Partnerzy portalu
Choć mieszkańcy miast i gmin mają taką możliwość, to ciągle nieśmiało korzystają z możliwości, jakie daje im partycypacja społeczna. Lubimy wiedzieć, oceniać, komentować - różnie natomiast bywa z aktywnością. Pytanie, co jest przyczyną takiego stanu, bo wcale nie musi nią być ignorancja.
  • Samorząd na każdym szczeblu - gminnym, powiatowym czy wojewódzkim, nie jest tworem idealnym, a nawet jest bardzo daleki od ideału. 
  • O ile możliwa jest diagnoza tego zjawiska, tak znajomość przyczyny nie rozwiąże problemów, które go trapią, i z którymi się zmaga.
  • Jak działa współczesny system samorządowy w Polsce, jaką rolę odgrywają w nim radni, jak aktywizować mieszańców do udziału w życiu samorządu? 
  • Na te i wiele innych tematów szukano odpowiedzi podczas panelu "Partycypacja społeczna. Samorząd pod, czy poza kontrolą mieszkańców" w trakcie XI Europejskiego Kongresu Gospodarczego w Katowicach, który odbył się pod patronatem PortalSamorzadowy.pl. Panel moderował Rafał Kerger, nasz redaktor naczelny.  

Jak wynika z badań przeprowadzonych przez Fundację Centrum Inicjatyw na Rzecz Społeczeństwa, tylko 38 proc. samorządów wpisało do swoich statutów możliwość zabierania głosu na zwyczajnej sesji przez mieszkańców (co zresztą wcale nie znaczy, że taki głos zostanie udzielony). Czy jednak takie zapisy nie powinny być obligatoryjne? Czy sesja jest tylko dla radnych i burmistrza? Opinie uczestników panelu "Partycypacja społeczna. Samorząd pod czy poza kontrolą mieszkańców" nie było zgodne.

Zdaniem Krzysztofa Kosińskiego, prezydenta Ciechanowa, to, że nie ma takiego zapisu w statucie, nie oznacza, że mieszkaniec nie może zabrać głosu.

- To raczej problem o charakterze technicznym. Trudno mi uwierzyć, że zakaz głosu mógłby funkcjonować w jakimkolwiek samorządzie. To istotny element partycypacji społecznej. Pytanie, jak mieszkańcy chcą z niego korzystać i czy chcą to robić - powiedział Kosiński.

Zdaniem Justyny Glusman, dyrektora koordynatora ds. zrównoważonego rozwoju i zieleni m.st. Warszawy, kwestia jest pozornie techniczna, a dotyka zasadniczego sporu.

- Mamy w Polsce system demokracji pośredniej i to radni mają być tym ogniwem, które łączy mieszkańców z samorządową władzą wykonawczą. Pojawiają się głosy, by wzmocnić pozycje radnych, jako przedstawicieli mieszkańców. Są też stanowiska, że radni nigdy nie będą w wystarczającym stopniu spełniać roli tego ogniwa i reprezentować mieszkańców w kwestiach drobniejszych, ale z ich punktu widzenia zasadniczych - powiedziała Glusman.

Justyna Glusman, dyrektor koordynator ds. zrównoważonego rozwoju i zieleni m.st. Warszawy (fot. PTWP)
Justyna Glusman, dyrektor koordynator ds. zrównoważonego rozwoju i zieleni m.st. Warszawy (fot. PTWP)

Jak zaznaczyła, sama pochodzi z ruchów miejskich, które domagały się większego dostępu mieszkańców do włodarzy, więc jest zwolenniczką poglądu, że o ile radni mają swoją rolę i misję, tak są tematy, w których mieszkańcy powinni móc przekazywać władzy samorządowej - uchwałodawczej czy wykonawczej - swój pogląd na pewne kwestie bezpośrednio. 

Jak podkreślał Andrzej Dera, sekretarz stanu w Kancelarii Prezydenta RP, radni są przedstawicielami mieszkańców i osobami pierwszego kontaktu w samorządzie.

- Mamy system wyborów pośrednich, naszymi przedstawicielami są radni i po to mają dyżury, żeby spotykać się z mieszkańcami i ich problemy przekazywać na sesjach. To jest pierwsze sito. Trudno sobie wyobrazić, że w pewnym momencie będzie nieograniczony dostęp do sesji i pytanie, ile wówczas taka sesja by trwała? Powinno się stworzyć prawne możliwości, żeby mieszkańcy mogli zabierać głos na sesji, ale też w umiejętny sposób to ograniczyć - powiedział Dera.

