało szereg wysokoefektywnych gospodarstw towarowych, przedsiębiorstw mogących rywalizować w skali kraju czy świata oraz wzrosły dochody mieszkańców wsi" - mówi.

W jego ocenie jednak, poza mleczarstwem brakuje w Podlaskiem innych obszarów w gospodarce, z którymi region byłby kojarzony, a także bazy do przyszłego rozwoju. "Największymi pracodawcami są urzędy i uczelnie" - podkreśla Ciborowski.

Kołem zamachowym regionu miała być turystyka. Dotychczasowe wspieranie tego typu przedsięwzięć nie przekłada się jednak na wzrost liczby turystów. Mimo przyrodniczych atutów (m.in. cztery parki narodowe) Podlaskie przegrywa nawet w krajowej konkurencji. W strategii rozwoju województwa do 2020 r. przy turystyce mowa jest już jedynie o Kanale Augustowskim i Puszczy Białowieskiej.

Starosta hajnowski (na terenie tego powiatu leży Puszcza Białowieska) Włodzimierz Pietroczuk uważa, że za mało było wysiłku i pieniędzy na tworzenie markowych produktów turystycznych, które sprawiałyby, że turysta chciałby tu przyjechać i zostać dłużej. Uważa, że brak jest takich, zsynchronizowanych działań np. w skali południowo-wschodniej części regionu. "My nadal uważamy, że turystyka może być ważna w regionie. Trudno jednak zakładać, żeby 48 tys. osób (tylu mieszkańców ma powiat hajnowski - PAP) żyło tylko z turystyki" - dodał Pietroczuk.

25 lat temu obecne Podlaskie podzielone było między trzy województwa i w całości graniczyło z ZSRR. Po reformie administracyjnej w 1999 r. powstał region złożony z dawnego województwa białostockiego, prawie całego łomżyńskiego i większej części suwalskiego, graniczący z Litwą (od akcesji unijnej to granica wewnętrzna UE) i Białorusią (zewnętrzna granica unijna).

Integracja regionu nie postępuje równomiernie i już sama nazwa "Podlasie", używana czasem zamiennie z "Podlaskie", budzi zastrzeżenia np. w niektórych środowiskach z Suwalszczyzny. Z drugiej strony właśnie na północy regionu powstał w ramach reformy powiat sejneński, którego by nie było, gdyby nie skupiska mniejszości litewskiej. Łomża podkreśla, że bliższe związki ma z Mazowszem.

"Mam wrażenie, że Suwałki, ale też Łomża, w coraz większym stopniu czują się zespolone z pozostałą częścią województwa. Oczywiście, nie sposób w tak krótkim w skali makro, po kilkunastoletnim zaledwie czasie, zmienić sposobu widzenia niektórych społeczności, które wciąż odczuwają tęsknotę za niegdysiejszym, +wojewódzkim+ charakterem swojego miasta. Dziś jednak jeśli rozmawiamy o rozwoju, to każdy z tych subregionów pracuje po to, by rozwijać się jak najlepiej, jak najkorzystniej, w zgodzie i porozumieniu" - uważa marszałek województwa Jarosław Dworzański.

I przypomina, że w siedmiu ostatnich latach podlaskie firmy pozyskały z Regionalnego Programu Operacyjnego województwa 640 mln zł i realizują inwestycje warte prawie 1,7 mld zł. Pozwoliło to stworzyć 4,1 tys. nowych miejsc pracy.

Wobec braku spektakularnych inwestycji, w najbliższej przyszłości nadzieje na rozwój region wiąże m.in. z rozwojem technologii odnawialnych źródeł energii, inwestycjami dotyczącymi jakości życia oraz tzw. srebrną gospodarką czyli ofertą zdrowotną dla ludzi starszych.

<!-- pagebreak //-->

Zachodniopomorskie

- W minionych 25 latach na Pomorzu Zachodnim powstało wiele średnich i małych firm, ale bezrobocie wciąż jest wysokie. Mieszkańcy regionu uchodzą za bardziej tolerancyjnych niż reszta Polski, ale poziom zadowolenia z życia jest tu niższy od krajowej średniej.

Według prof. Marka Dutkowskiego, kierownika katedry badań miast i regionów Uniwersytetu Szczecińskiego, upadek PRL był szokiem rozwojowym dla Polski północno-zachodniej. W jednej prac naukowiec napisał, że "mimo udziału stoczniowców Szczecina w buncie robotniczym w 1970 r. oraz podpisania odrębnych Porozumień Szczecińskich, obszar ten nie należał i nie należy do bastionów obozu posierpniowego". Stosunkowo silne były i są wpływy Lewicy; to także tu powstała Samoobrona.

Według Dutkowskiego, na skalę trudności z restrukturyzacją regionalnej gospodarki wpłynęły przede wszystkim likwidacja Państwowych Gospodarstw Rolnych (PGR) oraz silne powiązanie przemysłu, m.in. stoczniowego, w ramach Rady Wzajemnej Pomocy Gospodarczej - organizacji koordynującej działania ekonomiczne państw bloku wschodniego.

Zdaniem prof. Jacka Knopka z Instytutu Polityki Społecznej i Polityki Międzynarodowej Politechniki Koszalińskiej, sytuacja była tym trudniejsza, że do planowanej na okres 4-6 lat systemowej przemiany doszło w ciągu zaledwie kilku-kilkunastu miesięcy. PGR-y w regionie zachodniopomorskim gospodarowały na ponad 50 proc. gruntów rolnych i zatrudniały średnio 13,5 osoby na jeden hektar. Szybka likwidacja tych gospodarstw była dla wsi szokiem.

"Jej skutki odczuwane są do dziś" - uważa Jerzy Madej, koszaliński senator trzech pierwszych kadencji, a w latach 1997-2001 poseł Unii Wolności.

Artur Balazs, przed 25 laty poseł Obywatelskiego Klubu Parlamentarnego, wskazał, że z czasem miejsce państwowego rolnictwa zajęły duże, wydajne gospodarstwa, które mogą konkurować z rolnikami z krajów UE. Przyznał jednak, że istotna część ludzi zatrudnionych w PGR-ach nie znalazła miejsca w nowej rzeczywistości. "Ta grupa miała kiedyś poczucie bezpieczeństwa, a dziś jest zupełnie bezradna. Państwo nic nie zrobiło, by dać im drugą szansę, dokształcić, zmienić mentalność" - powiedział PAP Balazs.

Podobnie było z przemysłem. Na Zachodnim Pomorzu nastąpiła likwidacja dużych, państwowych niegdyś przedsiębiorstw, które okazały się nierentowne. "Nikt dziś nie pamięta Huty Szczecin, Papierni Skolwin, zakładów odzieżowych Dana i Odra, fabryki włókien sztucznych Wiskord" - wyliczył Jacek Piechota, w latach 1985-2007 poseł lewicy ze Szczecina, minister gospodarki w rządach Leszka Millera i Marka Belki.

Z rynku zniknęła również Stocznia Szczecińska, upadło Przedsiębiorstwo Połowów Dalekomorskich i Usług Rybackich Odra w Świnoujściu. Miejsce dawnych molochów zajęły małe i średnie firmy, które - co podkreślił Piechota - "często mają imponujące wyniki na światowych rynkach". Do takich przedsiębiorstw należy np. działająca w Koszalinie Fabryka Flag Linea, czołowy w Europie producent flag, banerów i systemów wystawienniczych.

Uznaną od dawna marką wciąż jest Polska Żegluga Morska - jeden z największych w Europie armatorów eksploatujących masowce. Nieźle radzi sobie port Szczecin-Świnoujście. Za 2,7 mld budowany jest gazoport, czyli terminal LNG, do odbioru i regazyfikacji przywożonego statkami skroplonego gazu ziemnego. W Koszalinie ulokowali się potentaci w przetwórstwie rybnym ze Skandynawii: Espersen, gdzie m.in. powstają hamburgery dla sieci restauracji McDonald's, oraz Royal Greenland, który zainwestował tu 160 mln zł.

Z danych Głównego Urzędu Statystycznego wynika, że w 2012 r. Zachodniopomorskie było na drugim miejscu w kraju pod względem liczby firm przypadających na 10 tys. mieszkańców. Mimo to problemem regionu wciąż jest bezrobocie, które w marcu br. - jak podał GUS - wynosiło 17,9 proc., wobec 13,5 proc. średnio w Polsce.

Taki obraz społeczno-gospodarczy Zachodniego Pomorza to po części odbicie postawy życiowej mieszkańców regionu, których w świetle badań można określić jako niespecjalnie zaangażowanych społecznie indywidualistów.

Z publikacji GUS "Jakość życia, kapitał społeczny, ubóstwo i wykluczenie społeczne w Polsce" wynika, że tylko 22 proc. mieszkańców Zachodniego Pomorza aktywnie uczestniczy w różnego rodzaju stowarzyszeniach. Był to jeden z najniższych wyników w kraju. Te same badania pokazują, że jedynie 69 proc. ankietowanych ma poczucie związku z sąsiadami. Ogólnopolska średnia to 79 proc.. Zadowolonych z życia w regionie jest 68 proc. mieszkańców, podczas gdy średnia w kraju to 74 proc.

Frekwencja wyborcza na Zachodnim Pomorza należy do najniższych w Polsce. Politolog z Uniwersytetu Szczecińskiego dr hab. Krzysztof Kowalczyk tłumaczy to brakiem zainteresowania sferą polityki w regionie. Jego zdaniem brak identyfikacji ludzi z lokalną wspólnotą negatywnie wpływa na kondycję lokalnej demokracji.

Kowalczyk dodał, że negatywnym aspektem przemian jest też niski poziom samoorganizacji społeczeństwa. "Organizacje samorządowe funkcjonują w dużych miastach regionu, gorzej jest w małych miasteczkach i wsiach. A im bardziej ludzie potrafią się samoorganizować, tym trudniej nimi manipulować" - podkreślił politolog.

Indywidualizm przekłada się, według Kowalczyka, na nie zawsze zadowalającą współpracę regionalnych elit naukowych, kulturalnych i politycznych, a także nie zawsze skuteczny lobbing na rzecz Pomorza Zachodniego w Warszawie.

Taka postawa ma również przełożenie na ekonomiczne nierówności, które - jak zauważa socjolog z Uniwersytetu Szczecińskiego dr Maciej Kowalewski - są coraz słabiej równoważone przez mechanizmy edukacji i kultury. "Bogatsi posyłają dzieci do lepszych szkół, przeprowadzają się do lepszych dzielnic. Sytuacja dość powszechna trzydzieści lat temu, kiedy w jednej szkole uczyły się dzieci z +lepszych+ i +gorszych+ rodzin, dziś będzie występować coraz rzadziej" - powiedział PAP Kowalewski.

Indywidualne strategie życia mają też i pozytywną stronę. Jak podkreślił dr Kowalczyk, w świetle badań, mieszkańców Zachodniego Pomorza cechuje większa otwartość, tolerancyjność, mniej postaw zaściankowych i ksenofobicznych w porównaniu z resztą kraju. Zdaniem politologa sprzyja temu położenie regionu, który - w konsekwencji uzyskania przez Polskę wolności, wejścia do UE oraz strefy Schengen - jest bardziej otwarty ma współpracę transgraniczną.

Indywidualizm przekłada się też na intelektualny i kulturalny potencjał stolicy regionu - Szczecina. "Duże osiągnięcia w wymiarze europejskim w zakresie genetyki ma prof. Jan Lubiński. Również w dziedzinie literatury pisarka Inga Iwasiów funkcjonuje w układzie ogólnopolskim. Region ma jedne z lepszych w kraju licea - XIII w Szczecinie i +jedynkę+ w Koszalinie" - wskazał dr Kowalczyk.

W ocenie b. parlamentarzystów, wybranych 4 czerwca 1989 r. na terenie Zachodniego Pomorza, minione ćwierćwiecze, mimo różnych mankamentów, przyniosło więcej zjawisk pozytywnych niż minusów.

"Mamy demokratyczny system, wolność polityczną. Nastąpił rozwój gospodarczy, powstał autentyczny samorząd. Zmiany były ogromne. Dlatego z niepokojem patrzę, jak deprecjonuje się wagę 4 czerwca 1989 przy każdej kolejnej rocznicy. Jestem natomiast zawiedziony realizacją niektórych pomysłów, choć ogólne zasady zostały dobrze stworzone" - powiedział PAP b. senator Jerzy Madej.

"W wielu obszarach osiągnęliśmy znacznie lepszą sytuację" - ocenił Jacek Piechota. "Mam wielką osobistą satysfakcję, choć minione 25 lat pokazało, że idea państwa solidarnego jest praktycznie niemożliwa do zrealizowania" - podsumował Artur Balazs.

<!-- pagebreak //-->

Podkarpackie

- Na Podkarpaciu żyje się najdłużej i najbezpieczniej w kraju, a mimo to w ciągu ostatnich 25 lat w poszukiwaniu pracy wyjechało stąd ok. 200 tys. osób. Region skupia 90 proc. polskiego przemysłu lotniczego, a jednocześnie ma najniższe w kraju PKB.

Zdaniem ekonomisty i rektora Wyższej Szkoły Zarządzania w Rzeszowie Krzysztofa Kaszuby, duża emigracja zarobkowa i bezrobocie - na Podkarpaciu i w całej Polsce - to porażka wszystkich rządzących krajem ekip.

Podobną opinię ma były działacz opozycji solidarnościowej, a w wolnej Polsce m.in. wicewojewoda krośnieński, wojewoda przemyski oraz wiceminister finansów, Adam Pęzioł, który wskazuje, że emigracja zarobkowa w regionie "powinna przerażać wszystkich". "To już nie jest niepokojące, ale dramatyczne zjawisko" - ocenił.

Region doświadczył już masowej emigracji w pierwszej połowie XX wieku - w latach 1927-38 za pracą na stałe lub czasowo wyjechało stąd ponad 150 tys. osób. Emigracja zarobkowa istniała także w czasach PRL, była jednak nieznaczna. Zatrudnienie dla dużej części mieszkańców dawały stworzone pod koniec lat 30. ubiegłego wieku fabryki Centralnego Okręgu Przemysłowego - tak było również na początku ustrojowej transformacji po 1989 r. W połowie lat 90. emigracja znów przybrała na sile, urastając do skali porównywalnej z okresem międzywojennym. Kierunki wyjazdów to USA i kraje UE.

Ćwierć wieku temu obszar dzisiejszego woj. podkarpackiego w całości lub w części zajmowało pięć województw: krośnieńskie, przemyskie, rzeszowskie, tarnobrzeskie i tarnowskie. Nazwy Podkarpacie używano jedynie w odniesieniu do ówczesnego woj. krośnieńskiego. Małe województwa raczej nie były ze sobą związane; łączył je przede wszystkim ośrodek akademicki w Rzeszowie, regionalna rozgłośnia radiowa, oddział telewizji czy czytany w całym regionie dziennik "Nowiny".

Woj. podkarpackie w obecnej formie jest efektem reformy administracyjnej 1999 r. Pierwotnie mówiono o Małopolsce Wschodniej lub woj. rzeszowskim; nazwę Podkarpackie przeforsował ówczesny wicemarszałek Sejmu Stanisław Zając z Jasła. Nie wszyscy byli z niej zadowoleni - dotyczyło to m.in. mieszkańców Rzeszowa, Mielca, Tarnobrzegu czy Stalowej Woli.

Województwo tworzy 21 powiatów i cztery miasta na prawach powiatu. W jego skład weszło 16 gmin miejskich, 34 miejsko-wiejskie oraz 110 wiejskich. Pęzioł przyznaje, że obawiał się o trwałość regionu. Tendencje odśrodkowe widział m.in. w słabych związkach poszczególnych miast i części województwa z jego stolicą. "Po 15 latach udało się jednak stworzyć w miarę spójny organizm" - podkreśla.

Ważnym dla regionu wydarzeniem było utworzenie w 2001 r. Uniwersytetu Rzeszowskiego. Powstał z połączenia Wyższej Szkoły Pedagogicznej, filii Uniwersytetu Marii Curie-Skłodowskiej oraz Zamiejscowego Wydziału Ekonomii Akademii Rolniczej w Krakowie. Aktualnie jest największą uczelnią na Podkarpaciu.

Równolegle powołano do życia wiele państwowych wyższych szkół zawodowych, m.in. w Jarosławiu, Krośnie, Sanoku, Przemyślu i Tarnobrzegu. Powstały też uczelnie niepubliczne. Te, które przetrwały, jak np. Wyższa Szkoła Informatyki i Zarządzania w Rzeszowie czy Wyższa Szkoła Prawa i Administracji Rzeszów-Przemyśl, rozwijają się, wprowadzają nowe kierunki studiów, rozbudowują infrastrukturę.

"Efekty zmian w szkolnictwie wyższym możemy zobaczyć nie tylko na uczelniach. Dzięki tej transformacji Rzeszów stał się ważnym ośrodkiem akademickim, a stolica Podkarpacia tętni życiem" - zauważył rektor UR prof. Aleksander Bobko.

Zmiany dotyczyły także gospodarki. Zdaniem Kaszuby, pod względem gospodarczym Podkarpacie w ostatnich 25 latach wykorzystało swoją szansę. "Pojawiły się nowe prężne firmy, które swoimi produktami podbijają nie tylko polski rynek, ale również świat" - podkreślił. Jako przykład podał producenta farb firmę Śnieżka spod Dębicy i jednego z największych producentów mebli w Europie - grupę Nowy Styl z Krosna. "Jest też rzeszowskie Assecco, która z lokalnego przedsiębiorstwa stała się czołową firmą z sektora IT w Europie" - dodał Kaszuba.

Od początku transformacji stopa bezrobocia na Podkarpaciu jest z reguły wyższa niż średnia dla całego kraju. Problem bezrobocia nasilił się w regionie już niedługo po 1989 r. Szczególnie narażone na to zjawisko były te powiaty i miasta, gdzie istniał jeden duży zakład, zatrudniający większość mieszkańców. Tak było np. w Mielcu, gdzie kilkanaście tysięcy osób pracowało w zakładach lotniczych WSK Mielec. Aby zapobiec katastrofie, jaką byłby ich upadek, rząd powołał w tym mieście w 1995 r. pierwszą w Polsce specjalną strefę ekonomiczną.

Jak duży wpływ na Mielec miała i nadal ma SSE, pokazują dane Wojewódzkiego Urzędu Pracy w Rzeszowie. Wynika z nich, że stopa bezrobocia w chwili powstania strefy w Mielcu w 1995 r. wynosiła 20 proc. Po trzech latach istnienia SSE wskaźnik ten spadł do 12 proc. Od tego czasu stopa bezrobocia w powiecie mieleckim zawsze jest niższa niż w innych częściach regionu.

W regionie były też firmy, które w nowej rzeczywistości radziły sobie znakomicie. Krośnieńskie Huty Szkła "Krosno" były jedną z pięciu spółek notowanych na pierwszej sesji warszawskiej Giełdy Papierów Wartościowych w 1991 r. Wprawdzie od 2009 r. spółka jest w stanie upadłości, jednak wciąż pracuje w niej ponad 2 tys. osób.

Sukcesem regionu jest klaster Dolina Lotnicza, który skupia ponad 100 firm z sektora lotniczego. Na Podkarpaciu wytwarza się ok. 90 proc. polskiej produkcji lotniczej. Wśród najważniejszych firm działających w klastrze jest PZL Mielec, gdzie produkowane są helikoptery Black Hawk.

W woj. podkarpackim mieszka ponad 2,1 mln osób - nieznacznie więcej niż na tym terenie w 1995 r. Mężczyźni żyją tu średnio ponad 74 lata, a kobiety ponad 82 lata - dłużej niż średnio w Polsce. Statystyki wskazują, że region należy do nielicznych w kraju, gdzie od początku transformacji notuje się dodatni przyrost naturalny. Te same badania pokazują jednak, że region plasuje się na jednym z ostatnich miejsc pod względem wysokości średniego wynagrodzenia i wielkości PKB na mieszkańca.

<!-- pagebreak //-->

Świętokrzyskie

- Zmierzch przemysłu, rozwój usług i branży turystycznej oraz coraz nowocześniejsze rolnictwo - Kielecczyzna po 25 latach nie jest tym samym regionem co u schyłku PRL. 15 lat temu z trudem obroniła się na mapie administracyjnej. Dziś musi się bronić przed wyludnianiem.

W 1989 r. gminy wchodzące w skład obecnego województwa świętokrzyskiego leżały na terenie pięciu z 49 ówczesnych województw. Najwięcej w woj. kieleckim. Cała wschodnia część regionu należała do woj. tarnobrzeskiego. Zachodnie fragmenty podlegały administracyjnie pod woj. częstochowskie i piotrkowskie, a najbardziej na północ wysunięta gmina Gowarczów była częścią woj. radomskiego.

Według politologa i socjologa, rektora Wyższej Szkoły Administracji Publicznej w Kielcach dr Janiny Kowalik, w ciągu 25 lat Kielecczyzna zasadniczo zmieniła swoje oblicze, ale punkt startowy miała dużo gorszy niż inne regiony w Polsce.

"Zmiany są nieporównywalne. Region środkowowschodni był po okresie socjalizmu zapóźniony. Nie udało się nadrobić w pełni tych zapóźnień, ale trzeba przyznać, że to co było kiedyś, a to co obserwujemy w tej chwili, dzieli cywilizacyjna przepaść" - oceniła.

Problem w tym, że pozytywne zmiany nie w każdej dziedzinie zachodziły równomiernie. Nie obyło się też bez poważnych "skutków ubocznych" przemian.