Czytaj też: Jerzy Buzek: Nie ma lepszego obrońcy demokracji niż samorządy

Zaznaczył, że jest zwolennikiem kontroli i przeciwnikiem sytuacji, w której pytania mieszkańców nie są rozbudowanym punktem w programie obrad.

- Formalnie powinien być zapis zapewniający mieszkańcom możliwość bezpośredniego wyrażenia opinii na sesji, gdyż z jakichś powodów mogą oni nie chcieć korzystać z pośrednictwa radnych, a może to być zagadnienie ważne. Natomiast to powinno być kontrolowane przez przewodniczącego rady, żeby te wypowiedzi nie były nieograniczone czasowo. Teraz sesje odbywają się w internecie i szczególnie w okresie przedwyborczym jest to forma komunikacji ze społeczeństwem. Osobiście jestem zwolennikiem takiego rozwiązania, gdyż daje ono możliwość dostępu do wiedzy o tym, co się dzieje w samorządzie - powiedział Dera.

Nieporadni radni, nieaktywni mieszkańcy

Podczas żywej dyskusji na temat samorządu, Agata Dąmbska, współzałożycielka i ekspert Forum Od-nowa poddała krytyce zarówno samorządowych radnych, jak i system, w ramach którego ich rola jest ograniczona. 

- Mamy w Polsce taki kłopot, że „rozjechała się” nam demokracja bezpośrednia z pośrednią. Radnych już właściwie nie ma. To znaczy oni są fizycznie, jest ich 47 tys. w Polsce i zajmują się albo „klepalnictwem” tego, co zrobi wójt, burmistrz czy prezydent - jeżeli są z tego samego ugrupowania, albo byciem z nim w permanentnym konflikcie - powiedziała Dąmbska.

Skrytykowała również zmiany w ustawodawstwie, które jej zdaniem doprowadziły do obniżenia prestiżu radnych. 

- Twórcy reformy samorządowej wymyślili sobie następujące rozwiązanie: mamy mieszkańców, jest pas transmisyjny pt. "radni" i jest władza wykonawcza. Do 2002 r. to działało, bo włodarze byli wybierani przez radnych. Teraz wybierani są w wyborach bezpośrednich, czyli ich legitymacja jest bardzo silna, a to z kolei oznacza, że prestiż tych radnych jest bardzo mały, a ich kwalifikacje są coraz niższe - 40 proc. to są leśnicy, rolnicy, reszta to oświata i emeryci, którzy dorabiają sobie do pensji. Trudno więc dziwić się, że to przestało działać. Skoro ten system na naszych oczach się rozpadł, mieszkańcy próbują go jakoś reperować. Wyraźnie widać, że w pewnym momencie zaczęli się garnąć, by brać udział w sesjach i czegoś się o tym samorządzie dowiedzieć. Bo radnych właściwie nie ma, a wójt, burmistrz czy prezydent robi to, co uważa za stosowne i nie pyta o nic nikogo - stwierdziła ekspertka. 

Czytaj też: Sąd przesłucha dodatkowego świadka w procesie urzędników samorządowych

Odniosła się też do kwestii związanej ze statusowym zagwarantowaniem mieszkańcom możliwości zabierania głosu podczas sesji rady miasta czy gminy.

- Sesja nie jest najlepszym miejscem do tego, by mieszkańcy się tam wypowiadali. W jakimś zakresie tak, ale to nie może być trybuna. Tak dzieje się w mojej gminie, bo nie mamy innej możliwości, by się wypowiedzieć, tak być nie powinno. Powinny być inne, różne kanały dotarcia do władzy - to są konsultacje społeczne, to są inicjatywy obywatelskie itp. W moim odczuciu sesja jest dla radnych i dla samorządu. Natomiast wiadomo, że jeśli mieszkańcy tych kanałów nie mają, to będą te sesje szturmować - zastanawiała się Dąmbska.

Agata Dąmbska, współzałożycielka, ekspert Forum Od-nowa (fot. PTWP)
Agata Dąmbska, współzałożycielka, ekspert Forum Od-nowa (fot. PTWP)

Co zatem zrobić, by radni stanowili bardziej zróżnicowaną i wykwalifikowaną grupę? Tu wskazała dwa rozwiązania. Pierwsze to pójść w stronę systemu zarządzania publicznego, czyli wzorem Anglosasów i Skandynawów i próbować „uzawodawiać” radnych.