"Przekształcenia własnościowe przedsiębiorstw państwowych kończyły się w znakomitej większości likwidacją i pojawieniem się całych rzesz ludzi bezrobotnych. Przemysł ciężki i przedsiębiorstwa funkcjonujące na rzecz budownictwa przestały istnieć. To stanowiło poważną barierę rozwojową. Cofnęliśmy się o wiele lat. Nasz punkt startowy na początku transformacji został cofnięty niemal do zera, a to przy braku wyrazistych czynników gospodarczych, opóźnia rozwój regionu" - zauważyła dr Kowalik.

Wysoką cenę zmian zapłaciły trzy miasta położone wzdłuż północnej granicy regionu: Skarżysko-Kamienna, Starachowice oraz Ostrowiec Świętokrzyski. 25 lat temu stanowiły kluczowe ośrodki przemysłu ciężkiego. Dziś po wielu zakładach pozostało jedynie wspomnienie, a luki całkowicie nie wypełniły firmy działające w powstałej w 1997 r. starachowickiej Specjalnej Strefie Ekonomicznej.

Dr Kowalik zwraca uwagę, że przez minione 25 lat "tego wszystkiego nie udało się odbudować"; pozostał problem bezrobocia. Socjolog zwróciła uwagę, że odsetek bezrobotnych (najwyższy w północnych powiatach regionu - ponad 20 proc.) byłby jeszcze wyższy gdyby nie to, że wiele osób, głównie młodych, w poszukiwaniu zatrudnienia opuściło województwo.

Skarżysko, Ostrowiec i Starachowice w ciągu dwóch dekad straciły łącznie ok. 15 tys. mieszkańców - to więcej niż liczą niektóre miasta powiatowe w regionie. Ta tendencja dotyczy całego regionu. Według socjologów, jest ona trwała i nieprędko uda się ją zmienić.

Negatywne efekty przemian widoczne były nie tylko w dużych ośrodkach przemysłowych. Zamknięto część firm powiązanych z rolnictwem, działających jeszcze w 1989 r. - np. we Włostowie k. Opatowa w ruinę popadają budynki cukrowni z początku XX stulecia, która przestała działać w 2003 r.

Z drugiej strony nie brakuje przypadków udanych przekształceń. Czasem wystarczyła zmiana profilu działalności - Okręgowa Spółdzielnia Mleczarska w Opatowie, także o ponadstuletniej historii, nie produkuje i nie sprzedaje już nabiału, za to jej mleczne krówki opatowskie, są cenione w Polsce i za granicą.

Dobrze w warunkach gospodarki rynkowej odnaleźli się zarządzający Gminną Spółdzielnią Samopomoc Chłopska w Staszowie. Po 1990 r. zlikwidowali nierentowną wytwórnię wód gazowanych i młyny. Obecnie z powodzeniem prowadzą w powiecie sieć sklepów; zakład produkuje także wyroby piekarnicze i cukiernicze.

To właśnie powiat staszowski jest dowodem na to, że nie w każdym przypadku, transformacja była "podróżą w jedną stronę". Największymi pracodawcami pozostają tam powstałe w PRL kopalnie i zakłady chemiczne Siarkopol w Grzybowie (dziś w Grupie Azoty) oraz elektrownia w Połańcu (należąca do francuskiej grupy GDF Suez Energia). W tych firmach oraz przedsiębiorstwach powstałych na ich bazie w wyniku przekształceń pracuje ok. 3,5 tys osób.

Starosta staszowski Andrzej Kruzel podkreślił w rozmowie z PAP, że oba zakłady ukształtowały charakter dzisiejszego powiatu. "Część rolników stała się robotnikami, przyjechała też wyspecjalizowana kadra z zewnątrz. Wiele z tych osób po 1989 r. założyło własną działalność gospodarczą i są aktywne w tym zakresie do dziś" - uważa starosta.

Z kolei w samych Kielcach, jak nigdzie indziej w regionie, widać przesunięcie punktu ciężkości z przemysłu w kierunku usług. Symbolem nowego biznesu mogą być powstałe w 1992 r. Targi Kielce, które są w pierwszej trójce tego typu ośrodków w Europie Środkowo-Wschodniej.

Dużo pozytywnych zmian widocznych jest w rolnictwie na południu i wschodzie regionu. Pomimo trudności, widocznych szczególnie w latach 90., kolejna dekada przyniosła przełom. Według dr. Janusza Suszyny ze Świętokrzyskiej Izby Rolniczej, na tutejszej wsi w ciągu ostatnich 25 lat zmieniło się niemal wszystko - począwszy od mentalności mieszkańców, poprzez ich wykształcenie, wiedzę na temat technologii upraw, technikę rolniczą, zmianę w strukturze zasiewów, aż po wiejską infrastrukturę.

"Zwiększyła się powierzchnia gospodarstw, ale jednocześnie zmniejszyła się ich liczba. Ziemia jest coraz rzadziej tradycyjnie przekazywana z ojca, na syna, a częściej sprzedawana na zasadach rynkowych. To nie są już gospodarstwa, gdzie było wszystko - i marchewka, i kura, i koń, i krówka. Jest bardzo duża specjalizacja produkcji rolnej" - wyliczał Suszyna.

Podkreślił, że rolnicy coraz częściej zrzeszają się w grupach producenckich. Dotyczy to m.in. sadowników spod Sandomierza, którzy zainwestowali w nowoczesne sortownie, przechowalnie owoców i linie produkcyjne np. do wytwarzania soków.

Niewątpliwym sukcesem ostatnich 25 lat jest turystyczny boom, którego katalizatorem był przede wszystkim okres po wstąpieniu Polski do Unii Europejskiej.

Ćwierć wieku temu, model świętokrzyskiej turystyki można było sprowadzić głównie do jednodniowych szkolnych wycieczek i obozów harcerskich u podnóża Radostowej. Dziś Świętokrzyskie z powodzeniem promuje się jako turystyczna marka.

Jak wynika z danych GUS, w 2013 r. turyści wykupili w regionie ponad 1,3 mln noclegów - to więcej niż liczba wszystkich mieszkańców województwa. Według innych statystyk, łącznie z turystami jednodniowymi region odwiedziło w zeszłym roku co najmniej 3,5 mln turystów.

"Jeszcze w 2003 r. na terenie woj. świętokrzyskiego działalność prowadziło 28 hoteli dysponujących 2,4 tys. miejscami noclegowymi. Dziś jest ich 100, a turyści mogą skorzystać z ponad 6,5 tys. miejsc noclegowych" - powiedział PAP dyrektor departamentu odpowiedzialnego m.in. za turystykę w urzędzie marszałkowskim w Kielcach, Jacek Kowalczyk.

Hotele są odpowiedzią na budowaną w ciągu ostatnich kilkunastu lat ofertę gotowych produktów turystycznych - m.in. stoków narciarskich, parku jurajskiego w Bałtowie, oferty "Wellness&Spa" w okolicach Buska-Zdroju czy coraz lepiej przygotowanych do obsługi ruchu turystycznego zabytków i szlaków. Na turystykę postawił także samorząd zabytkowego, malowniczo położonego Sandomierza.

Zdaniem dr Kowalik najpoważniejszą "nieodrobioną lekcją" ostatniego ćwierćwiecza jest dostępność komunikacyjna regionu. "Świętokrzyskie jest nadal województwem +off road+ poza istotnymi trasami oraz komunikacją lotniczą. To efekt starych planów z lat 80., których w zasadzie nie zweryfikowano do nowej rzeczywistości. To jest dostrzegalne mimo poważnej poprawy istniejącej infrastruktury. Myślę, że ten fakt będzie rzutował na rozwój regionu w kolejnych latach" - powiedziała.

Rzeczywiście, przez województwo nie przebiega (i według planów na najbliższe dziesięciolecia nie będzie przebiegała) żadna autostrada. Udało się jednak z pomocą środków unijnych wyremontować krajową siódemkę łączącą Pomorze i Stolicę z Krakowem i Słowacją; na odcinku od Skarżyska do południowych obrzeży Kielc jest ona już trasą ekspresową. Fiaskiem jak na razie kończą się plany budowy portu lotniczego w Obicach, o który szczególne starania prowadzą władze Kielc.

Za historyczny sukces Kielecczyzny miejscowe środowiska uważają "obronę województwa" w 1998 r. Region, który miał zniknąć z mapy administracyjnej, utrzymał się m.in. dzięki ogromnej determinacji mieszkańców, czujących wspólnotę interesów i niechcących pozostawać na peryferiach dużego województwa małopolskiego.

Pierwszy wojewoda świętokrzyski, a obecnie prezydent Kielc Wojciech Lubawski, przyznał w kwietniu w rozmowie z PAP, że utworzenie województwa dało ogromny impuls rozwojowy m.in. dla stolicy regionu. "Wystarczy popatrzeć na Częstochowę czy Radom i porównać je z tym jak rozwijają się Kielce" - podkreślił.

Drugim impulsem rozwojowym było wejście Polski do UE, a także włączenie województwa do makroregionu Polski Wschodniej, co pozwoliło na dodatkowe inwestycje, m. in. będącą na ukończeniu budowę mostu na Wiśle w Połańcu.

<!-- pagebreak //-->

Wielkopolskie

- Po 25 latach przemian Wielkopolska jest regionem dobrze wykorzystującym unijne środki i dobrze skomunikowanym z Europą - oceniają samorządowcy. Problemem jest nierównomierny rozwój regionu; mieszkańcy nie czują się też związani z nowym, dużym województwem.

Zadaniem marszałka województwa Marka Woźniaka wiele wielkopolskich gmin potrafiło wykorzystać szansę związaną z przemianami, zaś w regionie nie ma ewidentnie zapóźnionych obszarów. W jego opinii, symbolem 25 lat przemian w regionie mogłaby być przebiegająca przez Wielkopolskę autostrada łącząca województwo z zachodnią granicą.

"To widoczny znak dołączenia Polski do rozwiniętych, europejskich krajów. Żałuję, że tak długo czekaliśmy na tę autostradę, że była przerwa w jej realizacji; ale ostatecznie połączyła ona region z siecią dróg europejskich" - powiedział.

Silnym impulsem prorozwojowym była, w opinii marszałka, reforma administracyjna z 1999 r., scalająca w jeden organizm kilka wielkopolskich województw. Równie istotnym czynnikiem było wejście Polski do Unii Europejskiej i związane z tym unijne fundusze.

"W ciągu minionych 25 lat szczególnie istotny dla Wielkopolski był rozwój autentycznej samorządności. Dzięki niej wiele osób zdało sobie sprawę, że ma wpływ na rzeczywistość w swoim bezpośrednim otoczeniu. Są gminy, są samorządy, które bardzo dobrze skorzystały z szansy samodzielnego budowania swojej przyszłości i dzisiaj mają dobrą sytuację finansową oraz rozwojową" - powiedział Woźniak.

Jako sztandarowy przykład dobrze wykorzystanych szans wskazał podpoznańską gminę Tarnowo Podgórne. W 1992 r. lokalne władze zdecydowały o przeznaczeniu pod inwestycje 350 ha gruntów wzdłuż drogi 92 wiodącej z Poznania w kierunku zachodniej granicy Polski.

Zaowocowało to dynamicznym wzrostem inwestycji, także zagranicznych. W 1995 r. w gminie działało 70 spółek z udziałem kapitału zagranicznego, w 2007 r. już 221. Rok później łącznie zatrudniały one 12,5 tys. osób. W ciągu dwóch dekad firmy z kapitałem zagranicznym zainwestowały w gminie ponad 500 mln dolarów. Obecnie swoje centrum buduje w Tarnowie Podgórnym koncern Amazon.

Jak mówi wieloletni wójt gminy, dziś poseł, Waldy Dzikowski, napływ zagranicznego kapitału całkowicie odmienił obraz Tarnowa Podgórnego, miał też wpływ na dynamiczny rozwój lokalnych przedsiębiorstw. "Gdy startowaliśmy, w gminie nie było kanalizacji, wodociągów, mieliśmy dzikie wysypiska śmieci - tragedia. Dziś, jeśli chodzi o gminne inwestycje, stawiana jest kropka nad i - powstają drogi rowerowe" - powiedział.

Miejscowością o najniższej w Wielkopolsce zamożności jest gmina Chocz. Dochody z podatków na głowę mieszkańca szacowane są w niej na 513 zł, siedmiokrotnie mniej niż w Tarnowie Podgórnym. Wójt Marian Wielgosik mówi jednak, że przy rocznym budżecie ok. 12-13 mln zł gminie udało się pozyskać z UE w sumie ok. 11 mln zł.

Jak podkreślił, gmina Chocz skorzystała nie tylko na środkach unijnych, ale i na reformie administracyjnej. "Przed transformacją, jako gmina na skraju województwa kaliskiego, czuliśmy się niedoinwestowani. Ostatnie kilkanaście lat to okres rozkwitu mojej gminy. Poprawiliśmy infrastrukturę drogową, kulturalną, sportową, pomogliśmy oświacie" - powiedział.

Przeprowadzona w 1999 r. reforma administracyjna scaliła w jeden organizm województwa: poznańskie, konińskie, pilskie, leszczyńskie i kaliskie, wraz z pojedynczymi gminami b. województw zielonogórskiego, gorzowskiego i bydgoskiego.

W opinii dr. Pawła Antkowiaka z Zakładu Badań Władzy Lokalnej i Samorządu Wydziału Nauk Politycznych i Dziennikarstwa Uniwersytetu Adama Mickiewicza w Poznaniu, dzięki reformie administracyjnej powstał duży, silny gospodarczo region, jednak likwidacja małych województw była ciosem szczególnie dla byłych miast wojewódzkich.

"Pozycja tych miast gwałtownie spadła, zlikwidowane zostały znajdujące się w nich różne instytucje. Ze społecznego punktu widzenia było to postrzegane jako zamach na lokalną społeczność. W Wielkopolsce trudno jednak stwierdzić, by skutkiem reformy była szczególna degradacja infrastruktury np. obiektów użyteczności publicznej. Ponadto rok 2004, chwila wejścia Polski do UE, był dla całego regionu silnym impulsem prorozwojowym" - powiedział dr Antkowiak.

W ocenia marszałka Woźniaka reforma administracyjna i związana z nią przebudowa struktury województw była ważna także z perspektywy obecnego wydatkowania funduszy unijnych. Powstały struktury mogące samodzielnie, z poziomu regionalnego, wydatkować środki z UE.

Marszałek zastrzegł jednak, że wyrównanie poziomu rozwoju całego regionu, poprzez doganianie mocniejszych gmin przez słabsze, jest bardzo trudne - nawet z wykorzystaniem unijnych pieniędzy. Stąd - jak powiedział Woźniak - celem powinno być osiągnięcie w całej Wielkopolsce pewnego minimalnego standardu rozwoju.

"By nie było obszarów, które odstawałyby od pewnego poziomu: można się stamtąd przemieścić do centrów cywilizacyjnych, można tam znaleźć pracę a warunki życia i standard usług są zadowalające. Pod tym względem już teraz Wielkopolska jest w dobrej sytuacji - nie ma u nas obszarów, które się wyludniają" - wyjaśnił marszałek.

Dr Paweł Antkowiak zauważył, że choć Poznań pozostaje centrum rozwojowym regionu i tworzy aglomerację, podobne zjawiska, chociaż w mniejszej skali, zachodzą także w innych dużych wielkopolskich miastach, jak Konin czy Kalisz.

"W nowej unijnej perspektywie finansowej znalazły się pieniądze na wspieranie oddolnych inicjatyw samoorganizacji jednostek samorządowych. Środki te mają pomóc zrównoważyć ciążenie w kierunku wielkiej metropolii, jaką jest Poznań" - powiedział politolog.

Jednak proces tworzenia w miarę jednolitej wspólnoty Wielkopolan - mimo, że wspólny region ma już 15 lat - wciąż nie jest zakończony. W opinii dr. Antkowiaka, może on potrwać nawet kilkanaście najbliższych lat.

<!-- pagebreak //-->

Pomorskie

- W 1989 r. siłą napędową Pomorza były stocznie, porty oraz turystyka - zwłaszcza ta nadmorska. Po 25 latach są to nadal największe atuty regionu, zmienił się jednak format firm w tych branżach - miejsce państwowych zajęły prywatne; i radzą sobie coraz lepiej.

Dyrektor Departamentu Rozwoju Gospodarczego Urzędu Marszałkowskiego Woj. Pomorskiego Włodzimierz Szordykowski nie ma wątpliwości, że w stoczniach i portach Trójmiasta zaszły radykalne zmiany. Tłumaczy, że stocznie produkujące przed 1989 r. statki głównie dla Związku Radzieckiego i krajów bloku socjalistycznego po przemianach straciły te rynki, a na nowych część z nich nie potrafiła się odnaleźć. Dużą stocznię w Gdyni w 2009 r. zlikwidowano; ta w Gdańsku w 2007 r. została sprywatyzowana, ale od ponad roku ma problemy z płynnością finansową.

Specjaliści podkreślają jednak, że w Trójmieście przemysł stoczniowy odbudowuje się. Powstało wiele stoczni mniejszych, prywatnych, wysokospecjalistycznych (Crist, Remontowa Shipbuilding), które z powodzeniem konkurują na rynkach międzynarodowych.

"Wcześniej stocznie budowały ogromne, mało skomplikowane technicznie i nieopłacalne jednostki. Teraz prywatne firmy muszą utrzymać się na rynku - i to na rynku europejskim czy światowym. To zmusza je do szukania nowych, niszowych produktów, szkoleń pracowników itp." - mówi dyrektor Forum Okrętowego Jerzy Czuczman.

Prezes Remontowa Holding SA Piotr Soyka zauważa, że spółki należące do tej grupy kapitałowej zajęły się np. budową specjalistycznych statków do obsługi sektora wydobywczego ropy i gazu, okrętów wojennych czy przebudową wież wiertniczych dla największych armatorów świata.

Przed 1998 r. tylko w jednej - gdańskiej stoczni pracowało ok. 20 tys. osób. Obecnie cały pomorski przemysł okrętowy zatrudnia ok. 30 tys. pracowników. Specjaliści wyjaśniają jednak, że spadek zatrudnienia wynika ze wzrostu wydajności i postępu technologicznego. "Kiedyś potrzeba było przynajmniej sto kilkadziesiąt roboczogodzin na tonę przerobionej stali, obecnie tylko ok. 30" - wskazał Czuczman.

Minione 25 lat to także spektakularny rozwój portów w Gdańsku i w Gdyni, wpływający na sytuację w całym regionie. W ocenie ekspertów każde miejsce pracy w porcie kreuje kilka dalszych poza nim. W 2012 r. w polskich portach przeładowano towary o łącznej wartości ponad 378 mld zł. Dla porównania - w tym samym roku dochody państwa wyniosły 287,6 mld zł. Towary o największej wartości - 159 mld zł, przeładowano w porcie w Gdańsku, w portach Szczecin-Świnoujście - ponad 127 mld zł a w Gdyni - 93,4 mld zł.

W gdańskim porcie w 1990 r. przeładowano 18 mln ton ładunków, a w 2013 r. - już 30,2 mln ton. W 1990 r. port nie odbierał kontenerów, a w ubiegłym roku dotarło tu prawie 1,2 mln TEU (TEU - pojemność standardowego kontenera - PAP). Ładunki w kontenerach zaczęły przypływać do Gdańska w 1995 r.; było ich wtedy ok. 3 tys. TEU. Z kolei port w Gdyni w okresie przełomu w latach 1989-92 przeładowywał od 6,3 do 10 mln ton, podczas gdy w ostatnich latach - od 15,8 do 17,6 mln ton.

W minionych latach tylko w porcie w Gdańsku intensywnie zagospodarowano ponad 116 ha. Powstały m.in. głębokowodny terminal kontenerowy DCT i Terminal Suchych Ładunków Masowych, rozbudowane zostały Naftoport i Baza Paliw Płynnych.

Janusz Kasprowicz z portu w Gdańsku przypomniał, że przed 1989 r. na polską gospodarkę wpływ miała Rada Wzajemnej Pomocy Gospodarczej z centralą w Moskwie. Jak powiedział, w ramach wspólnotowego podziału pracy morski port w Gdańsku służyć miał eksportowi polskiego węgla i siarki oraz rosyjskiej ropy naftowej. "W roku otwarcia na świat, polski węgiel i siarka okazały się bardzo niekonkurencyjne na światowych rynkach zbytu, a ropę naftową Rosja zaczęła eksportować przez własne porty" - dodał.

Zdaniem Kasprowicza pomimo początkowych trudności wolny rynek okazał się dla gdańskiego portu rynkiem uzdrawiającym a zagraniczni inwestorzy docenili jego doskonałą lokalizację. W jego opinii podjęte w minionych 25 latach przedsięwzięcia przywróciły Gdańskowi znaczenie oceanicznego portu dla całej Europy Środkowej i Wschodniej. Obecnie port pełni rolę bałtyckiego hubu - transportowego węzła morskiego. Szacunki mówią, że w porcie w Gdańsku i firmach z nim związanych pracuje ok. 40 tys. mieszkańców Pomorskiego.

Spadające zasoby ryb i związane z tym unijne regulacje sprawiły, że - w przeciwieństwie do stoczni i portów - gorzej niż przed 25 laty ma się rybołówstwo. W tym czasie polska flota rybacka skurczyła się z ponad 1,3 tys. do niemal 800 jednostek. Z kolei flota dalekomorska w 2012 r. dysponowała zaledwie trzema statkami, wobec 77 w 1990 r. Gdyński Dalmor, niegdyś wiodąca firma na rynku połów dalekomorskich, dysponująca 70 statkami, dziś z rybołówstwem nie ma nic wspólnego - zajmuje się nieruchomościami.