- Mamy w Polsce 47 tys. radnych, czemu nie miałoby ich być 20 tys.? Po co w Warszawie - razem z dzielnicami - jest 480 radnych? W owym Jorku jest ich 14, a Warszawa nie jest większa od Nowego Jorku. Jeśli byłoby ich mniej - dobrze wynagradzanych, sensownych, znających się na swojej robocie, którzy wzięliby na siebie zarządzanie w mieście czy w gminie, to być może ten pas transmisyjny, o którym mówiłam na początku, nie zostałby tak zerwany - powiedziała ekspertka.

Innym sposobem miałoby być pozbawienie radnych diet. 

- Chodzi o to, żeby ci radni byli kompletnie społeczni, żeby nie dostawali pieniędzy, diet, żeby do rad szli ludzie, którzy naprawdę chcą działać na rzecz lokalnej społeczności. W praktyce to jest postulat awykonalny w XXI w. Ale zastanówmy się, czy chcemy Polski, w której będzie samorząd oparty na referendach lokalnych, na zwiększaniu pola demokracji bezpośredniej, czy też chcemy samorządu, który będzie wzmacniał tę władzę przedstawicielską. Dla mnie jest to intelektualnie jedno z największych wyzwań, przed jakimi ustrojowo stoimy - stwierdziła Dąmbska.

Zdaniem Szymona Sikorskiego, dyrektora generalnego Publicon Public Relations & Communications, skład rad jest naturalnym odbiciem polskiego społeczeństwa. 

- Dlaczego 40 proc. radnych to leśnicy, rolnicy i seniorzy? To nie tylko kwestia pieniędzy. Kiedyś byłem radnym osiedlowym i poproszono mnie, żebym przyszedł na sesję po to, żeby ktoś na niej był. Myślę, że to również ten problem. Ja osobiście nie zauważyłem - jeśli chodzi o kandydatów - że ludzie garną się do samorządu i nie są tylko leśnikami, rolnikami i seniorami. Poza tym uważam, że to nie jest coś złego, że to akurat ci ludzie, bo mamy tu odbicie społeczeństwa, w którym 40 proc. to leśnicy, rolnicy i seniorzy. Kluczowe pytanie brzmi: co zrobi samorząd, żeby aktywizować ludzi? - powiedział Sikorski. 

Czytaj też: Rozwój małych i średnich miast nie zależy od liczby instytucji

Obecnie, jak zauważył, to nie mieszkańcy, ale "wybrani mieszkańcy i grupy, a bardzo często partykularne grupy, które mają jakiś interes garną się do samorządu - Jest tam oczywiście jakiś procent społeczników i tych trzeba cenić - dodał.

Również według Patrycji Szostok-Nowackiej z Uniwersytetu Śląskiego, aktywność mieszkańców wzrasta wówczas, gdy ich działanie jest motywowane jakąś korzyścią, gdy mają w nim, jak to określiła - interes. 

- Przede wszystkim trzeba zdefiniować, o co nam chodzi, mówiąc o samorządzie - czy o „samo-rząd” czy o lokalny rząd? Istnieje zasadnicza różnica w doktrynie nawet i myślę, że ustawodawcy kierowali się jednak tym modelem partycypacyjnym i mieli na myśli jak najszersze włączenie obywateli w proces współzarządzania gminą czy miastem. Jeżeli przyjmiemy taką optykę, to chcielibyśmy, żeby tych obywateli, którzy są aktywni, było jak najwięcej. Mieszkańcy są aktywni i chcą się angażować, ale wtedy, gdy widzą w tym interes. Musimy nauczyć ludzi tego, że samorząd to jest wspólnota, w której da się zrealizować swoje interesy - powiedziała Szostok-Nowacka.

O krok dalej w swojej refleksji na temat współczesnego samorządu poszedł minister Dera. Stwierdził on, że należy pochylić się nad obecnymi rozwiązaniami i zastanowić się, jak je usprawnić. Odniósł się także do zmian, jakie zaszły na przestrzeni lat. 