Znacznie zmniejszyły się też połowy. W 1990 r. polscy rybacy złowili 430 tys. ton ryb i bezkręgowców morskich, w 2012 - 180 tys. ton. Jednak zdaniem dr. Zbigniewa Karnickiego z Morskiego Instytutu Rybackiego w Gdyni, nie można mówić o upadku rybołówstwa. "Nasza flota zmodernizowała się i nie odstaje od innych flot bałtyckich. Po wejściu Polski do UE bardzo rozwinął się sektor przetwórstwa ryb, który jest obecnie jednym z najnowocześniejszych w Europie" - podkreślił Karnicki. Przez polskie zakłady przetwórcze przechodzi rocznie ok. 400 tys. ton ryb pochodzących głównie z importu i "produkowanych" przede wszystkim na eksport.

Pomorskie, a zwłaszcza pas nadmorski i Kaszuby to tradycyjne miejsce wypoczynku Polaków: w 2012 r. region odwiedziło około 5,2 mln turystów z Polski. W tym samym roku przyjechało tu też około 1,4 mln gości z zagranicy - głównie Niemców, Rosjan i Skandynawów. Pod względem liczby turystów Pomorskie wyprzedzają tylko województwa mazowieckie i małopolskie. "Ale to właśnie nasz region jest w ostatnich latach krajowym liderem jeśli chodzi o pobyty długoterminowe, czyli powyżej trzech dni" - wyjaśniła dyrektor biura Pomorskiej Regionalnej Organizacji Turystycznej Krystyna Hartenberger-Pater.

Turystyce sprzyja coraz lepiej rozwinięta sieć transportowa. Od połowy lat 90. Stena Line oferuje stałe - coraz bardziej popularne - połączenia promowe z Gdyni do Karlskrony. W pierwszym pełnym roku działalności promy tej firmy przewiozły na wspomnianej trasie 141 tys. osób, a w ubiegłym roku już ponad 500 tysięcy.

Jednak najdynamiczniej rozwija się transport lotniczy. W 1994 r. na gdańskim lotnisku operowało trzech przewoźników, którzy oferowali regularne połączenia z pięcioma europejskimi miastami. Tamtego roku lotnisko odprawiło niecałe 146 tys. pasażerów. Dziś z ówczesnej hali odpraw korzystają operatorzy cargo, a pasażerowie mają do dyspozycji dwa terminale, z których jeden oddano do użytku przed dwoma laty. Lotnisko obsługuje teraz prawie 3 mln pasażerów rocznie, oferuje 54 stałe połączenia oraz 24 czarterowe i jest trzecim - po Warszawie i Krakowie - portem w kraju.

Po zmianie ustroju Pomorzu założono kilka firm, które z biegiem lat wyrosły na prawdziwe potęgi. W połowie lat 90. w Gdańsku powstało (i nadal ma tu swoją siedzibę) przedsiębiorstwo odzieżowe LPP - dziś właściciel znanych marek Reserved, Cropp, House, Mohito i Sinsay oraz sieci salonów w 12 krajach Europy Środkowo-Wschodniej. W tym samym czasie w mieście powstał pierwszy polski portal internetowy - Wirtualna Polska, który w tym roku został sprzedany za ponad 380 mln zł. Z kolei w Bytowie ma swoją siedzibę Drutex - jeden z największych producentów stolarki z PVC w Europie.

Zamieszkałe przez prawie 2,3 mln ludzi Pomorskie jest jednym z czterech regionów w kraju, notujących dodatni przyrost naturalny. Region jest w tej dziedzinie najlepszy, a decydują o tym przede wszystkim mieszkańcy Kaszub, bo w samym Trójmieście liczba mieszkańców powoli, choć sukcesywnie spada: w ciągu 25 lat Trójmiastu, zamieszkanemu dziś przez 747 tys. osób, ubyło ok. 15 tys. mieszkańców.

Zdaniem pomorskiego marszałka Mieczysława Struka, z Kaszubami wiąże się też inna istotna zmiana, jaka dokonała się w minionym 25-leciu. "Kaszubi zyskali coś, co w Polsce możemy obserwować chyba jeszcze tylko na Śląsku - poczucie regionalnej tożsamości. Ludzie chcą dziś mówić po kaszubsku, chcą kultywować kaszubską tradycję; a przecież przed 1989 rokiem samo mówienie po kaszubsku wiązało się ze wstydem. Tutaj nastąpiła kolosalna zmiana" - ocenił Struk, który sam jest członkiem Zrzeszenia Kaszubsko-Pomorskiego - największej na Pomorzu organizacji pozarządowej, liczącej ponad 5 tys. członków.

<!-- pagebreak //-->

Śląskie


- Ćwierćwiecze przemian po 1989 r. wiązało się w woj. śląskim z kurczeniem się górnictwa i ciężkiego przemysłu. W ich miejsce rozwijane są perspektywiczne specjalizacje: medycyna, technologie energetyczne czy transportowe. Jednak wizerunek regionu zmienia się bardzo powoli.

Śląskie wciąż jest zwykle utożsamiane z przemysłem wydobywczym, mimo zmian w strukturze regionalnej gospodarki. W ciągu 25 lat, wskutek restrukturyzacji górnictwa, liczba bezpośrednio w nim zatrudnionych spadła z ok. 400 tys. osób do niespełna 115 tys. pracowników. Wobec szacunków, że miejsce pracy w górnictwie generuje trzy-cztery w otoczeniu, oznaczałoby to, że z tej branży przestało utrzymywać się co najmniej 700 tys. osób. Mocno odczuł to np. Bytom, gdzie niegdyś działało sześć kopalń; dziś jedna.

Socjolog z Uniwersytetu Śląskiego prof. Marek Szczepański zaprzecza jednak, by typ wizerunku regionu przemysłowego został wizerunkiem obszaru poprzemysłowego. "Zarówno krajowe, jak i regionalne badania pokazują, że w dalszym ciągu ikonicznym elementem tego wizerunku są kopalnie i przemysł ciężki, a górnik pozostaje na wysokiej, czwartej-piątej, pozycji jeśli chodzi o prestiż zawodu" - wskazał profesor.

Dzieje się tak, mimo iż duża część pracowników górnictwa, hutnictwa i innych gałęzi przemysłu ciężkiego przeszła do nowych rozwijających się w regionie branż. Część z nich znalazła pracę w licznych fabrykach z branży motoryzacyjnej - to nie tylko tyski Fiat i gliwicki Opel, ale też częstochowskie i bielskie TRW, dąbrowskie Brembo, tyskie Isuzu - obecnie GM, bielskie Magneti Marelli, tyski i gliwicki Nexteer, gliwicki NGK itp.

Wiele nowych firm mieści się na terenie Katowickiej Specjalnej Strefy Ekonomicznej, największej w Polsce, po majowym rozszerzeniu obejmującej łącznie ponad 2,4 tys. hektarów. Strefa - wraz z wyspecjalizowanymi kadrami często wykształconymi w Politechnice Śląskiej czy w obecnym Śląskim Uniwersytecie Medycznym - jest ważnym motorem rozwoju regionu.

Motorem na kolejne lata ma być potencjał rozwijających się branż, na które postawił samorząd w Regionalnej Strategii Innowacji Woj. Śląskiego. To medycyna i technologie medyczne, ochrona środowiska, technologie energetyczne, informacyjne i telekomunikacyjne, a także nanotechnologie oraz transport.

Znakiem dotychczasowego postępu w woj. śląskim jest m.in. infrastruktura transportowa. To przede wszystkim autostrady A4 i A1 i inne ważne drogi (bo remonty na kolei ruszyły - z problemami - dopiero parę lat temu), rozbudowujące się lotnisko w Pyrzowicach czy Euroterminal przeładunkowy w Sławkowie. Wszędzie tam w ostatnich latach dużo zainwestowano.

Powstały też liczne nowe obiekty, często związane z kulturą. "Na początku transformacji pytani przez nas katowiczanie mówili, że - prócz nowoczesnej gospodarki, odchodzących kopalń, hut - chcieliby mieć ten mocny pierwiastek kulturowy" - przypomniał prof. Szczepański.

W ostatnich latach w Katowicach stanęły m.in. nowy gmach Biblioteki Śląskiej, sala koncertowa Akademii Muzycznej czy nowa siedziba Muzeum Śląskiego. Wykańczany jest gmach Narodowej Orkiestry Symfonicznej Polskiego Radia. Kilka sal koncertowych powstało w mniejszych ośrodkach (m.in. Częstochowa czy Sosnowiec), nową przestrzeń - dzięki nowoczesnemu zadaszeniu dziedzińca - zyskało Muzeum Historyczne w zamku książąt Sułkowskich w Bielsku-Białej.

Prócz kultury region stara się rozwijać turystykę. Obok przyrodniczych atrakcji Jury Krakowsko-Częstochowskiej czy Beskidów wojewódzki samorząd od kilku lat buduje i promuje Szlak Zabytków Techniki Woj. Śląskiego. Obecnie liczy on 36 obiektów, wśród nich m.in. zabytkowe kopalnie srebra (w Tarnowskich Górach) i węgla (Guido - w Zabrzu) czy zabytkowe osiedle robotnicze Nikiszowiec w Katowicach. W ub. roku obiekty szlaku odwiedziło 630 tys. osób.

Organizowane od kilku lat późną wiosną święto Szlaku - Industriada - jest praktycznie jedynym cyklicznym wydarzeniem odbywającym się we wszystkich subregionach województwa. Pomaga w ten sposób w jego integracji. O ile bowiem dawne woj. bielskie nie wspomina już zbyt często o samodzielności bądź ciążeniu ku Małopolsce, takie tendencje są wciąż silne w Częstochowie.

Również w aglomeracji katowickiej współpraca miast nie układa się idealnie. Działający od 2007 r. na gruncie przepisów o związkach komunalnych Górnośląski Związek Metropolitalny skupia dziś (pod szyldem Metropolia Silesia) 13 miast, w których mieszka ok. 2 mln ludzi. Związkowi nie udało się jednak zintegrować poszczególnych samorządów, nie wypaliła też znaczna część planowanych wspólnych działań. Największym sukcesem są wspólne zakupy, m.in. energii.

Pod względem zamożności i dochodów region pozostaje drugi w kraju (po woj. mazowieckim). W ostatnich latach stopa bezrobocia z reguły utrzymywała się poniżej krajowej średniej, często była jedną z najniższych w kraju. O ile np. w kwietniu 1999 r. wskaźnik ten wynosił 8,5 proc. (najmniej w kraju), pięć lat później przekraczał 16 proc. (nadal poniżej średniej), a w 2009 r. znów spadł do ok. 8,7 proc. (jedno z najniższych w kraju). Z końcem marca br. bezrobocie sięgało 11,7 proc.