- Ja miałem to szczęście zostać wybrany jako radny w 1990 r., w tej pierwszej kadencji po wprowadzeniu reformy samorządowej. Jej fenomen polegał na tym, że uświadomiliśmy sobie, że to my decydujemy o tym, co dzieje się w naszym mieście. My - jako przedstawiciele tego społeczeństwa wybrani w pierwszych demokratycznych wyborach w Polsce. To był system przedstawicielstwa, my wybieraliśmy prezydenta i funkcja radnego była wtedy bardzo ważną instytucją, bo od radnego wiele zależało i ten kontakt z mieszkańcami musiał i był realizowany w sposób niezamierzony. Wiadomo było, że najwięcej w mieście zależy od radnych. W międzyczasie, w 2002 r., zmieniliśmy system poprzez wprowadzenie - w mojej opinii - systemu prezydenckiego. Bo to jest klasyczny system prezydencki - wybieramy wójta, burmistrza, prezydenta miasta - powiedział Dera.

Podkreślił, że włodarze mają olbrzymi, niepodważalny mandat, bo są wybierani w wyborach bezpośrednich.

- Ludzie lubią bezpośrednio wybierać tego, który będzie nimi zarządzał, bo to jest dla nich czytelne - wiedzą, kim jest, co robił, jakie miał osiągnięcie. Świadczy o tym chociażby fakt, że frekwencja po wyborach samorządowych wzrosła. Teraz dochodzimy do sedna sprawy partycypacji. Wybieramy system, który jest jeszcze, moim zdaniem, systemem ułomnym. To system mieszany - trochę zostało ze starego, trochę z nowego. Dobrze, jak prezydent ma większość w radzie, gdy jej nie ma, dzieje się tragedia - dodał. 

W opinii ministra Dery, ludzie bardzo rozsądnie podchodzą do tego, co dzieje się w samorządzie.

- Po co oni mają iść do radnego, jak decyzję podejmuje prezydent i to od prezydenta dzisiaj wszystko zależy. To lepiej udać się do naczelnika albo iść do prezydenta na spotkanie. Rola radnych automatycznie zmalała. To nie jest to, że oni nie chcą, nie umieją, są leśnikami itp. Oni nie chcą do samorządu, bo ich rola tam zmalała. Trzeba by na nowo ustalić, czym radni powinni się zajmować. Moim zdaniem funkcja radnych to jest teraz kontrola władzy wykonawczej. Jesteśmy obecnie na rozdrożu i warto zastanowić się, jak ustawić funkcjonowanie samorządu i tej partycypacji - powiedział Dera.

Andrzej Dera, sekretarz stanu w Kancelarii Prezydenta RP (fot. PTWP)
Andrzej Dera, sekretarz stanu w Kancelarii Prezydenta RP (fot. PTWP)

Problem komunikacji na linii mieszkaniec-włodarz-urząd rozwiązał skutecznie samorząd ciechanowski, wprowadzając tzw. spotkania osiedlowe. Na 12 spotkań w roku (organizowanych na 12 osiedlach) przychodzi łącznie ok. tysiąca mieszkańców. 

- To naprawdę jest olbrzymia grupa, która w sposób bezpośredni chce się komunikować z władzą. Oprócz tego, że jest prezydent, są obecni kierownicy poszczególnych wydziałów i sprawy są załatwiane. Po każdym spotkaniu przygotowujemy rokrocznie listę zadań inwestycyjnych i remontowych w odpowiedzi na spotkania osiedlowe. Jest ona publikowana na stronie urzędu i mieszkaniec wie, czy problem, który zgłosił na tym spotkaniu, został załatwiony, czy też nie, czy mamy na to środki finansowe, czy nie - powiedział Kociński.

Agata Dęmbska jako przykład dobrego rozwiązania komunikacji w samorządzie wskazała rozwiązania stosowane w Skandynawii. 

- W Skandynawii jest tak, że radni wchodzą w skład komitetów wykonawczych, czyli jakby wydziałów w urzędzie. Z jednej strony reprezentują mieszkańców, ale są też zarazem funkcjonariuszami urzędu. Nasi radni bladego pojęcia o pracy urzędu nie mają, zwłaszcza w tych mniejszych miejscowościach. Kompetencje tych osób są niskie i nie ma co się czarować - one nie będą wyższe - powiedziała ekspertka.

Czytaj też: Młodzi zdegustowani jakością uprawiania polityki w Polsce

Poruszyła też kwestię odpowiedzialności radnych wobec podejmowanych przez nich działań. 

- W naszym aktualnym systemie radni nie ponoszą żadnej odpowiedzialności za swoje błędne decyzje - ani karnej, ani finansowej. Odpowiedzialność ponosi wójt, burmistrz, prezydent miasta. W takim razie nie dziwi mnie specjalnie, że prezydenci, powiedzmy „autorytarni”, mówią: to ja podejmuję decyzję, po co mi radni? Musimy się zastanowić, jak tę odpowiedzialność rozłożyć, bo na końcu tego procesu jest ten wójt, burmistrz, prezydent - podkreślała Dęmbska.

Zgodziła się też z opinią przedmówców dotyczącą aktywności mieszkańców.

- Słusznie zauważono, że mieszkańcy nie będą się angażować w życie swojej społeczności, jeśli nie będą w tym mieć jakiegoś interesu. W Skandynawii oni płacą lokalny PIT. Każdy mieszkaniec ze swojej własnej kieszeni płaci w pierwszym rzędzie za swój samorząd i wtedy jest zainteresowany działaniem tego samorządu, bo to są jego pieniądze. Jeżeli będę wiedziała, że z mojego podatku tyle i tyle idzie na działanie samorządu, to moje zainteresowanie będzie większe, co pokazał przykład Danii i Szwecji, które jako pierwsze wprowadzały tę reformę - powiedziała ekspertka.

Zwolenniczką wprowadzenia lokalnego PIT-u jest też Justyna Glusman, która jak sama przyznała, prowadziła działania na rzecz wdrożenia tego narzędzia. 

- Kilka lat temu pracowałyśmy z Agatą Dąmbską nad projektem lokalnego PIT-u i cele były dwa: po pierwsze, żeby zabezpieczyć finanse samorządu w przypadku różnych propozycji rządowych zmniejszania podatków. Propozycje te oczywiście mają wpływ na to, jak wyglądają pieniądze samorządowe - bo oczywiście, jeśli zmniejszymy PIT i CIT, to samorząd, który ma udziały w podatkach, dostaje mniejsze udziały z tych tytułów. Druga kwestia to świadomość mieszkańca, że on faktycznie płaci na ten samorząd, a tej świadomości nie ma - podkreślała reprezentantka stołecznego magistratu. 

Niestety - jak dodała - "poprzedni rząd nie zdecydował się na wprowadzenie lokalnego PIT-u, który byłby neutralny podatkowo, bo takie było założenie".

- Nie chodziło o podnoszenie podatków, ale o wydzielenie konkretnej kwoty i przyjęcie założenia, że jak rząd daje prezenty, to daje ze swojej kieszeni, a nie z kieszeni samorządu. Dzisiaj mamy taką sytuację - podam na przykładzie miasta stołecznego Warszawa: „piątka” PiS-u. Pan prezes Kaczyński wszystkim zaoferował, że jak wygra wybory, to będą niższe podatki PIT, będą ulgi dla młodych itd. Dla Warszawy to oznacza stratę w wysokości 800 mln zł rocznie. To jest katastrofa finansowa tego miasta. Tak naprawdę z PIT-u w Warszawie to jest ponad 5 mld zł i rocznie mamy teraz spadek 800 mln zł. Pomysły z OFE to jest kolejne kilkaset milionów, bonifikaty - 450 mln zł rocznie. Mieszkańcy w tym systemie, który obecnie mamy, nie mają świadomości, jak to wpływa na dochody miasta. Później przychodzą z pytaniem „dlaczego nie ma parku?”. No dlatego nie ma parku, że wszyscy dostali do kieszeni zwrot z bonifikaty - mówiła. 

Media orężem w ręku włodarzy

Wśród dyskutowanych na sesji tematów pojawiło się też zagadnienie dotyczące mediów i ich wpływu na kształtowanie opinii i dokonywane przez mieszkańców wybory. Czy wieloletni samorządowcy na starcie kampanii wyborczych mają przewagę nad kontrkandydatami?

Wydaje się, że budowana przez lata pozycja idąca w parze z aktywną promocją już na starcie dają obecnie sprawującym urząd wójta, burmistrza czy prezydenta kilka punktów wyborczych. Jak ograniczyć tę konkurencję? Może ograniczyć promocję? 