Gorzej wyglądają inne wskaźniki. Z danych naukowców Zakładu Geografii Społecznej Uniwersytetu Śląskiego wynika, że Śląskie wyludnia się najszybciej w Polsce, a jednocześnie proces starzenia się mieszkańców należy tu do najbardziej zaawansowanych w kraju. Opinia o potencjale regionu, jako dysponującego dużą liczbą osób młodych, w wieku produkcyjnym, jest nieaktualna. Ściągający do pracy i zakładający rodziny młodzi ludzie z reguły przestali tu przyjeżdżać już w latach 80. ubiegłego wieku.

Na przełomie lat 80. i 90. na terenie obecnego woj. śląskiego mieszkało prawie 5 mln osób. Od tego czasu liczba ludności stale spada; obecnie wynosi 4,6 mln osób, a ok. 2020 r. spadnie - według prognoz - do ok. 4,4 mln. Wynika to m.in. z ubytku naturalnego, czyli przewagi zgonów nad urodzeniami. W ub. roku w regionie ubyło w ten sposób ok. 40 tys. osób.

Woj. śląskie wyludnia się też z powodu wyjazdów - najczęściej za granicę; szacuje się, że region opuściło ok. 250-350 tys. osób. Dotyka to głównie największych miast (w latach 1999-2012 straciły one łącznie 750 tys. mieszkańców). Dodatkowo region starzeje się. O ile w 1988 r. tylko 13 proc. ludności na tym terenie liczyło 60 i więcej lat, obecnie to już prawie 22 proc. Połowa mieszkańców ma dziś więcej niż 40 lat (to tzw. mediana wieku - wyższą w Polsce ma tylko woj. łódzkie - 40,5 roku). W 2035 r. mediana w woj. śląskim prawdopodobnie wzrośnie do ok. 48-49 lat.

"Martwimy się też, że w bogatym woj. śląskim ok. 700-800 tys. ludzi żyje w trudnym lub bardzo trudnym położeniu finansowym. A najbardziej martwi to, że w takim położeniu żyje łącznie jedna trzecia dzieci w wieku do 13 lat" - zaakcentował prof. Szczepański.

<!-- pagebreak //-->

Lubuskie

- Po 25 latach przemian stolice woj. lubuskiego, Gorzów Wlkp. i Zielona Góra, wciąż mają problemy z określeniem swej nowej roli. Ceną transformacji w regionie był wzrost bezrobocia po upadku dużych zakładów i PGR-ów. Poprawiła się jednak infrastruktura, przybyło wyższych uczelni.

"Wyszliśmy z zapaści, ale koszty są też takie, że polska prowincja do dzisiaj nie umie znaleźć swojego miejsca. Polska stała się krajem, w którym świetnie odnalazły się metropolie, a prowincja, jak Zielona Góra, Gorzów Wlkp., Kalisz - miasta średniej wielkości - mają wielkie problemy z określeniem swojej nowej roli; to jest na pewno koszt transformacji" - powiedział PAP regionalista i kanclerz Państwowej Wyższej Szkoły Zawodowej w Gorzowie Roman Gawroniak.

Ekspert przyznał, że na korzyść zmieniła się jakość życia w regionie. Powstały nowe obiekty kultury, centra sportowo-rekreacyjne itp. Jednak - jak podkreślił - Lubuskie ma wciąż wiele do zrobienia, by nadążyć za najsilniejszymi regionami - musi budować potencjał gospodarczy, który sprawi, że pozycja województwa nie będzie marginalna. Drogą ku temu powinno być określenie profilu rozwoju - wskazał.

Konkurencją jest nieodległy Berlin. Według Gawroniaka niemiecka stolica dosłownie "wsysa" zdolną i dobrze wykształconą młodzież z Lubuskiego. Jednak przygraniczne położenie to jeden z istotnych atutów regionu, który można wykorzystywać dopiero w wolnej Polsce.

"Byliśmy kompletną prowincją. 1990 rok radykalnie zmienił geografię. Nagle centrum świata okazała się granica z wielkimi Niemcami. 2 października 1990 r. okazało się, że z prowincjonalnego regionu staliśmy się regionem, który ma być początkiem Polski. Byliśmy swoistym laboratorium wchodzenia Polski do UE, przecierając szlaki w wydawaniu pieniędzy z przedakcesyjnego funduszu PHARE czy tworząc euroregiony z niemieckimi gminami" - powiedział regionalista.

Jego zdaniem dla wzrostu potencjału regionu konieczna jest dobra współpraca Gorzowa Wlkp. i Zielonej Góry; zamiast konkurowania, które obecnie niekiedy ma miejsce.

Problemem Lubuskiego jest duża migracja - proces, który był zauważalny już w latach 80., kiedy młodzi ludzie szukali swojej szansy w dużych miastach, jak Poznań, Wrocław czy Szczecin; po wejściu do UE doszły do tego wyjazdy zarobkowe za granicę. Rozwój wyższych uczelni nieco zahamował ten proces. W ciągu 25 lat liczba Lubuszan z wyższym wykształceniem wzrosła czterokrotnie, a podwoiła się liczba osób z wykształceniem średnim.

Historyk, b. rektor Uniwersytetu Zielonogórskiego prof. Czesław Osękowski, ocenił, że choć proces transformacji ustrojowej na Ziemi Lubuskiej przebiegał podobnie jak w innych częściach kraju, są również obszary typowe jedynie dla tej tego regionu, wynikające m.in. z przygranicznego położenia, dużej liczby polskich i radzieckich garnizonów wojskowych czy PGR-ów. Według profesora błędnie przeprowadzono proces prywatyzacji Państwowych Gospodarstw Rolnych i zakładów przemysłowych.

"Ziemia i majątek PGR-ów powinny trafić w ręce załóg pracowniczych, podczas gdy ten majątek pozostawał przez pewien czas w zawieszeniu, a następnie został rozgrabiony. Podobnie było z dużymi zakładami przemysłowymi, które doprowadzono do upadku, zamiast przekształcać i zmierzać w kierunku spółek pracowniczych (). Stąd np. dziś jest tu większe bezrobocie niż w innych regionach kraju, niższe są zarobki, słabszy przemysł. Powoduje to, że zwłaszcza młodzi ludzie emigrują do większych miast czy wyjeżdżają za granicę" - powiedział PAP Osękowski.

Historyk podkreślił, że mimo tych błędów społeczeństwo Ziemi Lubuskiej generalnie skorzystało na transformacji ustrojowej, a jeszcze bardziej na integracji europejskiej. Z perspektywy czasu pozytywnie ocenił także powstanie regionu lubuskiego z dawnych województw gorzowskiego i zielonogórskiego. "Gdyby województwo nie zostało utworzone, dziś już prawie nikt nie pamiętałby o tym regionie. Dzisiejsze powiaty Ziemi Lubuskiej byłyby zmarginalizowane i peryferyjne w dużych województwach" - uważa naukowiec.

Wojewoda lubuski Jerzy Ostrouch (był ostatnim wojewodą gorzowskim) uważa, że minione ćwierćwiecze to olbrzymi cywilizacyjny skok. W jego opinii Ziemia Lubuska rozwinęła się korzystając najpierw z programów przedakcesyjnych, a potem funduszy unijnych, przeznaczając ogromne nakłady na inwestycje infrastrukturalne i komunalne. W regionie trzykrotnie wzrosła długość sieci gazowej i kanalizacyjnej, powstało wiele nowych wodociągów.

Swoistym znakiem czasu są nowe drogi. Najważniejsze z nich do autostrada A2 z Warszawy do Świecka oraz łącząca obie stolice regionu trasa ekspresowa S3. Te drogi stały się kręgosłupem transportowym regionu i ważnymi arteriami dla Polski. Spadło natomiast znacznie transportu kolejowego. Główne, tranzytowe linie prowadzące do Niemiec i łączące największe miasta regionu zostały wyremontowane, ale lokalne, z których korzystali powszechnie Lubuszanie, w wielu przypadkach należą do historii. Statystyki wskazują, że długość eksploatowanych linii kolejowych spadła o połowę. Na znaczeniu stracił też transport rzeczny.

"W naszym regionie, podobnie jak w całym kraju, zaszły zmiany, które przygotowały nas do ambitnego postrzegania rzeczywistości, oczekiwania więcej i sięgania dalej (...). Mamy kolejną perspektywę finansową, w której szanse na rozwój - czy to przedsiębiorstw, czy to instytucji oświatowych i kulturalnych - są ogromne" - powiedział PAP wojewoda.

Wolny rynek wymusił wzrost aktywności gospodarczej mieszkańców regionu. Pomiędzy rokiem 1995 a 2013 liczba podmiotów gospodarczych podwoiła się, a obecnie aż 95,8 proc. stanowią małe firmy, zatrudniające do 9 osób.

W ujęciu demograficznym przełom ustrojowy nie wywołał gwałtownych zmian. Na terenie byłych województw gorzowskiego i zielonogórskiego w 1989 r. mieszkało 1,15 mln ludzi, w Lubuskiem (w nieco innych granicach) mieszkańców jest o 15 tys. mniej. Podobnie jak w całym kraju znacząco spadł przyrost naturalny.

Duże zmiany nastąpiły w rolnictwie. W ciągu 25 lat użytki rolne stopniały w Lubuskiem o ponad 220 tys. ha, liczba sztuk bydła spadła z 322 tys. do niecałych 70 tys., a świń z 870 tys. do 147 tys. sztuk. Mimo upadku PGR-ów nie było wielkiej migracji ze wsi do miast - obecne proporcje tego zjawiska są zbliżone do tych z 1989 r.

W Gorzowie i Zielonej Górze na znaczeniu stracił przemysł. W miejsce zatrudniających tysiące osób wielkich kombinatów państwowych powstało mnóstwo mniejszych firm prywatnych. W regionie pojawił się kapitał zagraniczny, który najczęściej inwestuje w specjalnej strefie ekonomicznej. Obecnie większość dużych fabryk w regionie należy do firm zagranicznych. Pustkę po przemyśle PRL-u wypełniły też handel i usługi. Ważnym elementem rynku pracy stała się administracja i służby publiczne, szczególnie w takich miastach jak Zielona Góra i Gorzów Wlkp.

<!-- pagebreak //-->

Łódzkie

- Upadek włókiennictwa, wzrost znaczenia rolnictwa, rozwój siatki autostrad i dróg, stworzenie pierwszego w regionie uzdrowiska - to niektóre wydarzenia minionych 25 lat w woj. łódzkim. Marszałek województwa Witold Stępień ocenia, że czas od 1989 r. to ciągłe zmiany.