- To kompletna utopia. Każda władza promuje się poprzez to, co robi i chce się komunikować, pokazywać to. W sposób systemowy to zostało ograniczone. Gdy była nieograniczona liczba kadencji, można było zbudować imperium nie do ruszenia. Znam gminy, w których nikt się nie odważył kontrkandydować, bo było duże bezrobocie, to się wiązało z utratą pracy, gmina była głównym pracodawcą w regionie itd. Mało kto był odważny, by przeciwstawić się władzy. Dzisiaj tego problemu nie ma. Gdy mamy 2 kadencje, nie powinno go być, bo co taki włodarz zyska - zostanie najwyżej na drugą kadencję. Dlatego nie ma takiego parcia na władzę absolutną, która kontroluje wszelkie ruchy miejskie, prasę czy internet. To już jest przeszłość - powiedział Andrzej Dera, sekretarz stanu w Kancelarii Prezydenta RP.

Czytaj też: Reklamacje na działania miejskich spółek poza kompetencjami radnych

Zdaniem Krzysztofa Kosińskiego, prezydenta Ciechanowa, zawsze urzędujący włodarz będzie miał przewagę nad konkurentami - choćby dzięki wieloletniej promocji swoich działań - ale nie oznacza to, że jego pozycja jest niezagrożona.

- Dziś rola lokalnych i papierowych wydań jest niewielka i dociera do grupy, która jest pozbawiona komunikatu internetowego, to są głównie seniorzy. Ja w pierwszej kadencji, w 2014 r., gdy kandydowałem, przeciwko sobie miałem prezydenta, który od 12 lat pełnił funkcję. Ja miałem wówczas 26 lat. Rzeczywiście przewaga związana z kwestią promocji, z komunikacją była po jego stronie. Ale to nie jest tak, że ci konkurenci z góry są na przegranej pozycji - mówił Kosiński.

Krzysztof Kosiński, prezydent Ciechanowa (fot. PTWP)
Krzysztof Kosiński, prezydent Ciechanowa (fot. PTWP)

Przedstawił też pomysł na to, jak zarządzane przez niego miasto zamierza usprawnić komunikację z mieszkańcami.

- W najbliższych miesiącach chcemy wprowadzić nowe narzędzie komunikacji z mieszkańcami, by przybliżać im obiektywną wiedzę o tym, co się dzieje w mieście i to będzie wideoblog. Trudno mi sobie wyobrazić, żeby ustawodawca przyjął zapisy, zakazując tego sposobu komunikacji z mieszkańcami - powiedział Kosiński.

Zwolenniczką tradycyjnej, papierowej formy komunikacji z mieszkańcami jest Patrycja Szostok-Nowacka, zastępca dyrektora ds. kształcenia z Instytutu Nauk Politycznych i Dziennikarstwa, Wydziału Nauk Społecznych Uniwersytetu Śląskiego.

- Ja będę broniła gazet samorządowych. Znam oczywiście stanowisko Helsińskiej Fundacji Ochrony Praw Człowieka, która zaleca ich likwidację. Tam się pojawiają argumenty o nielegalnej konkurencji, promowaniu władzy, byciu tubą propagandową, co jest prawdą, ale nie we wszystkich przypadkach. Do całej prasy samorządowej wchodzą nie tylko gazetki wydawane przy urzędach miast czy gmin, ale także pisma wydawane przy domach kultury czy organizacjach wspieranych przez miasto. Mediami samorządowymi nazywamy te, które samorząd finansuje. Ich treść zasadniczo się różni i z badań wynika, że upolitycznienie, czyli wspieranie lokalnej władzy, może wynieść 25 proc., ale na łamach danej gazety może wynieść nawet 80 proc. Nie możemy wziąć wszystkiego pod jedną kreskę i powiedzieć „to jest nielegalne” - powiedziała. 

Patrycja Szostok-Nowacka, zastępca dyrektora ds. kształcenia, Instytut Nauk Politycznych i Dziennikarstwa Wydziału Nauk Społecznych Uniwersytetu Śląskiego (fot. PTWP)
Patrycja Szostok-Nowacka, zastępca dyrektora ds. kształcenia, Instytut Nauk Politycznych i Dziennikarstwa Wydziału Nauk Społecznych Uniwersytetu Śląskiego (fot. PTWP)

Przeciwnikiem ograniczania możliwości promocji samorządom jest też Szymon Sikorski, dyrektor zarządzający w Publicon.

- Wokół czytelnictwa powstało wiele mitów. W Stanach Zjednoczonych jest instytut badający czytelnictwo mediów, prasy itd. Z jego badań wynika, że od 2017 r. ludzie wykształceni odchodzą z internetu, od tej sieczki serwowanej im przez Facebooka, Twittera i itd. Wzrasta natomiast aktywność w mediach społecznościowych wśród gorzej wykształconych. Ja bym tutaj był przeciwny, by druk kasować i iść tylko w internet. Na pewno warto zachować daleko idącą rezerwę, ponieważ coraz więcej osób ma świadomość, że w internecie łatwo nami manipulować. Na razie mają ją tzw. elity, ale za chwilę krąg tych elit po prostu będzie się poszerzał - powiedział Sikorski.

Szymon Sikorski, dyrektor generalny Publicon Public Relations & Communications (fot. PTWP)
Szymon Sikorski, dyrektor generalny Publicon Public Relations & Communications (fot. PTWP)

Są natomiast inne narzędzia, które pozwolą dotrzeć do wszystkich grup społecznych - o ile te będą tą komunikacją zainteresowane.

- Wideoblogami, internetem można zrobić bardzo wiele rzeczy i tutaj szacunek dla pana prezydenta Kosińskiego, bo jeżeli robicie te spotkania osiedlowe, to staracie się tłumaczyć, co robicie i można politykę robić w ten sposób, ale to jest trudne - zaznaczył. 

Czytaj też: Prasa samorządowa do likwidacji? Analizujemy argumenty Rzecznika Praw Obywatelskich

Zdaniem ekspertki z Forum Od-nowa, samorządowe gazety nie spełniają funkcji informacyjnej, ale promują włodarzy, którzy je finansują bądź współfinansują. 

- Gazety miały sens, gdy miały informować, a nie popierać mniej lub bardziej jawnie. Tego nie zastąpi Facebook. Gazeta jest medium, które ma pełnić funkcję informacyjną i takie było przesłanie, które przyświecało twórcom reformy samorządowej. Tej części informacyjnej jest teraz bardzo mało. One głównie zajmują się promocją. Jeżeli robimy promocję, to niech to robi burmistrz z własnej kieszeni, a nie z kieszeni podatnika, ponieważ to jest sprzeczne z ideą takiej gazety - stwierdziła Dąmbska.

Jak zaznaczyła Patrycja Szostok-Nowacka, ideą powstania gazet samorządowych była promocja jednostek samorządu terytorialnego.

- Nie jest tak, że te gazety były kiedyś informacyjne - one powstały po to, żeby nie być informacyjne, powstały na potrzeby pierwszej kampanii wyborczej przed pierwszymi wyborami do samorządu terytorialnego. Po drugie - funkcji informatycznej nie będą spełniać nigdy ze względu na swoją periodyczność. Oczekujmy, że będą zapowiadać, co będzie się dziać i będą promować nie tylko wójta, ale samą miejscowość - nie tylko na zewnątrz, ale również w świadomości mieszkańców - powiedziała. 

W opinii Justyny Glusman, nie można oddzielić promocji od informacji. Trzeba natomiast postawić jasną granicę, co jest informacją, a co promocją.

- Samorząd ma prawo, a wręcz obowiązek, informowania o swoich poczynaniach - to będzie zawsze promocja, bo to nierealne, żeby te dwie rzeczy rozdzielić. Natomiast dobrze by było, gdyby mieszkańcy mieli świadomość, że tytuł „X” istnieje na rynku, gdyż finansuje go samorząd. Generalnie niech te gazetki sobie będą, ale niech będzie jasno powiedziane, że to jest gazeta wydawana przez samorząd - zaznaczyła Glusman.

Z kolei minister Dera wyraźnie podkreślił, że szczególnie w małych samorządach nie ma miejsca na obiektywną prasę, bo "ona jest zdominowana przez władze lokalne".

KOMENTARZE1

  • w.potega@neostrada.pl 2019-05-27 15:42:06
    Największym problemem jest polska centralizacja władzy. Wszystkie problemy chcą rozwiązać posłowie, czasem przez jedną noc! Rozwiązaniem jest lokalny PIT, plus personalna odpowiedzialność za decyzje, za wyjątkiem decyzji referendalnych. Radny od wszystkiego? Potrzebne są grupy eksperckie działające ...w imieniu podatników lokalnego PIT-u.  rozwiń

Logowanie

Dla subskrybentów naszych usług (Strefa Premium, newslettery) oraz uczestników konferencji ogranizowanych przez Grupę PTWP

Nie pamiętasz hasła?

Nie masz jeszcze konta? Kliknij i zarejestruj się teraz!