Według statystyk obecne woj. łódzkie zajmuje dziewiąte miejsce w kraju pod względem powierzchni (ponad 18 tys. km kw.) i szóste pod względem liczby ludności (ponad 2,5 mln mieszkańców). Ok. 64 proc. populacji to mieszkańcy miast. Region dzieli się na 24 powiaty, w tym trzy miasta na prawach powiatów: Łódź, Piotrków Trybunalski i Skierniewice oraz 177 gmin.

Marszałek Stępień przypomniał, że przed reformą administracyjną w 1999 r. Łódzkie było najmniejszym województwem w kraju; dominował przemysł włókienniczy. Ekonomistka z Uniwersytetu Łódzkiego dr Agnieszka Kłysik-Uryszek zwróciła uwagę, że profil obecnego województwa jest zupełnie inny. "W tej chwili jesteśmy regionem rolniczym. Według danych statystycznych ponad 70 proc. powierzchni to tereny rolnicze" - powiedziała w rozmowie z PAP.

Prof. Stefan Krajewski z tej samej uczelni dodał, że choć Łódzkie stało się regionem rolniczym, to jednak generalnie nie jest w stanie konkurować z innymi tego typu województwami. Powód - to małe, rodzinne gospodarstwa. Specjalnością, gdzie Łódzkie może konkurować z najlepszymi, jest - jego zdaniem - produkcja owocowo-warzywnicza prowadzona na wschodzie województwa. "Co ciekawe, jest tam najwyższy poziom wykształcenia ludzi prowadzących te gospodarstwa w Polsce" - wskazał profesor.

Odnosząc się do poziomu wykształcenia, rozmówcy PAP zwrócili uwagę, że obecnie na terenie woj. łódzkiego studenci mogą kształcić się na blisko 30 uczelniach. Głównym ośrodkiem akademickim jest Łódź, gdzie działa sześć publicznych uczelni oraz kilka niepublicznych; uczy się tu w sumie ponad 100 tys. studentów. Prof. Krajewski wskazał jednak, że w zdecydowanej większości są to "uczelnie lokalne, w których studiują młodzi ludzie z regionu". "Nie chcą do nas przyjeżdżać i studiować osoby z innych województw" - zauważył.

Podsumowując ostatnie 25 lat marszałek Stępień przypomniał, że to ćwierćwiecze zaczęło się od upadku przemysłu lekkiego zarówno w Łodzi jak i otaczających ją miastach. "To była katastrofa dla setek tysięcy ludzi, którym ten przemysł dawał utrzymanie. Wiele miast bardzo zubożało, zaczęła się ucieczka mieszkańców do Warszawy, potem do innych państw europejskich. Region wyludniał się, ucierpiała infrastruktura, bo miast i mniejszych miejscowości nie było stać na inwestowanie" - mówił.

Według niego, ten krach wyzwolił jednak w mieszkańcach Łodzi i regionu potencjał. "Okazało się, że jesteśmy bardzo przedsiębiorczy. Zaczęły powstawać mikro i małe przedsiębiorstwa, które przekroczyły w pewnym momencie liczbę 200 tys. w województwie" - powiedział.

Zdaniem prof. Krajewskiego nie sposób pominąć roli jaką w okresie transformacji i po upadku wielotysięcznych zakładów włókienniczych odegrały powstałe w tym czasie wielkie targowiska pod Łodzią: Ptak - Tuszyn - Głuchów. Jak mówił, to dzięki nim udało się uniknąć totalnej klęski. Przypomniał, że w latach 90. ub. wieku prowadzone były trzy badania dotyczące tych targowisk. We wszystkich wychodziło podobnie - ok. 100 tys. osób znalazło pracę, nie tylko bezpośrednio na targowiskach, ale również np. przy produkcji dla nich, czy ich obsłudze. "To nas uratowało i ta transformacja przebiegła łagodniej" - dodał.

Podobnego zdania jest dr Kłysik-Uryszek. Przyznała, że bez wątpienia dla osób, które "wypadły z rynku włókienniczego" praca na rzecz targowisk była jakąś alternatywą. "Zaczęły powstawać firmy tworzone w garażach. Teraz wiele z nich mając już dwadzieścia lat doświadczenia mają ugruntowana renomę" - powiedziała.

Zarówno ekonomistka jak i marszałek uważają, że w Łódzkiem zaczął odradzać się przemysł lekki. Według dr Kłysik-Uryszek region staje się liderem w produkcji rajstop czy pończoch. Pojawiają się firmy, które specjalizują się w tkaninach technicznych, w szyciu specjalistycznej odzieży. "Tylko, że to jeszcze za mało, aby mówić o specjalizacji województwa" - powiedziała.

Stępień uważa, że wykorzystując potencjał działających w województwie uczelni, region wchodzi w nowe technologie, przemysł farmaceutyczny, chętnie pojawiają się tu firmy BPO. Dr Kłysik-Uryszek dodaje, że rozwija się ceramika, a zakłady bazują na lokalnych surowcach. Dobrze rozwijają się m.in. chemia budowlana, branża papiernicza i meblarstwo. Jest ona jednak sceptyczna jeśli chodzi o nowe technologie. Jej zdaniem np. rozwój Łodzi w oparciu o nie "pozostaje na papierze". "Podobnie jak stawianie na rozwój przemysłów kreatywnych. Pod to da się podciągnąć wszystko, czyli to nic nie znaczy" - oceniła.

Dla rozmówców PAP ważnym czynnikiem rozwoju regionu, którego nie wolno pominąć, a który pojawił się w ostatnich 25 latach, jest budowa autostrad, dróg ekspresowych, a także modernizacja tras kolejowych. To w Łódzkiem krzyżują się autostrady A1 i A2, to przy nich powstają wielkie centra logistyczne. Zdaniem marszałka rozwój infrastruktury transportowej to ważny czynnik integracji regionu. Przypomniał, że po reformie administracyjnej subregiony, które weszły w skład nowego województwa, nie miały ze sobą wiele wspólnego.

"Nawet w naszym (województwa) herbie są symbole trzech ziem: sieradzkiej, łęczyckiej i rawskiej. Konieczna stała się integracja regionu, bo wychodzę z założenia, że lokalna tożsamość jest bardzo ważnym czynnikiem przywiązującym do miejsca zamieszkania, angażowania się w rozwój najbliższego otoczenia, a tym samym wpływania na stan gospodarczy regionu" - powiedział Stępień.

Dlatego samorząd województwa zaangażował się w modernizację dróg, czy budowę Łódzkiej Kolei Aglomeracyjnej, która ma łączyć poszczególne miasta z Łodzią - zbliżyć je do siebie, poprawić mobilność, zwiększyć dostęp do pracy, nauki i kultury.

Optymizm marszałka studzi prof. Krajewski. Według niego Łódź nie ma "odpowiedniej siły przyciągania". Ma też mniejsze niż inne duże aglomeracje oddziaływanie na region; dlatego Łódzka Kolej Aglomeracyjna może nie spełnić oczekiwań samorządowców. "Nie potrafię odpowiedzieć na pytania - dla kogo jest ta kolej, komu ma służyć, kto ma nią jeździć, jakie miasta powinna łączyć?" - mówił profesor. Jego zdaniem ważniejsze dla regionu jest, aby powrócić do budowy Kolei Dużych Prędkości. Ma nadzieję, że kiedy wybudowany zostanie nowy dworzec Łódź Fabryczna, łatwiej będzie wrócić do tej koncepcji.

W podobnym tonie wypowiedziała się dr Kłysik-Uryszek, według której nadal "Łódź jest oderwana od reszty województwa". "W niewielkim stopniu udało się nawiązać jakieś relacje biznesowe czy powiązania między centrum a zapleczem. Te powiązania powinny być widoczne, nie tylko w obszarze przemysłowym, ale i innych: kulturalnym, społecznym czy administracyjnym. Niestety - jest Łódź i reszta" - powiedziała. Marszałek odpiera te zarzuty i uważa, że integracja postępuje.

Stępień zwrócił również uwagę, że dzięki reformie administracyjnej w granicach nowego województwa znalazł się olbrzymi kombinat energetyczny - kopalnia i elektrownia w Bełchatowie. Jak mówił, po 25 latach od transformacji ustrojowej Łódź szczyci się swoimi pofabrycznymi - zrewitalizowanymi budowlami. "Należny blask zyskało Stare Miasto w Piotrkowie Trybunalskim jak również kilka innych miast regionu. Kiedyś mocno zanieczyszczone rzeki, jak Pilica, Ner czy Warta są magnesem dla turystów oferując spływy kajakowe" - mówił.

Zwrócił również uwagę, że ćwierć wieku temu chyba nikt nie przewidziałby, że Łódzkie będzie miało na swoim terenie zdrój z sanatoriami w Uniejowie. "To właśnie Uniejów jest jednym z symboli pozytywnych przemian ostatniego czasu. Dziś pierwsze uzdrowisko w woj. łódzkim, dzięki zagospodarowaniu źródeł termalnych, przy każdej okazji podkreśla, że +promuje Łódzkie+. Jak na 25 lat, to sporo przemian" - podsumował marszałek.

<!-- pagebreak //-->

Mazowieckie

- Mazowieckie to największe województwo w kraju i - głównie za sprawą Warszawy - jedyny region o pozycji społeczno-gospodarczej statystycznie zbliżonej do tych w starej Unii Europejskiej. Różnice między powiatami województwa są tu jednak największe w kraju.

Obecne woj. mazowieckie powstało w 1999 r. z ówczesnego województwa warszawskiego oraz części województw: ostrołęckiego, radomskiego, ciechanowskiego, siedleckiego, płockiego, skierniewickiego, bialskopodlaskiego oraz łomżyńskiego. Jest największym z województw - zajmuje ponad 11 proc. powierzchni kraju, mieszka tu prawie 14 proc. ludności Polski (ok. 5,3 mln).

Mazowsze to jeden z większych regionów Unii Europejskiej - we wspólnocie jest 11 państw z mniejszą lub podobną liczbą ludności. Jest też jedynym polskim regionem o pozycji społeczno-gospodarczej statystycznie zbliżonej do regionów starej Unii.

Już w 2003 r., głównie dzięki potencjałowi Warszawy, mierzone w parytecie siły nabywczej PKB województwa przekroczyło poziom 75 proc. średniego PKB na mieszkańca UE. W 2010 r. było to już 102 proc. Mazowieckie wytwarza też ponad piątą część PKB całego kraju - najwięcej ze wszystkich województw. W 2010 r. wartość PKB na jednego mieszkańca była w Warszawie trzykrotnie wyższa niż średnia krajowa.

Mimo korzystnych wskaźników rozwoju, Mazowieckie boryka się z problemem różnic międzyregionalnych, które są największe wśród polskich regionów. Z jednej strony jest tu dobrze rozwinięta pod względem gospodarczym Warszawa i jej obszar metropolitalny, z drugiej - słabiej rozwinięte powiaty peryferyjne, których poziom rozwoju, zwłaszcza przy wschodniej granicy województwa, jest zbliżony do tzw. ściany wschodniej.

Zgodnie z klasyfikacją OECD Mazowsze zostało uznane za najbardziej zróżnicowany wewnętrznie region w Europie (drugi po Londynie). W województwie znajduje się 105 z 500 najbiedniejszych gmin w Polsce.

Zdaniem wojewody mazowieckiego Jacka Kozłowskiego najsłabszym ogniwem województwa są powiaty na południu - w subregionie radomskim. "To jest obszar chyba najbardziej problemowy, który pozostał w tyle, jeżeli chodzi o poziom rozwoju. Tam mamy problem z bardzo wysokim bezrobociem, ale wierzę głęboko, że zbliżanie Radomia do stolicy, skracanie czasu przejazdu pomiędzy Warszawą a Radomiem, buduje szanse Radomia" - powiedział PAP wojewoda.

Kozłowski podkreślił, że Radom to duży ośrodek akademicki, z własną, znaczącą uczelnią techniczną i wykwalifikowaną siłą roboczą, który - także ze względu na stosunkową bliskość Warszawy - może jawić się jako bardzo atrakcyjny dla inwestorów. "Radom powoli, a za nim, jak myślę, cały region radomski, odzyskuje swoje szanse rozwojowe" - ocenił.

Według danych GUS w latach 2004-2013 stopa bezrobocia w woj. mazowieckim utrzymywała się na poziomie niższym niż ta dla całego kraju. W grudniu ub.r. wyniosła ona 11 proc. i była o 2,4 proc. niższa niż w całej Polsce. Taki wynik województwo osiąga głównie za sprawą Warszawy, gdzie notuje się najniższe bezrobocie w kraju - w kwietniu br. wyniosło ono 4,8 proc. Z kolei na południu województwa stopa rejestrowanego bezrobocia jest najwyższa w Polsce - w powiecie szydłowieckim w grudniu ub.r. wyniosła ona 38,9 proc., w radomskim - 30,1 proc., a w przysuskim - 27,6 proc.

Dyrektor Mazowieckiego Biura Planowania Regionalnego w Warszawie, prof. SGH Zbigniew Strzelecki powiedział PAP, że za tę sytuację odpowiada m.in. likwidacja wielu przedsiębiorstw w tym subregionie. "Tam w ciągu tych 25 lat zostało zlikwidowanych wiele zakładów przemysłu zbrojeniowego i metalowego. To były duże przedsiębiorstwa, które dawały miejsca pracy prawie dla całego subregionu. Zmiany struktury gospodarczej spowodowały wystąpienie strukturalnego bezrobocia i trudno to odbudować. Kiedyś takie zakłady i miejsca pracy tworzyło państwo, dziś musi znaleźć się kapitał, który zlokalizuje tam swoje zakłady i da miejsca pracy" - podkreślił.

Zaznaczył jednak, że statystyczne dane dotyczące bezrobocia w subregionie radomskim nie muszą w pełni odzwierciedlać rzeczywistości, o czym może świadczyć m.in. duża liczba wydawanych tam pozwoleń na budowę.

Najwięcej osób pozostających na Mazowszu bez pracy ma wykształcenie gimnazjalne lub niższe oraz zasadnicze zawodowe, jednak w ostatnich kilku latach odnotowywany jest wzrost udziału bezrobotnych z wykształceniem wyższym (najwyższy odsetek wśród bezrobotnych osób z wyższym wykształceniem w końcu grudnia 2013 r. zanotowano w Warszawie - 25,7 proc.). Nie dziwi to o tyle, że w regionie działa ponad 100 szkół wyższych, czyli ok. jedna czwarta wszystkich w kraju.

Zdaniem Strzeleckiego m.in. liczba uczelni decyduje o tym, że na Mazowszu zlokalizowana jest prawie jedna trzecia potencjału naukowo-badawczego kraju. "Warszawa, Siedlce, Radom, Płock - to są ośrodki akademickie, których w takiej liczbie nie mamy w innych regionach. Mamy bazę, w których powinny powstawać innowacyjne rozwiązania techniczne i technologiczne. Tu drzemie potencjał do innowacyjnej gospodarki i to nas wyróżnia wśród innych regionów" - ocenił.

Jak zauważa GUS, wzrost liczby dobrze wykształconych bezrobotnych może wynikać m.in. ze stosunkowo wysokich wymagań dotyczących wynagrodzenia, za które są oni skłonni podjąć zatrudnienie. A średnie wynagrodzenie w sektorze przedsiębiorstw od lat jest na Mazowszu wyższe od średniej krajowej.

Statystycznie najwięcej w Polsce zarabia się w Warszawie - średnie wynagrodzenie w sektorze przedsiębiorstw jest tu o ponad 1500 zł wyższe niż przeciętnie w kraju. W marcu 2014 r. wyniosło ono w stolicy 5557,31 zł. W tym samym czasie średnia dla Mazowsza wynosiła 5107,18 zł, a dla całej Polski - 4017,75 zł.

Strzelecki zwrócił uwagę, że przez ostatnie 25 lat na Mazowszu wytworzyła się nowa specjalizacja regionu - związana z produkcją owoców i warzyw oraz przetwórstwem rolno-spożywczym. Na Mazowszu zbierane jest blisko 40 proc. krajowych owoców i 15 proc. warzyw.

Choć w latach 2000-2011 liczba pracujących w sektorze rolnictwa na Mazowszu spadła o 33 proc., Mazowsze jest wśród polskich województw na pierwszym miejscu zarówno pod względem powierzchni obszarów wiejskich (zajmują ok. 94 proc. powierzchni województwa), jak i zamieszkującej je ludności (1,8 mln osób, tj. 35 proc. ludności regionu).

W ocenie wojewody mazowieckiego szybki rozwój wiejskich regionów Mazowsza to zasługa m.in. członkostwa w UE. "Wspólna polityka rolna znacząco umożliwiła i przyspieszyła tę zmianę i awans cywilizacyjny wsi. Dystans pomiędzy poziomem życia na wsi i w mieście szybko maleje, usługi publiczne i ich dostępność na terenach wiejskich są coraz lepsze" - powiedział Kozłowski.

Podkreślił, że ostatnie ćwierćwiecze to dla Mazowsza - podobnie jak dla całej Polski - być może okres najlepszego dwudziestopięciolecia w historii ostatnich kilkuset lat. "To jest okres, w którym skróciliśmy znacząco nasz dystans rozwojowy w stosunku do krajów Unii Europejskiej. I w którym Polska znalazła się w gwarantującym nam bezpieczeństwo i rozwój układzie euroatlantyckim" - powiedział.

Jego zdaniem największym walorem Mazowsza jest Warszawa - położona na skrzyżowaniu głównych szlaków ze wschodu na zachód i z północy na południe aglomeracja, która stanowi motor napędowy dla rozwoju całego regionu.

Zwrócił uwagę, że w ciągu ostatnich 25 lat Warszawa stała się stolicą gospodarczą regionu znacznie większego niż Polska. "Giełda warszawska gości spółki z całej Europy środkowej i wschodniej, jest największą giełdą tej części kontynentu i to jest niejako symbol ponadnarodowej roli Warszawy" - ocenił.

Także w ocenie Strzeleckiego ostatnie 25 lat Mazowsza można uznać za sukces tego regionu. Zwrócił uwagę m.in. na znaczący przyrost długości dróg oraz trwającą modernizację linii kolejowych, a także na otwarte w 2012 r. lotnisko w Modlinie, które zostało przystosowane do przyjmowania samolotów o wysokich parametrach.

W jego ocenie rozwój Mazowsza byłby znacznie szybszy, gdyby nie płacone przez województwo tzw. janosikowe, czyli coroczna wpłata do budżetu państwa, przekazywana następnie biedniejszym regionom. Mazowieckie jest jedynym płatnikiem janosikowego.

"Były lata budżetowe, kiedy województwo płaciło blisko 1 mld zł. Od 2008 r. jesteśmy +skubani+ dramatycznie; żeby zapłacić te zobowiązania podatkowe, województwo musi brać kredyt. Takiego absurdu nie ma nigdzie na świecie" - powiedział Strzelecki.

Szansę na zmianę tej sytuacji daje wyrok Trybunału Konstytucyjnego - w marcu br. orzekł on, że przepisy o janosikowym dotyczące województw samorządowych są niezgodne z Konstytucją, ponieważ nie określają żadnych granic wpłat do budżetu. TK dał ustawodawcy 18 miesięcy na ich zmianę.

Facebook Podobał się artykuł? Podziel się!




REKLAMA




×
KOMENTARZE (0)

Artykuł nie posiada jeszcze żadnych komentarzy.

Drogi Użytkowniku!

W związku z odwiedzaniem naszych serwisów internetowych możemy przetwarzać Twój adres IP, pliki cookies i podobne dane nt. aktywności lub urządzeń użytkownika. O celach tego przetwarzania zostaniesz odrębnie poinformowany w celu uzyskania na to Twojej zgody. Jeżeli dane te pozwalają zidentyfikować Twoją tożsamość, wówczas będą traktowane dodatkowo jako dane osobowe zgodnie z Rozporządzeniem Parlamentu Europejskiego i Rady 2016/679 (RODO).

Administratora tych danych, cele i podstawy przetwarzania oraz inne informacje wymagane przez RODO znajdziesz w Polityce Prywatności pod tym linkiem.

Jeżeli korzystasz także z innych usług dostępnych za pośrednictwem naszych serwisów, przetwarzamy też Twoje dane osobowe podane przy zakładaniu konta, rejestracji na eventy, zamawianiu prenumeraty, newslettera, alertów oraz usług online (w tym Strefy Premium, raportów, rankingów lub licencji na przedruki).

Administratorów tych danych osobowych, cele i podstawy przetwarzania oraz inne informacje wymagane przez RODO znajdziesz również w Polityce Prywatności pod tym linkiem. Dane zbierane na potrzeby różnych usług mogą być przetwarzane w różnych celach, na różnych podstawach oraz przez różnych administratorów danych.

Pamiętaj, że w związku z przetwarzaniem danych osobowych przysługuje Ci szereg gwarancji i praw, a przede wszystkim prawo do sprzeciwu wobec przetwarzania Twoich danych. Prawa te będą przez nas bezwzględnie przestrzegane. Jeżeli więc nie zgadzasz się z naszą oceną niezbędności przetwarzania Twoich danych lub masz inne zastrzeżenia w tym zakresie, koniecznie zgłoś sprzeciw lub prześlij nam swoje zastrzeżenia pod adres odo@ptwp.pl.

Zarząd PTWP-ONLINE Sp. z o.o.

Logowanie

Dla subskrybentów naszych usług (Strefa Premium, newslettery) oraz uczestników konferencji ogranizowanych przez Grupę PTWP

Nie pamiętasz hasła?

Nie masz jeszcze konta? Kliknij i zarejestruj się teraz!